niedziela, 30 września 2012

Turystyka kwalifikowana III, czyli znowu o muzyce średniowiecznej

Grajek i tancerka. Kodeks Manesse po 1300 r.

Właściwie miałam zamiar pisać o czymś zupełnie innym, ale tak mi się jakoś nostalgicznie zrobiło… Pewnie dlatego, że skończył się festiwal Skrzyżowanie Kultur, w tym roku prowadzący w regiony naprawdę odległe, a trochę może też i dlatego, że na mój blog trafił czytelnik, który w wyszukiwarce wypisał frazę: strój średniowiecznego grajka. Wprawdzie akurat piszę raczej o strojach nieśredniowiecznych, ale to mnie zastanowiło. Czyżby ktoś z grupy rekonstrukcyjnej szukał wzorów kostiumów?  Tak więc i o strojach tutaj będzie trochę, chociaż oczywiście ważniejsza jest muzyka.  A także to, w jaki sposób powstawała.

Średniowiecze nie znało pojęcia praw autorskich; wprost przeciwnie, naśladowanie jakiegoś znakomitego pierwowzoru było nawet zalecane i pochwalane. Dlatego rozmaitych naśladownictw i trawestacji spotykamy w tej muzyce niemało; najczęściej – co zresztą aż do dzisiaj jest częstą praktyką – układano nowy tekst do już istniejącej melodii.
Na początek właśnie takie dwie pieśni. Tę wykonywaną jako pierwsza napisał najwybitniejszy chyba niemiecki poeta średniowieczny; autor liryków  miłosnych, czyli minnesinger, Walter von der Vogelweide (zmarły około roku 1230). Under der linden opowiada o nocnym spotkaniu kochanków – na łące, pod lipą, pośród kwiatów i przy śpiewie słowika. I tekst, i melodia mają wiele wdzięku i na pewno się podobały słuchaczom. Okazuje się jednak, że Walter wzorował się na wcześniejszej pieśni anonimowego francuskiego trubadura. Niemiecki tekst nie jest dokładnym  tłumaczeniem pierwowzoru (byłoby to zresztą zadanie karkołomne, ze względu na kłopoty z zachowaniem i długości wersów, i miary rytmicznej), lecz oba utwory, wykonywane przez tego samego śpiewaka, brzmią właściwie jak jeden. Tyle, że język się zmienia z niemieckiego na francuski.

Śpiewak, Knud Seckel,  akompaniuje sobie na lirze korbowej. Nie wiadomo, na jakim instrumencie grał Walter von der Vogelweide, który sam wykonywał własne utwory. Ci słuchacze, którzy siedzą za plecami śpiewaka, to jego rywale, gdyż nagranie pochodzi z konkursu minnesingerów na zamku Spangenberg w 2007 roku. Niemcy co roku organizują  takie konkursy, na których współzawodniczą zawodowi wykonawcy muzyki średniowiecznej, najczęściej z Niemiec i Austrii, ale czasem także goście przybyli z innych krajów. Knud Seckel już kilkakrotnie wygrał tę rywalizację. Tutaj towarzyszą mu, podobnie jak innym minnesingerom na tej imprezie, muzycy z grupy Musiktheater Dingo.
Czy tak mogli wyglądać średniowieczni grajkowie? Jest to prawdopodobne, chociaż niewiele mamy dokumentów, które pozwalałyby ich  zobaczyć. Około roku 1300, najprawdopodobniej w Zurychu, powstał zbiór pieśni (samych tekstów, bez notacji muzycznej), zwany od nazwiska właścicieli Kodeksem Manesse. Zawiera on również miniatury, które  pokazują autorów tych pieśni, i to w pełnym przekroju społecznym: od cesarza Henryka VI, króla Czech Wacława II i polskiego księcia Henryka IV Probusa (układał wiersze w języku niemieckim. Całkiem zgrabne, jak twierdzą specjaliści), przez landgrafów, hrabiów i rycerzy aż po ludzi, których jedynym dobrem był talent poetycki i muzyczny. Cóż, w średniowieczu komponowanie piosenek miłosnych było rozrywką dworską. Francuscy trubadurzy, truwerzy, a ich śladem niemieccy minnesingerzy często należeli do znakomitych rodów, a jeśli nie, to byli dworzanami możnych.
W Kodeksie Manesse znalazła się miniatura pokazująca śpiewaków, którzy rywalizują w konkursie na dworze landgrafa na zamku Wartburg. Jest pomiędzy nimi także Walter von der Vogelweide.  Właśnie ten rękopis często stanowi  źródło inspiracji dla projektantów strojów z epoki, chociaż oczywiście moda średniowieczna też była zmienna i po roku 1300, a już zwłaszcza w XV wieku, grajkowie mogli ubierać się zupełnie inaczej.

Wracając do muzyki: tutaj jeszcze jedno wykonanie Under der linden. Zespół Orpharion z Belgradu;  instrumenty wzorowane na średniowiecznych, stroje lekko tylko stylizowane. Skład wieloosobowy, mieszany, lecz śpiewa solistka. I tak właśnie powinno być, gdyż tekst, chociaż jego autorem jest mężczyzna, został napisany w imieniu kobiety. To Ona  opowiada o tym, jak wychodzi nocą na łąkę, gdzie czeka On.
Nie wiadomo, czy w średniowieczu do zespołów muzycznych należały śpiewaczki i muzykantki. Zapewne tak, gdyż nawet członkowie wędrownych trup mieli żony, a tym bardziej grajkowie należący do kapel nadwornych albo miejskich. Układaniem i komponowaniem pieśni zajmowały się, wzorem mężczyzn, także szlachetnie urodzone damy, które na pewno opanowały również  sztukę śpiewu, lecz dla nich to była rozrywka, jeden z wielu elementów dworskiego – i dwornego - życia. Francuzi mają nawet odrębną nazwę na określenie kobiety-trubadura: trobairitz.
 Tutaj pieśń skomponowana przez taką właśnie prowansalską trobairitz, hrabinę Beatriz de Dia. Nie wiadomo dokładnie, kiedy się urodziła, ani kiedy umarła. Jej wiersze datuje się zwykle na lata około 1180. Podobno łączyła ją miłość z trubadurem Raimbautem de Vaqueiras.  Niespełniona, gdyż Beatriz była zamężna z kim innym. Taka była zresztą ówczesna konwencja, dworska i zarazem literacka: opiewać kobietę wybraną, lecz niedostępną. Zadziwiająco wiele średniowiecznych heroin i adresatek miłosnych westchnień było mężatkami, co samo uczucie zamieniało w rodzaj  przygody pełnej niebezpieczeństw. Ta zasada spiętrzania przeszkód działała również wówczas, kiedy autorką poezji miłosnej była kobieta: ona, skrępowana małżeńskimi więzami, i on, swobodny ptak. No cóż.
Zachowało się zaledwie kilka wierszy Beatriz, w tym tylko jeden z muzyką: A chantar m’er. O cierpieniach miłosnych, oczywiście. W języku okcytańskim, gdyż w nim właśnie trubadurzy układali większość swoich utworów. Wybrałam nagranie irańskiej pieśniarki Azam Ali (znowu to przekraczanie barier dzielących kraje i narody!), gdyż jest ono wolne od takiej cokolwiek kościelnej maniery śpiewania tekstów świeckich, jaką często można zaobserwować u europejskich wykonawców muzyki dawnej. Średniowieczna muzyka religijna jest o wiele lepiej znana, właściwie każdy zespół ma ją w swoim repertuarze i zasady jej wykonywania przenoszone są także na utwory o zupełnie innym charakterze. Nie ma to większego uzasadnienia, trudno przypuszczać, że repertuar towarzyszący ucztom albo towarzyskim spotkaniom w ogrodzie śpiewano „na kościelną nutę”. Wykonanie Azam Ali wprowadza do tej muzyki lekki rys orientalnego egzotyzmu, a poza tym – przyjemnie posłuchać tak pięknego głosu.
I jeszcze jeden utwór trubadura. Bardzo znany, często wykonywany w najrozmaitszych aranżacjach: alba Reis glorios Guirauta de Bornelh, znowu z około 1180 roku, znowu w języku okcytańskim. Alba, czyli pieśń śpiewana o świcie, będąca rodzajem podziękowania za wspólnie spędzoną noc. Znane są alby, które wykonuje kobieta, budząc w ten sposób kochanka.
W Reis glorios sytuacja jest dość skomplikowana. Śpiewa mężczyzna, lecz zwraca się do innego mężczyzny, który właśnie przebywa u kochanki. Giermek? Troskliwy przyjaciel? Ostrzega tego drugiego, że nadchodzi świt i zaraz może obudzić się zazdrośnik. Oczywiście, ukochana jest mężatką… Reis glorios to Król chwały, gdyż alba zaczyna się prośbą do Boga, by chronił zuchwalca. Dopiero później przychodzą wyjaśnienia:
O, dobry druhu, gdy uciekasz / modlitw do nieba wznoszę głos / by ten, co wcielił się w człowieka / wstrzymał nad tobą wszelki cios. (przekład Zofii Romanowiczowej, cytuję z pamięci).
W ostatniej strofie głos zabiera ostrzegany. Owszem, zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, lecz świt mu niestraszny. Ciało, które trzyma w ramionach, jest takie piękne… Obaj mężczyźni, zwracając się do siebie, używają słów bel compan, albo bel dos compan. Na polski różnie to tłumaczono: przyjacielu dobry, dobry druhu, czy piękny mój miły (jak u Romanowiczowej). To ostatnie jest najbliższe oryginału, w którym przyjaciel jest piękny i słodki (miły). Nie jest to prosta historia, doprawdy.
Zasadniczo, Reis glorios nie jest tekstem przeznaczonym dla kobiet, chociaż one również czasem go śpiewają. Tu wykonanie na głos męski, a cappella, bez jakiegokolwiek akompaniamentu. Śpiewa solista ze Schola cantorum z Bazylei.  Czyni to kunsztownie, ale, jak na mój gust, w sposób trudny do odróżnienia od pieśni religijnych.
video

 Tutaj, w znacznie żywszym tempie, wykonanie Simone Soriniego z zespołu Micrologus. Bez nadmiernej celebracji, co, mam wrażenie, wychodzi całości na dobre.

A tu dwujęzyczna wersja polska i wykonanie Jacka Kowalskiego. Tłumaczenie chyba jego własne, gdyż Kowalski jest romanistą, a do tego specjalistą od sztuki i muzyki średniowiecznej. Wydał świetną książkę  Niezbędnik trubadura. Tutaj akurat ostatnią strofę śpiewa ktoś inny i to jest wersja najbliższa intencjom autora. W tłumaczeniu zanikła jednak pewna  dwuznaczność tekstu Guirauta.
video

I tak właśnie wyglądają zabawy z muzyką, o której  bardzo mało wiemy.  To jest ten nurt, w którym wykonawcy starają się zachować jak  największą wierność wobec czasu minionego, jeśli to w ogóle  możliwe. Bo przecież ta muzyka nie jest jakimś preparatem, przeniesionym wprost z wieku XII albo XIII. Z każdym wykonaniem powstaje na nowo, dawna, ale równocześnie przefiltrowana przez wrażliwość współczesnych muzyków i śpiewaków.
Ech, jesień w pełni. Pora roku skłania właściwie do pisania o przetworach na zimę. Ale to może innym razem, a może ktoś inny podejmie ten wdzięczny temat...
Rubia




niedziela, 23 września 2012

Turystyka kwalifikowana II, czyli śladami muzyki średniowiecznej

Pani Muzyka. Rękopis francuski ok. 1500
Nie będę zakładać odrębnego blogu dla tych moich średniowiecznych wędrówek nie-wędrówek, więc piszę tutaj, chociaż z minimalizmem mają one niewiele wspólnego. Za to dużo z powrotem do korzeni, a może do źródeł. Kulturowych, rzecz jasna.
Te średniowieczne festiwale, o których wcześniej pisałam, nie zasługiwałyby w pełni na swoją nazwę, gdyby brakowało na nich śpiewu, tańca i w ogóle muzyki. Na szczęście, muzyka jest tam stale obecna. Grają i śpiewają zarówno amatorzy, jak i profesjonaliści, do tego bardzo biegli w swoim fachu. Ale – co właściwie grają?
Ze średniowieczną muzyką świecką – bo przecież na takich spotkaniach nie śpiewa się Stabat Mater ani Dies irae – jest ten problem, że właściwie nie wiadomo, jak brzmiała. Skale muzyczne były wówczas inne, niż obecnie, zapis nutowy – też odmienny i na jego podstawie można odtworzyć właściwie tylko melodię, a i to nieczęsto się zdarza.

poniedziałek, 17 września 2012

Z książką przed szafą

 Miałam na studiach kostiumologię i nawet zdawałam z niej egzamin. Od tej pory żyję z takim miłym przekonaniem, że moda to sprawa poważna, a zajmowanie się nią wcale nie świadczy, że mamy pstro w głowach. Skądże znowu, nawet doktorat można z tego zrobić. Nie mam, co prawda, takiego zamiaru i zdecydowanie bardziej wolę się w ciuchy ubierać, niż o nich pisać. Na półkach w księgarniach nie brakuje jednak, oprócz książek poświęconych historii ubiorów i stylów, również najrozmaitszych poradników typu Co na siebie włożyć, żeby wyglądać na kobietę sukcesu. Ich popularność wskazuje, że  kobiety potrzebują w sprawach mody nie tylko rady mamy, przyjaciółki, ekspedientki w sklepie, oraz reklam i migawek z wybiegów, lecz również odrobiny wiedzy bardziej usystematyzowanej, takiej, która nie przeminie wraz z  top ten szmatek ostatniego sezonu.
Tutaj właśnie przydają się książki, jeśli nie są wyłącznie broszurami reklamowymi jakichś mniej lub bardziej znanych marek.

niedziela, 9 września 2012

Z książką w kuchni

Lubię jeść. I lubię też, żeby przy garnkach stał kto inny. W moim otoczeniu brak jednak chętnych, żeby na co dzień mnie w tym zastępować. Gotuję zatem sama, a ponieważ nie chcę, żeby domownicy kręcili nosem nad talerzami, więc się staram. Pomagając sobie przy tym wiedzą wyniesioną z domu (moi rodzice oboje bardzo dobrze gotowali; szkoda, że takich umiejętności nie można odziedziczyć wprost, bez żadnego wysiłku, jak koloru oczu albo włosów), no i oczywiście książkami kucharskimi.
Otóż to. Książki kucharskie.
Dominique Loreau, która pewnie stała się już guru polskich minimalistek, zalecając radykalne ograniczenie księgozbioru nie robi wyjątku dla książek kucharskich. Pisze, skądinąd słusznie, że kupowanie ich nie zastąpi umiejętności gotowania, stwarza natomiast złudne wrażenie, że w sprawach kulinarnych jesteśmy ekspertami.
Przejrzałam pod tym kątem wszystko, co stało u mnie na półkach. Pani Loreau jest niezłym psychologiem!
Zdaje się, że często kupowałam książki na zasadzie: a tego to jeszcze nie mam. W ten sposób przybywało mi tomików z różnych serii wydawniczych. Bo skoro kupiłam kuchnię włoską i hiszpańską, to czemu nie dokupić jeszcze chińskiej, meksykańskiej, japońskiej i brazylijskiej? Ładnie razem się prezentują, a przecież zawsze jest szansa, że kiedyś z nich skorzystam.

czwartek, 6 września 2012

Czy minimalizm to zabawa zamożnych?

Taki wniosek można by wyciągnąć, czytając rozmaite komentarze na blogach i w prasie: że to przejściowa moda, wywołana nadmiarem dóbr i przesytem konsumpcją w społeczeństwach prawdziwie bogatych, a u nas – ochocze naśladownictwo obcych wzorów, rodzaj snobizmu, który niewiele ma wspólnego z realiami codzienności.
Jest i pogląd przeciwny: minimalizm to dorabianie ideologii do własnej mizerii finansowej. Skoro mnie na coś nie stać, to wmawiam sobie, że wcale tego nie potrzebuję, a wtedy od razu nastrój mi się poprawia. No i jeszcze mam poczucie, że jestem trendy. Taka współczesna  wersja bajki Ezopa o lisie i winogronach: kiedy lis nie mógł, mimo wysiłków, dosięgnąć winnych gron na gałęziach, uznał, że na pewno muszą być kwaśne. A zatem – niewarte starań.

Życie jednak jest bardziej złożone, niż takie dwubiegunowe schematy. Ascetycznie urządzone mieszkanie z podłogą z egzotycznego drewna i designerską kanapą projektant wnętrz uzna za idealny przykład minimalizmu. A co na to powie ktoś, czyj roczny dochód jest mniejszy, niż koszt tej podłogi i kanapy?
Czy to jednak znaczy, że miano minimalisty zyskamy wtedy, gdy na podłodze położymy linoleum, a sypiać będziemy na starej wersalce, podarowanej przez sąsiadów?

sobota, 1 września 2012

Turystyka kwalifikowana, czyli o podróżach w głąb średniowiecza



Festival Mediaval w Selb. Kram z sukniami
Sezon niedługo się kończy, ale jeszcze kilka imprez przed nimi. Jeszcze można ich spotkać: barwnych, dziwnie ubranych i trochę egzotycznych. Najczęściej tam, gdzie na jakimś malowniczym ryneczku albo pod murami solidnego zamczyska słychać dźwięki lutni, cytry  czy też innej fidel, kramarze zaś proponują kupno łuku, skórzanego kubraka, a nawet zbroi płytowej. Nie trzeba od razu kupować całej, na początek wystarczy sam hełm.
Miłośnicy średniowiecza.
Zawsze mnie zastanawiało, czego ludzie szukają w odległej przeszłości. Do tego aktywnie, nie poprzez lektury. Wiadomo, że czytanie książek jest najprostszym sposobem podróżowania i w czasie, i w przestrzeni. Można wówczas doświadczyć czegoś, czego nigdy nie dałoby się przeżyć osobiście. A im czytanie jednak nie wystarcza i próbują wejść w ten czas dawno miniony. Ubierają się we własnoręcznie szytą odzież z materiałów, jakie noszono 800-500 lat temu. Bawełna wykluczona, a w każdym razie niestylowa, powodzeniem cieszą się len i wełna, czasem jedwab. Pożądane są skóry, a w wersji zimowej i uroczystej nawet futra.
Zrzeszeni są w bractwach, kompaniach, drużynach i  konfraterniach; czasem mają stałe siedziby. Czasem, żeby je mieć, potrafią zaangażować się w renowację średniowiecznego zamku.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...