niedziela, 26 sierpnia 2012

Ile kosztuje kultura?




Zainteresowały mnie wyliczenia autora pewnego artykułu  na blogu: tutaj. W komentarzach znalazło się – poza dość jadowitymi opiniami, że post dotyczy bynajmniej nie kultury, lecz rozrywki i to całkiem niewysokich lotów – także trochę ciekawych informacji i  uwag, jak zmniejszyć udział  wydatków na tę sferę życia we własnym budżecie. Bo nie da się ukryć, że książki, płyty i bilety kosztują, i to coraz więcej.
Zaczęłam się zastanawiać, jak to wygląda u mnie. Nie będę robiła tu dokładnych wyliczeń, gdyż jedne wydatki zdarzają się dwa-trzy razy w roku, inne – co tydzień. Właściwie dopiero roczne zestawienie kosztów miałoby większy sens, ale aż taka skrupulatna nie jestem. Wypisuję więc tylko pewne grupy, bez podawania konkretnych  sum.

Telewizji nie oglądam od lat, a mój mąż – dość rzadko . Telewizor jednak mamy, płacimy abonament za odbiornik i  abonament w Netii. Mamy również radio, ja słucham dwójki.
Prasa codzienna. Gazety kupujemy coraz rzadziej. Wiadomości dostarcza nam net, ciekawsze artykuły, analizy, komentarze w wydaniach papierowych trafiają się najczęściej w magazynach weekendowych.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Wakacyjne wyjazdy, czyli syndrom florencki

Wakacje pomału się kończą, ale jeśli ktoś nie musi przygotowywać  dzieci do rozpoczęcia nowego roku szkolnego, ten ma jeszcze przed sobą sporo możliwości. Ja też wyjadę dopiero we wrześniu. Od paru lat tak planujemy urlopy, żeby przedłużyć sobie lato. Szczyt sezonu przeczekujemy, robiąc tylko krótkie wypady, na dłuższy wyjazd przychodzi pora, kiedy ustaje wakacyjna gorączka turystyczna.
Ostatnio jeździmy po Europie, gdzie ta zmiana jest bardzo widoczna. Turystów znacznie mniej, do tego głównie studenci i emeryci, raczej niespieszni i mało nerwowi. Miejsca warte zwiedzania ciągle jeszcze otwarte długo, jak w urlopowym szczycie. Przy muzealnych kasach prawie nie ma kolejek, w knajpach łatwo znaleźć wolny stolik, obsługa też  sprawniejsza. Same zalety.
Termin wyjazdu, to jedna sprawa. A druga wiąże się z pytaniem, co tak naprawdę chcemy wówczas zyskać.
Odpoczynek od codzienności, odprężenie, relaks – to odpowiedzi najczęstsze. Równocześnie łatwo zauważyć, i to u ludzi skądinąd całkiem rozsądnych, skłonność do przeładowywania takiego wyjazdu najrozmaitszymi atrakcjami; do rozpychania go tak, aby żadna chwila nie pozostała nie zagospodarowana.
Wydaje się to całkowicie zrozumiałe: urlop, nawet wykorzystywany w całości, wcale nie trwa długo, wyjazdy sporo kosztują; do niektórych miejsc wrócimy nieprędko, a może już nigdy. Nic więc dziwnego, że chcielibyśmy zobaczyć i przeżyć możliwie najwięcej, nasycić się tą urlopową rzeczywistością aż  po same uszy.
Tyle, że to się nie bardzo udaje.

sobota, 18 sierpnia 2012

O Sztuce planowania Dominique Loreau

Sztuka prostoty oraz  Sztuka umiaru są książkami interesującymi. Sztuka planowania jest natomiast książką zaskakującą.

Przede wszystkim, mało w niej o planowaniu. Po drugie – i to jest znacznie ważniejsze – autorka przekonuje nas, że czynnością bardzo w życiu istotną, a przy tym mającą wielorakie, korzystne skutki, jest sporządzanie list. Tak, list, czyli po prostu spisów.
Każda z nas na pewno zna dwa podstawowe rodzaje list: spraw do załatwienia oraz zakupów. Spisujemy je w kalendarzu, notesie, na jakichś kartkach i karteluszkach, nosimy ze sobą, przeglądamy odhaczając kolejne pozycje, czasem wyciągamy w sklepie. Kiedy spełnią swoje zadanie, wędrują do kosza. Czy którakolwiek z autorek takich list poświęca im uwagę? Nie ich treści, lecz im samym, jako materialnemu przedmiotowi i dokumentacji własnego życia? Przypuszczam, że wątpię, jak mawia klasyk rozrywki.
I tutaj właśnie wkracza Dominique Loreau. Posługując się rozmaitymi przykładami, z których większość pochodzi oczywiście z jej ulubionej kultury japońskiej, proponuje, żebyśmy sporządzanie takich list rozszerzyły na wszystkie dziedziny egzystencji, łącznie z jej wymiarem psychicznym i duchowym. Możemy zatem układać nie tylko spisy rzeczy i zajęć, ale również listy  własnych problemów, wyborów, uczuć, sytuacji przyjemnych i przykrych, wrażeń zmysłowych czy nawet wspomnień.

czwartek, 16 sierpnia 2012

O księgozbiorze wcale nie minimalistycznie

Znam mieszkania wręcz wypchane książkami i ich właścicieli, którzy już sami się nie orientują, gdzie co mają, lecz nawet części książek się nie pozbędą, gdyż byłoby to poważne wykroczenie. Nie wiadomo dokładnie, przeciwko czemu, ale byłoby. Tak się nie robi, i już.
Nie robi się…
Owszem, książek mam dużo. A nawet jeszcze więcej, gdyż stałam się posiadaczką księgozbioru moich rodziców i mam teraz dużo dubletów. Mama, polonistka, a przy tym nauczycielka, dbała, żeby na domowych regałach nie brakowało klasyki, historii literatury, krytyki literackiej. Ojca pasjonowała historia II wojny światowej. A mnie nie. Mojego męża też nie bardzo. I tutaj zaczyna się problem. Nadmiaru, oczywiście.
Z dubletami sprawa prosta: zostawię te lepsze wydania. Zostawię przez wartość sentymentalną, bo czy naprawdę potrzebne mi 6 tomów Słowackiego w szarym płótnie ze złoceniami, tym bardziej, że jest jeszcze druga, skromniejsza edycja w dwóch tomach? Albo ośmiotomowe wydanie Prusa? (Z Sienkiewiczem, też obficie reprezentowanym, sprawa ma się inaczej – nawet Trylogia nie jest jednolitym kompletem, poszczególne części pochodzą z różnych wydań. Jakoś łatwiej się z nimi rozstać). Zostanie też kilka prac historycznoliterackich. Chrzanowski, Tarnowski, Krzyżanowski, czyli znowu klasyka. Z książek ojca również wybiorę kilka.

środa, 15 sierpnia 2012

Co na codzień, co od święta




Kiedyś było łatwiej. Istniał na przykład dość surowy kodeks ubraniowy: stroje domowe, wyjściowe, wizytowe, wieczorowe, na specjalne okazje – wiadomo było, w czym iść do cioci na imieniny, w czym na pogrzeb, a w czym do teatru. Może ten system był śmieszny i  stwarzał sztuczne potrzeby,  ale jednak dawał czytelne wskazówki, jak funkcjonować. Od kiedy w dżinsach można pójść do opery, a czarne spodnie plus jakaś zmieniająca się góra dadzą się wykorzystać w wielu sytuacjach, granice zaczęły się zacierać. Jeśli nie wymagają tego od nas w pracy (dress code obowiązuje przecież nadal, nie tylko w dyplomacji), najczęściej sami decydujemy o tym, jaki strój nam właśnie pasuje.

Podobnie w domu. Świąteczny serwis plus takież sztućce i obrus – to był mus absolutny. Święta, imieniny czy urodziny, wizyty gości dawno nie widzianych były okazją, żeby to wszystko wjechało na stół. Bo uroczystość, to uroczystość – ma być inaczej, niż na co dzień, i już.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

O potrzebie odporności






Według psychologa Henry’ego Murraya, każdy człowiek ma potrzebę przyjemnych doznań  zmysłowych. Dotyczy to wszystkich zmysłów. Dlatego lubimy słuchać śpiewu ptaków albo muzyki, dbamy nie tylko o wartość odżywczą potraw, lecz również o ich smak i zapach, i chętnie zakładamy ubrania z tkanin miłych w dotyku. Zasada ta obejmuje również wrażenia wzrokowe. Już całkiem małe dzieci potrafią wybierać zabawki i przedmioty, które im się podobają. Potrzeba upiększania siebie oraz otoczenia towarzyszyła ludzkości właściwie „od zawsze” i w każdych warunkach – potwierdzają to zarówno paleolityczne malowidła na ścianach jaskiń w Pirenejach, jak i tatuaże na ciałach członków plemion w dżungli nad Amazonką.  Jest to również potrzeba zadziwiająco egalitarna, niezależna od miejsca jednostki w społeczeństwie i jej zasobów materialnych. Kwiat, który dziewczyna wpinała we włosy, mógł pochodzić z łąki, oranżerii albo z  pracowni jubilerskiej. Obrazy zawieszane na ścianach były cenione w chłopskich chatach tak samo, a może nawet i bardziej, jak w salonach arystokracji, zaś garncarz mógł poświęcać zdobieniu swoich glinianych talerzy i dzbanków nie mniej uwagi, niż projektant wykwintnej porcelany.

piątek, 10 sierpnia 2012

Wnętrze minimalistyczne, lecz nie surowe

Zaczęło się wówczas, kiedy nasz dom nie był jeszcze wykończony, ale czułam się już dumną posiadaczką trzydziestu metrów kwadratowych salonu. Zamiast podłogi mieliśmy beton, lecz wcale mi to nie przeszkadzało i zaczęłam salon urządzać. W wyobraźni. Urządzałam go, urządzałam, a wyobraźnia ciągle mi mówiła, że to nie tak, że nie będzie dobrze. Kiedy wreszcie się z nią dogadałam, sprawa okazała się banalnie prosta: upychałam tam zbyt wiele. Nawet nie mebli czy jakichś gadżetów, lecz kolorów, wzorów i form. Tapety, dywan, narzuty na kanapę i fotel, zasłony, firanki, poduszki…
Na pierwszy ogień (wirtualny) poszedł dywan: do dziś go nie mamy. Brzozowa mozaika całkowicie wystarcza. Potem pozbyłam się firan. Mogłam sobie na to pozwolić, okna salonu wychodzą na ogródek otoczony wysokim żywopłotem i nawet sąsiadów nie mamy od tej strony. Zamiast firan zawiesiłam wąskie koronkowe lambrekiny. Zasłony, owszem, są – w drobne paski, dość neutralne. Nie zafundowaliśmy sobie rolet ani żaluzji.
Narzuty – dwustronne, pikowane, w pastelowych kolorach, uszyła mi mama, niezastąpiona w robótkach i robotach ręcznych. Poduszki – z tego samego materiału, co zasłony.
A tapety? Neutralne, jednobarwne, wytłaczane we wzór tkaniny o grubym splocie.

wtorek, 7 sierpnia 2012

W co się przyodziać czyli o minimum ciuchów




   Ograniczyć garderobę własną do niezbędnego minimum – cel szczytny, lecz niełatwy. Szafy porządkuję dość regularnie, a mimo to… Wiadomo, nie warto pisać szczegółowo. W pewnym momencie, krążąc pomiędzy domem na wsi (który został wybrany na siedzibę całoroczną), a mieszkaniem w mieście (gdzie jednak zimą żyło się znacznie wygodniej) stwierdziłam, że już sama nie wiem, gdzie co mam, ani ile czego. Żeby więc nie wozić ze sobą ciuchów, zaczęłam je kupować, ze skutkiem oczywistym.
Teraz, kiedy mieszkanie w mieście zostanie wynajęte, a dobytek ruchomy przewieziony na wieś, problem nadmiaru garderoby pokazał się w całej jaskrawości. Przy okazji wyszło jednak na jaw, że nic nie wpływa tak dobrze na moją zdolność konstruktywnego myślenia, jak konieczność rzeczywistego opróżnienia szaf.  Stanęłam zatem przed lustrem i zaczęłam przymierzać. Jeśli cokolwiek się opinało, ciągnęło albo dopinało na wdechu, od razu wędrowało do wora. Tak samo było z rzeczami nazbyt do siebie podobnymi. Ile w końcu można mieć beżowych żakietów albo czarnych spódnic? Dla białych i ecru byłam jednak bardziej wyrozumiała.
Jeden wór oczywiście nie wystarczył. Początek jednak został zrobiony.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Minimalistyczna torebka czyli niezbędnik jak najbardziej osobisty




Program ograniczenia się do minimalnej ilości rzeczy zaczynam od siebie. I od przeglądu tego, co mi najbliższe. A wbrew znanemu porzekadłu, nie jest to koszula.
Nieoceniona Dominique Loreau, z którą często się nie zgadzam, w „Sztuce prostoty” cały rozdział poświęciła torebce. Nie, nie swojej, lecz TEJ JEDNEJ JEDYNEJ. Jedna torebka na wiele lat – oto jej ideał. Oczywiście, musi być doskonała, wysokiej jakości, funkcjonalna, a przy tym urodziwa – nie będę streszczać, tylko od razu się przyznam, że mam więcej, niż jedną. Trudno, nie będę przez okrągły rok paradowała z czarną torebką, noszoną również do jasnych, pastelowych ciuchów latem. Nie, i już.
A więc – minimum to dwie torebki. Mhm, mam więcej. I zero chęci do ich pozbywania się. Ładne są.
Ale zawartość takiej torebki – o, tu się przyda minimalistyczny rygoryzm. Zwłaszcza, że przez lata nosiłam torby – worki, torby – magazyny, torby – przenośne miejsca pracy, połączone z kawałkiem biblioteki. Dłużej nie będę, bo ramię mnie od tego boli, a kręgosłup się krzywi. Nowe torebki są więc rozmiaru średniego, chociaż format A4 się w nie mieści, tak na wszelki wypadek.
A zatem – co jest absolutnie konieczne w wyposażeniu tego niezbędnika, bez którego życie kobiety byłoby o wiele bardziej uciążliwe?

niedziela, 5 sierpnia 2012

O minimalizmie - z dobrą wolą

Owszem, sama idea jest pociągająca i bliska mojemu sercu. Nie przywiązywać się do dóbr materialnych, nie otaczać nadmiarem przedmiotów, nie ulegać pokusie gromadzenia. Postawa taka, świadomie pielęgnowana i potwierdzana własnym życiem (nietrudno z ubóstwa robić cnotę i wmawiać tym, którzy są biedni, że tak naprawdę nie potrzebują tych wszystkich rzeczy, których pragną, ale przecież nie o to chodzi), w kulturze europejskiej jest znana od starożytności i nigdy właściwie nie zanikła, choć też nigdy nie była dominująca. Nie jest to więc żadne dziwactwo ani „nowinka” przeszczepiona zza oceanu, gdzie od nadmiaru dóbr ludziom się w głowach poprzewracało. Korzystający z kąpieli słonecznych w beczce Diogenes, który niesłusznie został obwołany patronem starczych zaburzeń osobowości polegających na skrajnym zaniedbaniu i kompulsywnym gromadzeniu odpadków, mógłby z powodzeniem użyczać swego imienia i autorytetu tym właśnie, co dystansują się od powszechnego pędu do posiadania. Bo że za owym pędem kryją się rozmaite braki i poczucie niedosytu niekoniecznie w sferze materialnej – a, co tam, nie będę tutaj filozofować. Diogenesowi natomiast, jak głosi słynna anegdota,  nie brakowało niczego. Jedynie tego słońca, które zasłonił Aleksander Macedoński, kiedy przed nim stanął.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...