sobota, 29 grudnia 2012

O planowaniu - z nutą sceptycyzmu

- Ja pracuję, ty pracujesz, on pracuje - jaki to czas? 
- Teraźniejszy.
- Ja planuję, ty planujesz, on planuje - jaki to czas?
- Stracony.

To jedno z powiedzonek chętnie cytowanych przez mamę mojego męża. Sporo w nim prawdy, niestety.
Oczywiście, żyć bez planów  byłoby bardzo trudno, przynajmniej w społeczeństwach Zachodu, gdzie własną przyszłość planuje się z wieloletnim nieraz wyprzedzeniem. Nawet pobyt na rajskiej wyspie wymaga wcześniejszego zaplanowania. Żyć chwilą, korzystając z przyjemności, jakie przynosi teraźniejszość; nie zastanawiać się nad tym, co będzie, spokojnie przyjmować to, co los nam przeznaczył - taka postawa, nienowa przecież, gdyż znana i aprobowana przynajmniej od czasów Epikura, także obecnie wielu osobom wydaje się pociągająca, lecz raczej na krótko. Głównie chyba dlatego, że los zazwyczaj nie daje nam w prezencie żadnych szczególnych atrakcji, a brak troski o przyszłość kojarzony jest z biernością i lekkomyślnością, które nie mają wysokich notowań. 
W odróżnieniu od starannego obmyślania kolejnych etapów własnego życia. Planowanie, ba projektowanie wręcz kariery zawodowej oraz tego, co nazywa się potocznie "rozwojem osobistym" jest cenione jako przejaw dalekowzroczności i odpowiedzialności.

niedziela, 23 grudnia 2012

Chwila przerwy, chwila wytchnienia

Bywają takie dni, kiedy nie sposób uniknąć spiętrzenia rozmaitych prac. Nawet jeśli są proste, nie wymagają wielkiego wysiłku ani długotrwałego skupienia, to jednak wprowadzają w życie sporo zamieszania. Cóż, nawet minimalistyczne święta nie przygotują się same, a kręcąc się przy kuchni trzeba mieć podzielną uwagę i oczy dookoła głowy.W garnku bulgocze; z piekarnika zaczyna dochodzić jakiś podejrzany zapach, chociaż teoretycznie jeszcze daleko do końca pieczenia; kot jest przekonany, że obrane ze skorup jajka na stole są właśnie dla niego, a do tego gdzieś zapodziały się drożdże. Kiedy zaczynam przekopywanie szuflady w lodówce, przychodzi syn pytając, czy nie wiem, gdzie jest sznur lampek -  "tych z okrągłymi żaróweczkami, pamiętasz, bo na oknie je chciałem przyczepić". A skąd JA mam wiedzieć, gdzie są lampki, którymi ON co roku ozdabia okno w swoim pokoju? Zresztą, i tak mamy tylko dwa pudła, w których to cudo może leżeć.
Uciec z krzykiem się nie da. Zacisnąć zęby i hodować w sobie cichą furię? Destrukcyjne. Więc co ma robić kobieta pod presją czasu, potomstwa, zwierząt oraz licznych obowiązków w domu i  zagrodzie?

niedziela, 16 grudnia 2012

Świątecznie, tradycyjnie, czyli właściwie jak?

Przed świętami Bożego Narodzenia prasa i inne media odmieniają przez wszystkie przypadki słowa tradycja, tradycyjny. Najpiękniejsze są bowiem święta tradycyjne. Owszem, wspomina się również  o innych sposobach spędzenia tych paru dni, nawet na egzotycznych wyspach, generalnie jednak króluje tradycja, czasem lekko modyfikowana, niczym dania świąteczne w wersji light. Przed Królową Tradycją skłaniają głowę również ateiści i agnostycy, co sprawia, że liczba świętujących jest większa, niż liczba chrześcijan, i to nie tylko w Polsce.
Zawsze mnie bawią, bardzo zresztą przenikliwe, nieco prześmiewcze opisy przygotowań świątecznych w kolejnych tomach powieści Susan Townsed o Adrianie Mole'u. Potrójny horror - sprzątania domu, kupowania prezentów i przygotowywania potraw -  odmalowany niezwykle sugestywnie, prowadzi tam jednak do szczęśliwego na ogół finału. Szczęśliwego o tyle, że nawet półsurowy, a z wierzchu zwęglony indyk wyjęty z piekarnika nie jest w stanie zepsuć dobrego nastroju przynajmniej części biesiadników. Rodzina Adriana jest przy tym religijnie indyferentna, czyli ten horror rozgrywa się w imię czystej tradycji. Bo gdyby ważna była jedynie sama przyjemność świętowania, to rodzice głównego bohatera najchętniej chyba pozostaliby w łóżkach, z butelką ulubionego trunku w zasięgu ręki...

niedziela, 9 grudnia 2012

Papierowo i ozdobnie



Pojechaliśmy dzisiaj na świąteczny kiermasz zorganizowany w Soho Factory w Warszawie. Pośród rozmaitych wyrobów oferowanych przez młodych projektantów moją uwagę przyciągnęły piękne klosze do lamp – w zasadzie kule, ale bardzo kunsztownie złożone z wielu łączących się ze sobą wielościanów. Kiedy się im przyjrzałam dokładnie, okazało się, że zostały wykonane z cienkiego białego kartonu. W domu zaś przeczytałam świetny przepis Tofalarii, jak zrobić pudełeczko na świąteczny prezent. Wtedy przypomniało mi się pewne pudło, które jeszcze stoi na strychu. A w nim – rozmaitości. Lekkie, delikatne, w większości składane. Ozdoby z papieru.
Papier jest chyba jednym z najważniejszych wynalazków w dziejach ludzkości. Książka drukowana na papierze, arkusze i zeszyty do pisania ręcznego – jak wyglądałaby nasza cywilizacja bez tych akcesoriów? Może lepiej, może gorzej, ale na pewno inaczej. Papier tak zrósł się z naszą kulturą materialną, że wręcz przestaliśmy go zauważać (no, chyba że ma postać prawnych środków płatniczych), a ostatnio prorokuje się jego rychłą detronizację. Znikną papierowe książki, czasopisma, może nawet zeszyty, zastąpione przez ich elektroniczne odpowiedniki.
Na szczęście, pozostanie jeszcze papier ozdobny. I to wszystko, co można z niego zrobić.

niedziela, 2 grudnia 2012

Średniowieczny tygiel językowy, czyli czego właściwie słuchamy

Jedną z przyjemności sięgania do muzyki i kultury odległej w czasie jest możliwość  posłuchania utworów śpiewanych w rozmaitych dziwnych językach, często już nie istniejących. Bo dzisiaj, cóż? Większość wykonawców twierdzi, że droga do międzynarodowej kariery prowadzi przez wytwórnie i estrady amerykańskie, a więc śpiewanie po angielsku to mus absolutny. Ci, którzy mieli nieszczęście urodzić się w nieanglojęzycznej części świata, mogą liczyć co najwyżej na lokalny rozgłos.
Pewnie jest w tym założeniu sporo prawdy. Na szczęście, dotyczy ono twórczości współczesnej. Ta dominacja anglofonów nie obejmuje bowiem muzyki dawnej, gdzie łacina, włoski, francuski, hiszpański, niemiecki i rozmaite inne języki oraz dialekty współistnieją na tych samych prawach. Tekstów się nie tłumaczy, a jeśli jakiś zespół nie jest specjalnie przywiązany do kraju swego pochodzenia, to w jego repertuarze można odnaleźć utwory przeróżne. Czasem naprawdę bardzo oryginalne.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Pochwała lenistwa


Leżenie w łóżku i nie robienie niczego jest dobre i szlachetne, przyjemne i pożyteczne

Ładny dzisiaj dzień, słoneczny i ciepły, dobry na spacery, lecz na ogół późna jesień zachęca do przesiadywania w domu. Tak więc dziś parę zdań o książce, która pomaga pozbyć się wyrzutów sumienia, kiedy zauważymy, że nasza aktywność ma tendencję pikującą i niebezpiecznie zbliża się do zera.
Jak być leniwym Toma Hodgkinsona została wydana po polsku w roku 2008 (oryginał ukazał się cztery lata wcześniej), lecz nic nie straciła ze swej aktualności. Pewnie dlatego, że lenistwo nie jest żadną przemijającą modą, lecz stanem ducha łączącym ludzi ze światem natury, gdzie pracowite są chyba jedynie mrówki i pszczoły, a nawet i one zapadają na parę miesięcy w sen zimowy.
Wbrew żartobliwemu tytułowi i lekkiej formie, pełnej odwołań do literatury i historii, książka traktuje o sprawach całkiem poważnych, a przy tym dotyczących zdecydowanej większości ludzi w krajach cywilizacji Zachodu. Poświęcona jest bowiem życiu pod presją czasu oraz wydajności.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Na wysokich obrotach


Miało być dzisiaj o książce Toma Hodgkinsona Jak być leniwym, ale ponieważ  dopadło mnie przeziębienie, a do tego MUSIAŁAM być w pracy, więc napiszę o jednej tylko sprawie, związanej i z tą książką, i z naszym życiem codziennym. O funkcjonowaniu na wysokich obrotach.
Autor Jak być leniwym, chociaż nie jest staruszkiem skupionym na przeszłości (rocznik 1968), z rozrzewnieniem pisze o czasach dzieciństwa, kiedy – w razie przeziębienia – mama pakowała go do łóżka i poiła jakimś syropem (z apteki, nie domowym), a on miał tylko leżeć i zdrowieć. Chyba zresztą większość z nas ma podobne wspomnienia. Nakaz leżenia pod kołdrą mógł wydawać się nieznośny, ale, w gruncie rzeczy, była to całkiem fajna sprawa, takich parę dni przymusowego nieróbstwa.
Niestety, po wejściu w dorosłość sytuacja się komplikuje. Jest przecież praca, a w niej mnóstwo obowiązków, jest dom, rodzina, która też domaga się zainteresowania. I tak się składa, że zamiast łyknąć aspirynę i powędrować do łóżka, żeby odchorować swoje,  zaczynamy poszukiwać jakiegoś super-skutecznego lekarstwa, które postawiłoby nas na nogi, najlepiej w ciągu paru godzin.

niedziela, 11 listopada 2012

Subiektywny przegląd prasy



Przyznam się, że właściwie nie czytuję tak zwanej prasy kobiecej, ani w wersji tygodnikowej, ani w postaci miesięczników. Sprzykrzył mi się jej schematyzm: parę wywiadów (z aktorką, piosenkarką, modelką), odrobina popularnej psychologii, potem moda, kosmetyki, zdrowie, urządzanie domu, kuchnia i na koniec podróże. Trochę o tym, trochę o owym, właściwie o niczym, gdyż wiadomo, że przy takiej rozpiętości tematów i dużej liczbie fotografii same teksty są krótkie i powierzchowne. Nawet Zwierciadło, któremu przez wiele lat byłam wierna, coraz więcej stron zapycha wywiadami. Dla jasności: nie jestem przeciwniczką wywiadów, lecz lubię, żeby były o czymś. Nie mam wielkich wymagań; przeczytam i o operacjach plastycznych, i o projektowaniu ciuchów, i o pokoleniu X czy Y, byleby rozmówcą dziennikarza był ktoś, kto ma wiedzę na ten temat i potrafi ciekawie mówić. Generalnie natomiast nie interesuje mnie życie osobiste gwiazd seriali, piosenkarek i różnych celebrytów płci obojga, oraz ich poglądy na sprawy świata tego czy tamtego. Rozumiem, że kiedy pojawia się nowy film albo płyta, wzrasta zainteresowanie ich twórcami i nie mam nic przeciwko promocji z udziałem autora, jeśli mówi on o własnej dziedzinie.  Jednak przyznawanie artystom pozycji ekspertów we wszelkich sferach życia kwituję wzruszeniem ramion.

niedziela, 4 listopada 2012

Kto pochodzi od wiewiórki, czyli o zapasach

Podobno wiewiórki zapominają o miejscach, w których zgromadziły zimowe zapasy. Dlatego mają więcej, niż jedną spiżarnię, w dziuplach i opustoszałych gniazdach. Potrafią też zakopywać swoje zbiory w ziemi. I co im po nich? Owszem, część zimy przesypiają, potrzeby więc mają niewielkie, ale jeśli się zbudzą, to i tak pod śniegiem nie odnajdą swoich skrytek.
Przypomniały mi się wiewiórcze obyczaje,  gdyż mój ogródek odwiedzają te rudzielce.  I odwiedzają go również jeże. A jeż postępuje zupełnie inaczej. Podobno jeże to urodzeni wędrowcy, którzy nie przywiązują się do jednego miejsca (znajoma opowiadała mi jednak, że u niej na działce przez siedem lat mieszkał jeż. Ciągle ten sam. Nie zapytałam, jak go rozpoznawała). Jeże wyruszają na długie trasy, nie zabierają bagażu ze sobą – te opowieści o przenoszeniu jabłek na grzbiecie to, niestety, legendy – i nie gromadzą zapasów na zimę.  
Pewnie niejeden z tych wiewiórczych schowków zostanie zimą opróżniony, gdyż trudno przypuszczać, że sympatycznymi gryzoniami kieruje jakaś bezsensowna mania zbieractwa. Wykorzystują jednak tylko drobną część tego, co nagromadziły. Reszta popadnie w zapomnienie.
Nie posądzałam siebie o jakieś szczególne pokrewieństwo z wiewiórkami. Zawsze uważałam, że bliżej mi do jeży. Chociaż, kto wie? 

sobota, 3 listopada 2012

O blogowaniu

Dzisiaj taki post nadliczbowy, związany z przeniesieniem bloga. Możliwości, jakie oferował wordpress, początkowo mi wystarczały: opcji własnych ustawień strony było tam całkiem sporo, szablon znalazłam prosty, a przy tym elegancki, tło zaś dałam własne. W układzie graficznym ujawnił się jednak szybko pewien dość istotny mankament: bardzo wąska kolumna tekstu, zaś ta na odnośniki, oczywiście, jeszcze węższa. Nie zauważyłam nigdzie opcji zwijania posta, tak więc tekst ciągnął się jak taśma, z towarzyszącą mu cieńszą tasiemką odnośników. Kiedy pisze się kilkuzdaniowe notki, taka szerokość kolumn może nie ma większego znaczenia, ale w przypadku dłuższych tekstów zaczyna się liczyć. Do tego strona otwierała się i przesuwała bardzo wolno.
Postanowiłam więc znaleźć lepsze warunki. Odpadł blog.pl; kiedy przeniosłam tam moje raptem 20 postów, okazało się, że zajęłam 20% przyznanej mi przestrzeni. Po skompresowaniu ilustracji posty zajęły tylko 11%. Starczyłoby więc miejsca na jakieś 200 postów z niewielkimi fotkami, co wcale nie jest tak mało, ale... Ale filmów nie da się tam wgrać w tekst, można umieścić wyłącznie linki. Jest to spory mankament, gdyż jeśli komentując jakiś utwór piszę o instrumentach czy strojach grajków, to lepiej byłoby, żeby czytelnik nie musiał otwierać nowej karty, lecz miał wszystko przed oczyma: i filmik,  i tekst.
Tak więc, wylądowałam w końcu na Bloggerze. Nie ma tu pewnych możliwości, jakie dawał wordpress, są natomiast inne. Nie wszystko jeszcze rozpoznałam,  ale uczę się.
Zastanawiałam się nad tym, czy nie podzielić bloga na dwa: osobny o muzyce i sprawach związanych z kulturą, i do tego drugi o minimalizmie. Jednak pisząc o książkach albo artykułach prasowych, czy nawet o  życiu codziennym, nie zawsze daje się precyzyjnie rozdzielać wszystkie kwestie. Tak więc bez większych problemów mogłabym wyodrębnić tylko muzykę i ewentualnie posty traktujące o historii, lecz na osobny blog byłoby tego za mało - nie mam tyle czasu, żeby regularnie co tydzień umieszczać wpisy na dwóch blogach, a wrzucanie nowego tekstu raz na miesiąc nie ma większego sensu. A zatem, jeśli chodzi o zakres tematyczny, wszystko pozostaje bez zmian. Wprawdzie ze statystyki kliknięć na wordpressie wynikało, że osoby, które tam zawędrowały, szukają przede wszystkim blogów poświęconych minimalizmowi (bardzo niewielu czytelników korzystało z linków do stron o kulturze, czy choćby z odnośnika Tego słucham), lecz taki wpis raz w miesiącu, dotyczący muzyki albo tego, co mi się podoba w przeszłości mniej lub bardziej odległej, będzie pewnym urozmaiceniem treści. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Rubia

niedziela, 28 października 2012

Jesiennie, melancholijnie, muzycznie

Kiedy trzy dni temu zaczęłam pisać ten tekst, jesień była w pełni. W pokoju, gdzie zwykle piszę, od paru dni zrobiło się dziwnie jasno, gdyż jesiony, ocieniające tę część domu, straciły już wszystkie liście. Jeszcze pod płotem kwitły lila marcinki, kontrastując z żółtą koroną pigwy i różowymi liśćmi borówek amerykańskich, jeszcze parę róż pyszniło się czerwienią. Teraz to już przeszłość. Wszystkie barwy przykrył śnieg. Kiedy stopnieje, jedynym przyciągającym wzrok akcentem będą czerwone plamki rajskich jabłuszek, którymi jabłoń jest w tym roku obsypana. Sikorki i sójki kręcą się jednak żwawo, wydziobując jagody z dławisza i strącając śnieg z gałązek.
Wchodzimy w listopad, który zaczyna się świętem. Ważnym, chociaż wcale nie radosnym. Wszystkich Świętych, a po nim Dzień Zaduszny. Chrześcijańskie święto, które wchłonęło starsze obrzędy, czyli obchodzone pierwszego listopada słowiańskie i bałtyjskie Dziady, a na innych obszarach Europy – celtycki Samhain, święto zmarłych, ale również początek roku. Nawet u starożytnych Rzymian, którzy zmian pór roku doświadczali w sposób łagodniejszy, niż mieszkańcy Europy na północ od Alp, listopad poświęcony był Korze-Persefonie, porwanej przez władcę świata podziemi, Hadesa-Plutona.

poniedziałek, 22 października 2012

O kolorach raz jeszcze

Zauważyłam, że wpis Z książką przed szafą był wyświetlany zdecydowanie częściej, niż inne, chociaż nie prowadzę przecież blogu o modzie. Pomyślałam więc, że warto dorzucić jakąś stronę czy półtorej o tych sprawach, które nie pojawiły się w poprzednim poście. Kolory to przecież temat może nie niewyczerpany, ale i ciekawy, i naprawdę bardzo obszerny…
W minimalistycznej garderobie, ograniczonej do niewielkiej liczby ubrań, ich wzajemne dopasowanie staje się sprawą naprawdę ważną.  Każdy nietrafiony zakup sprawia bowiem, że albo mamy kolejną rzecz zbędną, albo musimy do niej coś dokupić, tworząc w ten sposób łańcuszek powiększający nasz stan posiadania o coś, czego wcale nie planowałyśmy.
Wszystkie wiemy, że jednym z podstawowych zabiegów, umożliwiających zestawianie kilkunastu rzeczy w różnorodne całości, jest ich odpowiedni dobór kolorystyczny. Ale wokół kolorów narosło sporo obiegowych opinii, czasem negatywnych, czasem przyznających im zalety, których nie mają. Tym razem więc parę zdań o kilku stereotypach, często powtarzanych, a nie zawsze potwierdzających się wówczas, gdy  próbujemy skompletować sobie jakiś zestaw, który byłby funkcjonalny, a równocześnie nienudny.

niedziela, 14 października 2012

Długie życie rzeczy II, czyli co nam zostało z tych lat?

Niedawno w prasie pojawiły się artykuły związane z wydaną właśnie książką dwojga autorów, którzy postanowili pół roku przeżyć w PRL-u. Wybrali się w taką częściową podróż w czasie, możliwą głównie dzięki przedmiotom, które przetrwały z tamtego okresu, gdyż sytuacji społecznej przecież odtworzyć się nie da.
Ja akurat pamiętam PRL całkiem nieźle, więc moje wspomnienia dosyć różnią się, i to nie tylko w szczegółach, od tej próby rekonstrukcji ówczesnego życia, ale nie w tym rzecz.
 W Anglii są miłośnicy przeszłości, którzy swoje domy albo i rezydencje urządzają tak, jakby żyli w czasach panowania królowej Wiktorii (zmarłej w roku 1901), czy też jej następcy, Edwarda VII. To jeszcze jedna forma rekonstrukcji historycznych; prywatna, bardzo indywidualna, a przy tym długotrwała. Takie stylizacje, które obejmują nie tylko wyposażenie i wystrój wnętrz, lecz nawet stroje, możliwe są przede wszystkim w krajach, gdzie zachowało się wiele materialnych pozostałości dawnych epok. Wszystkie bowiem przedmioty powinny być autentyczne, może poza ubraniami. Nie tylko dlatego, że tkaniny są nietrwałe, lecz przede wszystkim ze względu na rozmiary. Przerośliśmy naszych przodków, przynajmniej jeśli chodzi o wzrost i obwód bioder.
Generalnie, jest to hobby kosztowne, w którym zamiłowania kolekcjonerskie łączą się ze swoistą chęcią tworzenia sobie azylu jak najbardziej odmiennego i odległego od współczesności.

niedziela, 7 października 2012

Długie życie rzeczy, czyli o kupowaniu używanych




Kiedy kończył się nasz pobyt w Niemczech, zastanawialiśmy się nad kupnem samochodu, gdyż stary już się rozsypywał. No i pojawiło się pytanie: nowy, czy używany? Któregoś dnia mąż po powrocie z pracy powiedział:
– Wiesz, zgadało się z szefem o samochodach. On jeździ siedemnastoletnim oplem. I nigdy w życiu nie kupił sobie nowego samochodu.
No tak, szef. Był profesorem i kierownikiem zakładu w dużym instytucie badawczym. Można powiedzieć, że na biednego nie trafiło. Do tego nie był jakimś patologicznym skąpcem. Żeglował, dużo podróżował, oboje z żoną chodzili do opery, na koncerty… A na nowy samochód żal mu było pieniędzy.
To właśnie w Niemczech stanęłam oko w oko z problemem kupowania rzeczy używanych. Wynajęliśmy mieszkanie nie umeblowane. Część mebli mąż pożyczył z instytutu (mieli tam wypożyczalnię dla osób, które przyjeżdżają na czas zbyt długi, by mieszkać w hotelach), część musieliśmy dokupić – tanio, bo nie zamierzaliśmy zabierać ich potem do Polski.
Właśnie wtedy zapoznałam się z wielkimi magazynami, gdzie sprzedawano meble, których pozbyli się poprzedni właściciele.

niedziela, 30 września 2012

Turystyka kwalifikowana III, czyli znowu o muzyce średniowiecznej

Grajek i tancerka. Kodeks Manesse po 1300 r.

Właściwie miałam zamiar pisać o czymś zupełnie innym, ale tak mi się jakoś nostalgicznie zrobiło… Pewnie dlatego, że skończył się festiwal Skrzyżowanie Kultur, w tym roku prowadzący w regiony naprawdę odległe, a trochę może też i dlatego, że na mój blog trafił czytelnik, który w wyszukiwarce wypisał frazę: strój średniowiecznego grajka. Wprawdzie akurat piszę raczej o strojach nieśredniowiecznych, ale to mnie zastanowiło. Czyżby ktoś z grupy rekonstrukcyjnej szukał wzorów kostiumów?  Tak więc i o strojach tutaj będzie trochę, chociaż oczywiście ważniejsza jest muzyka.  A także to, w jaki sposób powstawała.

Średniowiecze nie znało pojęcia praw autorskich; wprost przeciwnie, naśladowanie jakiegoś znakomitego pierwowzoru było nawet zalecane i pochwalane. Dlatego rozmaitych naśladownictw i trawestacji spotykamy w tej muzyce niemało; najczęściej – co zresztą aż do dzisiaj jest częstą praktyką – układano nowy tekst do już istniejącej melodii.
Na początek właśnie takie dwie pieśni. Tę wykonywaną jako pierwsza napisał najwybitniejszy chyba niemiecki poeta średniowieczny; autor liryków  miłosnych, czyli minnesinger, Walter von der Vogelweide (zmarły około roku 1230). Under der linden opowiada o nocnym spotkaniu kochanków – na łące, pod lipą, pośród kwiatów i przy śpiewie słowika. I tekst, i melodia mają wiele wdzięku i na pewno się podobały słuchaczom. Okazuje się jednak, że Walter wzorował się na wcześniejszej pieśni anonimowego francuskiego trubadura. Niemiecki tekst nie jest dokładnym  tłumaczeniem pierwowzoru (byłoby to zresztą zadanie karkołomne, ze względu na kłopoty z zachowaniem i długości wersów, i miary rytmicznej), lecz oba utwory, wykonywane przez tego samego śpiewaka, brzmią właściwie jak jeden. Tyle, że język się zmienia z niemieckiego na francuski.

Śpiewak, Knud Seckel,  akompaniuje sobie na lirze korbowej. Nie wiadomo, na jakim instrumencie grał Walter von der Vogelweide, który sam wykonywał własne utwory. Ci słuchacze, którzy siedzą za plecami śpiewaka, to jego rywale, gdyż nagranie pochodzi z konkursu minnesingerów na zamku Spangenberg w 2007 roku. Niemcy co roku organizują  takie konkursy, na których współzawodniczą zawodowi wykonawcy muzyki średniowiecznej, najczęściej z Niemiec i Austrii, ale czasem także goście przybyli z innych krajów. Knud Seckel już kilkakrotnie wygrał tę rywalizację. Tutaj towarzyszą mu, podobnie jak innym minnesingerom na tej imprezie, muzycy z grupy Musiktheater Dingo.
Czy tak mogli wyglądać średniowieczni grajkowie? Jest to prawdopodobne, chociaż niewiele mamy dokumentów, które pozwalałyby ich  zobaczyć. Około roku 1300, najprawdopodobniej w Zurychu, powstał zbiór pieśni (samych tekstów, bez notacji muzycznej), zwany od nazwiska właścicieli Kodeksem Manesse. Zawiera on również miniatury, które  pokazują autorów tych pieśni, i to w pełnym przekroju społecznym: od cesarza Henryka VI, króla Czech Wacława II i polskiego księcia Henryka IV Probusa (układał wiersze w języku niemieckim. Całkiem zgrabne, jak twierdzą specjaliści), przez landgrafów, hrabiów i rycerzy aż po ludzi, których jedynym dobrem był talent poetycki i muzyczny. Cóż, w średniowieczu komponowanie piosenek miłosnych było rozrywką dworską. Francuscy trubadurzy, truwerzy, a ich śladem niemieccy minnesingerzy często należeli do znakomitych rodów, a jeśli nie, to byli dworzanami możnych.
W Kodeksie Manesse znalazła się miniatura pokazująca śpiewaków, którzy rywalizują w konkursie na dworze landgrafa na zamku Wartburg. Jest pomiędzy nimi także Walter von der Vogelweide.  Właśnie ten rękopis często stanowi  źródło inspiracji dla projektantów strojów z epoki, chociaż oczywiście moda średniowieczna też była zmienna i po roku 1300, a już zwłaszcza w XV wieku, grajkowie mogli ubierać się zupełnie inaczej.

Wracając do muzyki: tutaj jeszcze jedno wykonanie Under der linden. Zespół Orpharion z Belgradu;  instrumenty wzorowane na średniowiecznych, stroje lekko tylko stylizowane. Skład wieloosobowy, mieszany, lecz śpiewa solistka. I tak właśnie powinno być, gdyż tekst, chociaż jego autorem jest mężczyzna, został napisany w imieniu kobiety. To Ona  opowiada o tym, jak wychodzi nocą na łąkę, gdzie czeka On.
Nie wiadomo, czy w średniowieczu do zespołów muzycznych należały śpiewaczki i muzykantki. Zapewne tak, gdyż nawet członkowie wędrownych trup mieli żony, a tym bardziej grajkowie należący do kapel nadwornych albo miejskich. Układaniem i komponowaniem pieśni zajmowały się, wzorem mężczyzn, także szlachetnie urodzone damy, które na pewno opanowały również  sztukę śpiewu, lecz dla nich to była rozrywka, jeden z wielu elementów dworskiego – i dwornego - życia. Francuzi mają nawet odrębną nazwę na określenie kobiety-trubadura: trobairitz.
 Tutaj pieśń skomponowana przez taką właśnie prowansalską trobairitz, hrabinę Beatriz de Dia. Nie wiadomo dokładnie, kiedy się urodziła, ani kiedy umarła. Jej wiersze datuje się zwykle na lata około 1180. Podobno łączyła ją miłość z trubadurem Raimbautem de Vaqueiras.  Niespełniona, gdyż Beatriz była zamężna z kim innym. Taka była zresztą ówczesna konwencja, dworska i zarazem literacka: opiewać kobietę wybraną, lecz niedostępną. Zadziwiająco wiele średniowiecznych heroin i adresatek miłosnych westchnień było mężatkami, co samo uczucie zamieniało w rodzaj  przygody pełnej niebezpieczeństw. Ta zasada spiętrzania przeszkód działała również wówczas, kiedy autorką poezji miłosnej była kobieta: ona, skrępowana małżeńskimi więzami, i on, swobodny ptak. No cóż.
Zachowało się zaledwie kilka wierszy Beatriz, w tym tylko jeden z muzyką: A chantar m’er. O cierpieniach miłosnych, oczywiście. W języku okcytańskim, gdyż w nim właśnie trubadurzy układali większość swoich utworów. Wybrałam nagranie irańskiej pieśniarki Azam Ali (znowu to przekraczanie barier dzielących kraje i narody!), gdyż jest ono wolne od takiej cokolwiek kościelnej maniery śpiewania tekstów świeckich, jaką często można zaobserwować u europejskich wykonawców muzyki dawnej. Średniowieczna muzyka religijna jest o wiele lepiej znana, właściwie każdy zespół ma ją w swoim repertuarze i zasady jej wykonywania przenoszone są także na utwory o zupełnie innym charakterze. Nie ma to większego uzasadnienia, trudno przypuszczać, że repertuar towarzyszący ucztom albo towarzyskim spotkaniom w ogrodzie śpiewano „na kościelną nutę”. Wykonanie Azam Ali wprowadza do tej muzyki lekki rys orientalnego egzotyzmu, a poza tym – przyjemnie posłuchać tak pięknego głosu.
I jeszcze jeden utwór trubadura. Bardzo znany, często wykonywany w najrozmaitszych aranżacjach: alba Reis glorios Guirauta de Bornelh, znowu z około 1180 roku, znowu w języku okcytańskim. Alba, czyli pieśń śpiewana o świcie, będąca rodzajem podziękowania za wspólnie spędzoną noc. Znane są alby, które wykonuje kobieta, budząc w ten sposób kochanka.
W Reis glorios sytuacja jest dość skomplikowana. Śpiewa mężczyzna, lecz zwraca się do innego mężczyzny, który właśnie przebywa u kochanki. Giermek? Troskliwy przyjaciel? Ostrzega tego drugiego, że nadchodzi świt i zaraz może obudzić się zazdrośnik. Oczywiście, ukochana jest mężatką… Reis glorios to Król chwały, gdyż alba zaczyna się prośbą do Boga, by chronił zuchwalca. Dopiero później przychodzą wyjaśnienia:
O, dobry druhu, gdy uciekasz / modlitw do nieba wznoszę głos / by ten, co wcielił się w człowieka / wstrzymał nad tobą wszelki cios. (przekład Zofii Romanowiczowej, cytuję z pamięci).
W ostatniej strofie głos zabiera ostrzegany. Owszem, zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, lecz świt mu niestraszny. Ciało, które trzyma w ramionach, jest takie piękne… Obaj mężczyźni, zwracając się do siebie, używają słów bel compan, albo bel dos compan. Na polski różnie to tłumaczono: przyjacielu dobry, dobry druhu, czy piękny mój miły (jak u Romanowiczowej). To ostatnie jest najbliższe oryginału, w którym przyjaciel jest piękny i słodki (miły). Nie jest to prosta historia, doprawdy.
Zasadniczo, Reis glorios nie jest tekstem przeznaczonym dla kobiet, chociaż one również czasem go śpiewają. Tu wykonanie na głos męski, a cappella, bez jakiegokolwiek akompaniamentu. Śpiewa solista ze Schola cantorum z Bazylei.  Czyni to kunsztownie, ale, jak na mój gust, w sposób trudny do odróżnienia od pieśni religijnych.
video

 Tutaj, w znacznie żywszym tempie, wykonanie Simone Soriniego z zespołu Micrologus. Bez nadmiernej celebracji, co, mam wrażenie, wychodzi całości na dobre.

A tu dwujęzyczna wersja polska i wykonanie Jacka Kowalskiego. Tłumaczenie chyba jego własne, gdyż Kowalski jest romanistą, a do tego specjalistą od sztuki i muzyki średniowiecznej. Wydał świetną książkę  Niezbędnik trubadura. Tutaj akurat ostatnią strofę śpiewa ktoś inny i to jest wersja najbliższa intencjom autora. W tłumaczeniu zanikła jednak pewna  dwuznaczność tekstu Guirauta.
video

I tak właśnie wyglądają zabawy z muzyką, o której  bardzo mało wiemy.  To jest ten nurt, w którym wykonawcy starają się zachować jak  największą wierność wobec czasu minionego, jeśli to w ogóle  możliwe. Bo przecież ta muzyka nie jest jakimś preparatem, przeniesionym wprost z wieku XII albo XIII. Z każdym wykonaniem powstaje na nowo, dawna, ale równocześnie przefiltrowana przez wrażliwość współczesnych muzyków i śpiewaków.
Ech, jesień w pełni. Pora roku skłania właściwie do pisania o przetworach na zimę. Ale to może innym razem, a może ktoś inny podejmie ten wdzięczny temat...
Rubia




niedziela, 23 września 2012

Turystyka kwalifikowana II, czyli śladami muzyki średniowiecznej

Pani Muzyka. Rękopis francuski ok. 1500
Nie będę zakładać odrębnego blogu dla tych moich średniowiecznych wędrówek nie-wędrówek, więc piszę tutaj, chociaż z minimalizmem mają one niewiele wspólnego. Za to dużo z powrotem do korzeni, a może do źródeł. Kulturowych, rzecz jasna.
Te średniowieczne festiwale, o których wcześniej pisałam, nie zasługiwałyby w pełni na swoją nazwę, gdyby brakowało na nich śpiewu, tańca i w ogóle muzyki. Na szczęście, muzyka jest tam stale obecna. Grają i śpiewają zarówno amatorzy, jak i profesjonaliści, do tego bardzo biegli w swoim fachu. Ale – co właściwie grają?
Ze średniowieczną muzyką świecką – bo przecież na takich spotkaniach nie śpiewa się Stabat Mater ani Dies irae – jest ten problem, że właściwie nie wiadomo, jak brzmiała. Skale muzyczne były wówczas inne, niż obecnie, zapis nutowy – też odmienny i na jego podstawie można odtworzyć właściwie tylko melodię, a i to nieczęsto się zdarza.

poniedziałek, 17 września 2012

Z książką przed szafą

 Miałam na studiach kostiumologię i nawet zdawałam z niej egzamin. Od tej pory żyję z takim miłym przekonaniem, że moda to sprawa poważna, a zajmowanie się nią wcale nie świadczy, że mamy pstro w głowach. Skądże znowu, nawet doktorat można z tego zrobić. Nie mam, co prawda, takiego zamiaru i zdecydowanie bardziej wolę się w ciuchy ubierać, niż o nich pisać. Na półkach w księgarniach nie brakuje jednak, oprócz książek poświęconych historii ubiorów i stylów, również najrozmaitszych poradników typu Co na siebie włożyć, żeby wyglądać na kobietę sukcesu. Ich popularność wskazuje, że  kobiety potrzebują w sprawach mody nie tylko rady mamy, przyjaciółki, ekspedientki w sklepie, oraz reklam i migawek z wybiegów, lecz również odrobiny wiedzy bardziej usystematyzowanej, takiej, która nie przeminie wraz z  top ten szmatek ostatniego sezonu.
Tutaj właśnie przydają się książki, jeśli nie są wyłącznie broszurami reklamowymi jakichś mniej lub bardziej znanych marek.

niedziela, 9 września 2012

Z książką w kuchni

Lubię jeść. I lubię też, żeby przy garnkach stał kto inny. W moim otoczeniu brak jednak chętnych, żeby na co dzień mnie w tym zastępować. Gotuję zatem sama, a ponieważ nie chcę, żeby domownicy kręcili nosem nad talerzami, więc się staram. Pomagając sobie przy tym wiedzą wyniesioną z domu (moi rodzice oboje bardzo dobrze gotowali; szkoda, że takich umiejętności nie można odziedziczyć wprost, bez żadnego wysiłku, jak koloru oczu albo włosów), no i oczywiście książkami kucharskimi.
Otóż to. Książki kucharskie.
Dominique Loreau, która pewnie stała się już guru polskich minimalistek, zalecając radykalne ograniczenie księgozbioru nie robi wyjątku dla książek kucharskich. Pisze, skądinąd słusznie, że kupowanie ich nie zastąpi umiejętności gotowania, stwarza natomiast złudne wrażenie, że w sprawach kulinarnych jesteśmy ekspertami.
Przejrzałam pod tym kątem wszystko, co stało u mnie na półkach. Pani Loreau jest niezłym psychologiem!
Zdaje się, że często kupowałam książki na zasadzie: a tego to jeszcze nie mam. W ten sposób przybywało mi tomików z różnych serii wydawniczych. Bo skoro kupiłam kuchnię włoską i hiszpańską, to czemu nie dokupić jeszcze chińskiej, meksykańskiej, japońskiej i brazylijskiej? Ładnie razem się prezentują, a przecież zawsze jest szansa, że kiedyś z nich skorzystam.

czwartek, 6 września 2012

Czy minimalizm to zabawa zamożnych?

Taki wniosek można by wyciągnąć, czytając rozmaite komentarze na blogach i w prasie: że to przejściowa moda, wywołana nadmiarem dóbr i przesytem konsumpcją w społeczeństwach prawdziwie bogatych, a u nas – ochocze naśladownictwo obcych wzorów, rodzaj snobizmu, który niewiele ma wspólnego z realiami codzienności.
Jest i pogląd przeciwny: minimalizm to dorabianie ideologii do własnej mizerii finansowej. Skoro mnie na coś nie stać, to wmawiam sobie, że wcale tego nie potrzebuję, a wtedy od razu nastrój mi się poprawia. No i jeszcze mam poczucie, że jestem trendy. Taka współczesna  wersja bajki Ezopa o lisie i winogronach: kiedy lis nie mógł, mimo wysiłków, dosięgnąć winnych gron na gałęziach, uznał, że na pewno muszą być kwaśne. A zatem – niewarte starań.

Życie jednak jest bardziej złożone, niż takie dwubiegunowe schematy. Ascetycznie urządzone mieszkanie z podłogą z egzotycznego drewna i designerską kanapą projektant wnętrz uzna za idealny przykład minimalizmu. A co na to powie ktoś, czyj roczny dochód jest mniejszy, niż koszt tej podłogi i kanapy?
Czy to jednak znaczy, że miano minimalisty zyskamy wtedy, gdy na podłodze położymy linoleum, a sypiać będziemy na starej wersalce, podarowanej przez sąsiadów?

sobota, 1 września 2012

Turystyka kwalifikowana, czyli o podróżach w głąb średniowiecza



Festival Mediaval w Selb. Kram z sukniami
Sezon niedługo się kończy, ale jeszcze kilka imprez przed nimi. Jeszcze można ich spotkać: barwnych, dziwnie ubranych i trochę egzotycznych. Najczęściej tam, gdzie na jakimś malowniczym ryneczku albo pod murami solidnego zamczyska słychać dźwięki lutni, cytry  czy też innej fidel, kramarze zaś proponują kupno łuku, skórzanego kubraka, a nawet zbroi płytowej. Nie trzeba od razu kupować całej, na początek wystarczy sam hełm.
Miłośnicy średniowiecza.
Zawsze mnie zastanawiało, czego ludzie szukają w odległej przeszłości. Do tego aktywnie, nie poprzez lektury. Wiadomo, że czytanie książek jest najprostszym sposobem podróżowania i w czasie, i w przestrzeni. Można wówczas doświadczyć czegoś, czego nigdy nie dałoby się przeżyć osobiście. A im czytanie jednak nie wystarcza i próbują wejść w ten czas dawno miniony. Ubierają się we własnoręcznie szytą odzież z materiałów, jakie noszono 800-500 lat temu. Bawełna wykluczona, a w każdym razie niestylowa, powodzeniem cieszą się len i wełna, czasem jedwab. Pożądane są skóry, a w wersji zimowej i uroczystej nawet futra.
Zrzeszeni są w bractwach, kompaniach, drużynach i  konfraterniach; czasem mają stałe siedziby. Czasem, żeby je mieć, potrafią zaangażować się w renowację średniowiecznego zamku.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Ile kosztuje kultura?




Zainteresowały mnie wyliczenia autora pewnego artykułu  na blogu: tutaj. W komentarzach znalazło się – poza dość jadowitymi opiniami, że post dotyczy bynajmniej nie kultury, lecz rozrywki i to całkiem niewysokich lotów – także trochę ciekawych informacji i  uwag, jak zmniejszyć udział  wydatków na tę sferę życia we własnym budżecie. Bo nie da się ukryć, że książki, płyty i bilety kosztują, i to coraz więcej.
Zaczęłam się zastanawiać, jak to wygląda u mnie. Nie będę robiła tu dokładnych wyliczeń, gdyż jedne wydatki zdarzają się dwa-trzy razy w roku, inne – co tydzień. Właściwie dopiero roczne zestawienie kosztów miałoby większy sens, ale aż taka skrupulatna nie jestem. Wypisuję więc tylko pewne grupy, bez podawania konkretnych  sum.

Telewizji nie oglądam od lat, a mój mąż – dość rzadko . Telewizor jednak mamy, płacimy abonament za odbiornik i  abonament w Netii. Mamy również radio, ja słucham dwójki.
Prasa codzienna. Gazety kupujemy coraz rzadziej. Wiadomości dostarcza nam net, ciekawsze artykuły, analizy, komentarze w wydaniach papierowych trafiają się najczęściej w magazynach weekendowych.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Wakacyjne wyjazdy, czyli syndrom florencki

Wakacje pomału się kończą, ale jeśli ktoś nie musi przygotowywać  dzieci do rozpoczęcia nowego roku szkolnego, ten ma jeszcze przed sobą sporo możliwości. Ja też wyjadę dopiero we wrześniu. Od paru lat tak planujemy urlopy, żeby przedłużyć sobie lato. Szczyt sezonu przeczekujemy, robiąc tylko krótkie wypady, na dłuższy wyjazd przychodzi pora, kiedy ustaje wakacyjna gorączka turystyczna.
Ostatnio jeździmy po Europie, gdzie ta zmiana jest bardzo widoczna. Turystów znacznie mniej, do tego głównie studenci i emeryci, raczej niespieszni i mało nerwowi. Miejsca warte zwiedzania ciągle jeszcze otwarte długo, jak w urlopowym szczycie. Przy muzealnych kasach prawie nie ma kolejek, w knajpach łatwo znaleźć wolny stolik, obsługa też  sprawniejsza. Same zalety.
Termin wyjazdu, to jedna sprawa. A druga wiąże się z pytaniem, co tak naprawdę chcemy wówczas zyskać.
Odpoczynek od codzienności, odprężenie, relaks – to odpowiedzi najczęstsze. Równocześnie łatwo zauważyć, i to u ludzi skądinąd całkiem rozsądnych, skłonność do przeładowywania takiego wyjazdu najrozmaitszymi atrakcjami; do rozpychania go tak, aby żadna chwila nie pozostała nie zagospodarowana.
Wydaje się to całkowicie zrozumiałe: urlop, nawet wykorzystywany w całości, wcale nie trwa długo, wyjazdy sporo kosztują; do niektórych miejsc wrócimy nieprędko, a może już nigdy. Nic więc dziwnego, że chcielibyśmy zobaczyć i przeżyć możliwie najwięcej, nasycić się tą urlopową rzeczywistością aż  po same uszy.
Tyle, że to się nie bardzo udaje.

sobota, 18 sierpnia 2012

O Sztuce planowania Dominique Loreau

Sztuka prostoty oraz  Sztuka umiaru są książkami interesującymi. Sztuka planowania jest natomiast książką zaskakującą.

Przede wszystkim, mało w niej o planowaniu. Po drugie – i to jest znacznie ważniejsze – autorka przekonuje nas, że czynnością bardzo w życiu istotną, a przy tym mającą wielorakie, korzystne skutki, jest sporządzanie list. Tak, list, czyli po prostu spisów.
Każda z nas na pewno zna dwa podstawowe rodzaje list: spraw do załatwienia oraz zakupów. Spisujemy je w kalendarzu, notesie, na jakichś kartkach i karteluszkach, nosimy ze sobą, przeglądamy odhaczając kolejne pozycje, czasem wyciągamy w sklepie. Kiedy spełnią swoje zadanie, wędrują do kosza. Czy którakolwiek z autorek takich list poświęca im uwagę? Nie ich treści, lecz im samym, jako materialnemu przedmiotowi i dokumentacji własnego życia? Przypuszczam, że wątpię, jak mawia klasyk rozrywki.
I tutaj właśnie wkracza Dominique Loreau. Posługując się rozmaitymi przykładami, z których większość pochodzi oczywiście z jej ulubionej kultury japońskiej, proponuje, żebyśmy sporządzanie takich list rozszerzyły na wszystkie dziedziny egzystencji, łącznie z jej wymiarem psychicznym i duchowym. Możemy zatem układać nie tylko spisy rzeczy i zajęć, ale również listy  własnych problemów, wyborów, uczuć, sytuacji przyjemnych i przykrych, wrażeń zmysłowych czy nawet wspomnień.

czwartek, 16 sierpnia 2012

O księgozbiorze wcale nie minimalistycznie

Znam mieszkania wręcz wypchane książkami i ich właścicieli, którzy już sami się nie orientują, gdzie co mają, lecz nawet części książek się nie pozbędą, gdyż byłoby to poważne wykroczenie. Nie wiadomo dokładnie, przeciwko czemu, ale byłoby. Tak się nie robi, i już.
Nie robi się…
Owszem, książek mam dużo. A nawet jeszcze więcej, gdyż stałam się posiadaczką księgozbioru moich rodziców i mam teraz dużo dubletów. Mama, polonistka, a przy tym nauczycielka, dbała, żeby na domowych regałach nie brakowało klasyki, historii literatury, krytyki literackiej. Ojca pasjonowała historia II wojny światowej. A mnie nie. Mojego męża też nie bardzo. I tutaj zaczyna się problem. Nadmiaru, oczywiście.
Z dubletami sprawa prosta: zostawię te lepsze wydania. Zostawię przez wartość sentymentalną, bo czy naprawdę potrzebne mi 6 tomów Słowackiego w szarym płótnie ze złoceniami, tym bardziej, że jest jeszcze druga, skromniejsza edycja w dwóch tomach? Albo ośmiotomowe wydanie Prusa? (Z Sienkiewiczem, też obficie reprezentowanym, sprawa ma się inaczej – nawet Trylogia nie jest jednolitym kompletem, poszczególne części pochodzą z różnych wydań. Jakoś łatwiej się z nimi rozstać). Zostanie też kilka prac historycznoliterackich. Chrzanowski, Tarnowski, Krzyżanowski, czyli znowu klasyka. Z książek ojca również wybiorę kilka.

środa, 15 sierpnia 2012

Co na codzień, co od święta




Kiedyś było łatwiej. Istniał na przykład dość surowy kodeks ubraniowy: stroje domowe, wyjściowe, wizytowe, wieczorowe, na specjalne okazje – wiadomo było, w czym iść do cioci na imieniny, w czym na pogrzeb, a w czym do teatru. Może ten system był śmieszny i  stwarzał sztuczne potrzeby,  ale jednak dawał czytelne wskazówki, jak funkcjonować. Od kiedy w dżinsach można pójść do opery, a czarne spodnie plus jakaś zmieniająca się góra dadzą się wykorzystać w wielu sytuacjach, granice zaczęły się zacierać. Jeśli nie wymagają tego od nas w pracy (dress code obowiązuje przecież nadal, nie tylko w dyplomacji), najczęściej sami decydujemy o tym, jaki strój nam właśnie pasuje.

Podobnie w domu. Świąteczny serwis plus takież sztućce i obrus – to był mus absolutny. Święta, imieniny czy urodziny, wizyty gości dawno nie widzianych były okazją, żeby to wszystko wjechało na stół. Bo uroczystość, to uroczystość – ma być inaczej, niż na co dzień, i już.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

O potrzebie odporności






Według psychologa Henry’ego Murraya, każdy człowiek ma potrzebę przyjemnych doznań  zmysłowych. Dotyczy to wszystkich zmysłów. Dlatego lubimy słuchać śpiewu ptaków albo muzyki, dbamy nie tylko o wartość odżywczą potraw, lecz również o ich smak i zapach, i chętnie zakładamy ubrania z tkanin miłych w dotyku. Zasada ta obejmuje również wrażenia wzrokowe. Już całkiem małe dzieci potrafią wybierać zabawki i przedmioty, które im się podobają. Potrzeba upiększania siebie oraz otoczenia towarzyszyła ludzkości właściwie „od zawsze” i w każdych warunkach – potwierdzają to zarówno paleolityczne malowidła na ścianach jaskiń w Pirenejach, jak i tatuaże na ciałach członków plemion w dżungli nad Amazonką.  Jest to również potrzeba zadziwiająco egalitarna, niezależna od miejsca jednostki w społeczeństwie i jej zasobów materialnych. Kwiat, który dziewczyna wpinała we włosy, mógł pochodzić z łąki, oranżerii albo z  pracowni jubilerskiej. Obrazy zawieszane na ścianach były cenione w chłopskich chatach tak samo, a może nawet i bardziej, jak w salonach arystokracji, zaś garncarz mógł poświęcać zdobieniu swoich glinianych talerzy i dzbanków nie mniej uwagi, niż projektant wykwintnej porcelany.

piątek, 10 sierpnia 2012

Wnętrze minimalistyczne, lecz nie surowe

Zaczęło się wówczas, kiedy nasz dom nie był jeszcze wykończony, ale czułam się już dumną posiadaczką trzydziestu metrów kwadratowych salonu. Zamiast podłogi mieliśmy beton, lecz wcale mi to nie przeszkadzało i zaczęłam salon urządzać. W wyobraźni. Urządzałam go, urządzałam, a wyobraźnia ciągle mi mówiła, że to nie tak, że nie będzie dobrze. Kiedy wreszcie się z nią dogadałam, sprawa okazała się banalnie prosta: upychałam tam zbyt wiele. Nawet nie mebli czy jakichś gadżetów, lecz kolorów, wzorów i form. Tapety, dywan, narzuty na kanapę i fotel, zasłony, firanki, poduszki…
Na pierwszy ogień (wirtualny) poszedł dywan: do dziś go nie mamy. Brzozowa mozaika całkowicie wystarcza. Potem pozbyłam się firan. Mogłam sobie na to pozwolić, okna salonu wychodzą na ogródek otoczony wysokim żywopłotem i nawet sąsiadów nie mamy od tej strony. Zamiast firan zawiesiłam wąskie koronkowe lambrekiny. Zasłony, owszem, są – w drobne paski, dość neutralne. Nie zafundowaliśmy sobie rolet ani żaluzji.
Narzuty – dwustronne, pikowane, w pastelowych kolorach, uszyła mi mama, niezastąpiona w robótkach i robotach ręcznych. Poduszki – z tego samego materiału, co zasłony.
A tapety? Neutralne, jednobarwne, wytłaczane we wzór tkaniny o grubym splocie.

wtorek, 7 sierpnia 2012

W co się przyodziać czyli o minimum ciuchów




   Ograniczyć garderobę własną do niezbędnego minimum – cel szczytny, lecz niełatwy. Szafy porządkuję dość regularnie, a mimo to… Wiadomo, nie warto pisać szczegółowo. W pewnym momencie, krążąc pomiędzy domem na wsi (który został wybrany na siedzibę całoroczną), a mieszkaniem w mieście (gdzie jednak zimą żyło się znacznie wygodniej) stwierdziłam, że już sama nie wiem, gdzie co mam, ani ile czego. Żeby więc nie wozić ze sobą ciuchów, zaczęłam je kupować, ze skutkiem oczywistym.
Teraz, kiedy mieszkanie w mieście zostanie wynajęte, a dobytek ruchomy przewieziony na wieś, problem nadmiaru garderoby pokazał się w całej jaskrawości. Przy okazji wyszło jednak na jaw, że nic nie wpływa tak dobrze na moją zdolność konstruktywnego myślenia, jak konieczność rzeczywistego opróżnienia szaf.  Stanęłam zatem przed lustrem i zaczęłam przymierzać. Jeśli cokolwiek się opinało, ciągnęło albo dopinało na wdechu, od razu wędrowało do wora. Tak samo było z rzeczami nazbyt do siebie podobnymi. Ile w końcu można mieć beżowych żakietów albo czarnych spódnic? Dla białych i ecru byłam jednak bardziej wyrozumiała.
Jeden wór oczywiście nie wystarczył. Początek jednak został zrobiony.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Minimalistyczna torebka czyli niezbędnik jak najbardziej osobisty




Program ograniczenia się do minimalnej ilości rzeczy zaczynam od siebie. I od przeglądu tego, co mi najbliższe. A wbrew znanemu porzekadłu, nie jest to koszula.
Nieoceniona Dominique Loreau, z którą często się nie zgadzam, w „Sztuce prostoty” cały rozdział poświęciła torebce. Nie, nie swojej, lecz TEJ JEDNEJ JEDYNEJ. Jedna torebka na wiele lat – oto jej ideał. Oczywiście, musi być doskonała, wysokiej jakości, funkcjonalna, a przy tym urodziwa – nie będę streszczać, tylko od razu się przyznam, że mam więcej, niż jedną. Trudno, nie będę przez okrągły rok paradowała z czarną torebką, noszoną również do jasnych, pastelowych ciuchów latem. Nie, i już.
A więc – minimum to dwie torebki. Mhm, mam więcej. I zero chęci do ich pozbywania się. Ładne są.
Ale zawartość takiej torebki – o, tu się przyda minimalistyczny rygoryzm. Zwłaszcza, że przez lata nosiłam torby – worki, torby – magazyny, torby – przenośne miejsca pracy, połączone z kawałkiem biblioteki. Dłużej nie będę, bo ramię mnie od tego boli, a kręgosłup się krzywi. Nowe torebki są więc rozmiaru średniego, chociaż format A4 się w nie mieści, tak na wszelki wypadek.
A zatem – co jest absolutnie konieczne w wyposażeniu tego niezbędnika, bez którego życie kobiety byłoby o wiele bardziej uciążliwe?

niedziela, 5 sierpnia 2012

O minimalizmie - z dobrą wolą

Owszem, sama idea jest pociągająca i bliska mojemu sercu. Nie przywiązywać się do dóbr materialnych, nie otaczać nadmiarem przedmiotów, nie ulegać pokusie gromadzenia. Postawa taka, świadomie pielęgnowana i potwierdzana własnym życiem (nietrudno z ubóstwa robić cnotę i wmawiać tym, którzy są biedni, że tak naprawdę nie potrzebują tych wszystkich rzeczy, których pragną, ale przecież nie o to chodzi), w kulturze europejskiej jest znana od starożytności i nigdy właściwie nie zanikła, choć też nigdy nie była dominująca. Nie jest to więc żadne dziwactwo ani „nowinka” przeszczepiona zza oceanu, gdzie od nadmiaru dóbr ludziom się w głowach poprzewracało. Korzystający z kąpieli słonecznych w beczce Diogenes, który niesłusznie został obwołany patronem starczych zaburzeń osobowości polegających na skrajnym zaniedbaniu i kompulsywnym gromadzeniu odpadków, mógłby z powodzeniem użyczać swego imienia i autorytetu tym właśnie, co dystansują się od powszechnego pędu do posiadania. Bo że za owym pędem kryją się rozmaite braki i poczucie niedosytu niekoniecznie w sferze materialnej – a, co tam, nie będę tutaj filozofować. Diogenesowi natomiast, jak głosi słynna anegdota,  nie brakowało niczego. Jedynie tego słońca, które zasłonił Aleksander Macedoński, kiedy przed nim stanął.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...