poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Minimalistyczna torebka czyli niezbędnik jak najbardziej osobisty




Program ograniczenia się do minimalnej ilości rzeczy zaczynam od siebie. I od przeglądu tego, co mi najbliższe. A wbrew znanemu porzekadłu, nie jest to koszula.
Nieoceniona Dominique Loreau, z którą często się nie zgadzam, w „Sztuce prostoty” cały rozdział poświęciła torebce. Nie, nie swojej, lecz TEJ JEDNEJ JEDYNEJ. Jedna torebka na wiele lat – oto jej ideał. Oczywiście, musi być doskonała, wysokiej jakości, funkcjonalna, a przy tym urodziwa – nie będę streszczać, tylko od razu się przyznam, że mam więcej, niż jedną. Trudno, nie będę przez okrągły rok paradowała z czarną torebką, noszoną również do jasnych, pastelowych ciuchów latem. Nie, i już.
A więc – minimum to dwie torebki. Mhm, mam więcej. I zero chęci do ich pozbywania się. Ładne są.
Ale zawartość takiej torebki – o, tu się przyda minimalistyczny rygoryzm. Zwłaszcza, że przez lata nosiłam torby – worki, torby – magazyny, torby – przenośne miejsca pracy, połączone z kawałkiem biblioteki. Dłużej nie będę, bo ramię mnie od tego boli, a kręgosłup się krzywi. Nowe torebki są więc rozmiaru średniego, chociaż format A4 się w nie mieści, tak na wszelki wypadek.
A zatem – co jest absolutnie konieczne w wyposażeniu tego niezbędnika, bez którego życie kobiety byłoby o wiele bardziej uciążliwe?
- dokumenty – to oczywiste. W twardych okładeczkach.
Mama, kierowana mądrością kobiet ciężko doświadczonych w środkach komunikacji publicznej, kładła mi do głowy, żeby ważnych rzeczy nigdy, ale to nigdy nie nosić razem. Bo jeśli ukradną… Tak więc i ja rozdzielam. Jedna karta kredytowa tam, gdzie dowód, druga w portfeliku z pieniędzmi i kartami mniej ważnymi – do empiku, na przykład. No właśnie, jest przecież
- portfelik. A potem - klucze. Bez tego, ani rusz.
Dalej zaczynają się rzeczy może już niekonieczne, lecz potrzebne. Spośród nich na pierwszym miejscu stawiam
- małą kosmetyczkę. Naprawdę małą, z cienkiej skóry, kupioną kiedyś w Holandii. Mieści się w niej podstawowy zestaw przyborów: malutkie cążki, pilnik, nożyczki, pęseta, parę kosmetyków, kartonik ibupromu… A, i sznureczek małych pereł, oprawionych w srebrny drucik. Tak, na szyję.
Kobieta pracująca musi mieć przy sobie coś do pisania, czyli - pióro wieczne w etui. Druga część etui znakomicie nadaje się na - pendrive z materiałami potrzebnymi w pracy. Do pisania służy również - mały notatnik. Na szczęście, mam jeszcze zapas świetnych notatników kupowanych we Włoszech, tamtejszej firmy cartilia. Kołonotatniczki różnego formatu, z pięknie zaprojektowanymi okładkami w twardej, półprzezroczystej obwolucie. Niezniszczalne.
Pióro może zawieść, więc na wszelki wypadek w torebce znalazły się jeszcze - długopis + ołówek. Rozmiarów minimalnych,  drewniane z paroma elementami metalowymi, japońskie Muji. W śmiesznym mini-piórniczku z grubego, czarnego płótna, też Muji. Przy okazji trafił tam - drugi pendrive, z tekstami prywatnymi. Nie zawsze go zabieram, ale czasem muszę.
Do tego jeszcze - kalendarzyk. Mały! Podobnie jak notes, też w twardych, plastykowych okładkach. Okazuje się, że taki miniaturowy całkowicie wystarcza. Duży, solidny, formatu książkowego, z rozmaitymi zapiskami, trzymam w domu.
Teraz pora na trochę elektroniki, czyli:
- telefon. Czasem w torebce, częściej w kieszeni. Model z klapką, więc bez żadnych gadżetów chroniących klawiaturę.  Sam się chroni.
- odtwarzacz mp4 ze słuchawkami. Oczywiście, w etui. Trudno, taki mam gust, że czasami slucham.
Najwięcej miejsca w torebce zajmuje - spora, płaska kosmetyczka, z takich zapinanych na suwak. W niej można znaleźć
- grzebień. Za duży, żeby trafił do tej malutkiej.
- chusteczki higieniczne.
- scyzoryk. Bez komentarzy.
- małą zwijaną miarkę, długości 1m.
- kluczyki do samochodu. Nie prowadzę, ale przydają się, jeśli wyjeżdżamy z mężem.
- listy zakupów. Sama zrobiłam dla nich okładki – mini teczkę z plastiku. To wygodniejsze, niż upychanie rozmaitych karteluszków, gdzie się da.
Czasami w tej dużej kosmetyczce ląduje także - ładowarka do telefonu. Natomiast z głębin torebki wyciągnąć też można etui z
- zapasowymi okularami. Czasem się przydają.

No i to właściwie wszystko, z kompletu podstawowego. Czy mogłoby być tego mniej? Pewnie tak, ale dylematy, czy zrezygnować z ołówka do brwi, czy ze szminki, byłyby jednak nie na miejscu.
Generalnie, uwielbiam torebki z dużą ilością przegródek, kieszeni czy skrytek. Żadna nie pozostaje niewykorzystana. Takie pakowanie w kosmetyczki i etui ma jednak tę zaletę, że przepakowywanie się z jednej torebki do innej to kwestia paru chwil. Do tego, można zaoszczędzić sobie stresu, a w końcu to się we wszystkich tych łamigłówkach liczy najbardziej.

Aha, w tym niezbędniku jak najbardziej osobistym znalazł się również kawałek lawy z Etny.

Rubia





4 komentarze:

  1. Rubio, na wstępie - wspaniały blog. Czytam go na razie wstecz. :) Jestem maniakiem torebek. Mam ich w sumie chyba kilkanaście (wliczając kilka takich materiałowych na lato, które zajmują malutko miejsca). Przeważnie w torebce ma tylko portfel z dokumentami i pieniędzmi, klucze, długopis i komórkę. Czasem okulary od słońca, czasem błyszczyk. Oczywiście zdarza się paczka do zaniesienia na pocztę albo drobne spożywcze zakupy. :) Pozbywając się wielu rzeczy w toku minimalizowania właśnie na torebkach utknęłam. Ale nie mam z tego powodu absolutnie żadnych wyrzutów sumienia. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Królisku, dzięki za miłe słowa. :) Bardzo się ucieszyłam, że nie masz wyrzutów sumienia z powodu tych torebek. Bo ja też nie. I też mam ich kilkanaście, w tym kilka letnich tekstylnych.
    Cóż, są chyba takie zakamarki duszy kobiecej, do których minimalizm przenika z trudem, jeśli w ogóle. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie tu u Ciebie, za chwilę pewnie zasiądę do przestudiowania wszystkich wpisów, a dzisiaj odniosę się do tego: bardzo mi się podoba posiadanie kilku torebek, a nawet więcej i sama kilka mam, ale i tak najczęściej używam jednej, bo nie chce mi się przenosić gratów! Nie przekonuje mnie, że pakowanie w etui i kosmetyczki ułatwia ten proces;)

    W torebce poza rzeczami podstawowymi - do których zaliczam: klucze, dokumenty, portfel, kosmetyczkę, telefon, centymetr, kilka długopisów, okulary do czytania i słoneczne, parasolkę, notesik, chusteczki, 1-2 siatki, plastry - mam jeszcze: łyżeczkę i widelczyk, skarpetkę na wypadek chęci przymierzenia butów w sklepie oraz genialny haczyk do zawieszania torebki na stoliku (w kawiarni np).
    Nie mam natomiast grzebienia i nigdy nie nosiłam, ciekawe...
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Witaj i czytaj! :) Ciekawa rzecz, taki haczyk do zawieszania - nawet nie mam pojęcia, jak wygląda. A że nie noszę skarpetki, już parę razy żałowałam tego lata, kiedy nie mogłam (nie chciałam) przymierzyć butów. Trzeba ten brak uzupełnić.
    Za to nie mam parasolki. W ogóle. Wyłącznie kurtki i płaszcz od deszczu. Zawsze miałam wrażenie, że do noszenia parasolki potrzebna by mi była trzecia ręka. :)
    Ja się przepakowuję dość często, gdyż torebkę dopasowuję do butów. Wiem, że to nieobowiązkowe, żaden mus, ale jednak lepiej się czuję, kiedy to, co mam na nogach, jest skoordynowane z tym, co na ramieniu.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...