niedziela, 28 października 2012

Jesiennie, melancholijnie, muzycznie

Kiedy trzy dni temu zaczęłam pisać ten tekst, jesień była w pełni. W pokoju, gdzie zwykle piszę, od paru dni zrobiło się dziwnie jasno, gdyż jesiony, ocieniające tę część domu, straciły już wszystkie liście. Jeszcze pod płotem kwitły lila marcinki, kontrastując z żółtą koroną pigwy i różowymi liśćmi borówek amerykańskich, jeszcze parę róż pyszniło się czerwienią. Teraz to już przeszłość. Wszystkie barwy przykrył śnieg. Kiedy stopnieje, jedynym przyciągającym wzrok akcentem będą czerwone plamki rajskich jabłuszek, którymi jabłoń jest w tym roku obsypana. Sikorki i sójki kręcą się jednak żwawo, wydziobując jagody z dławisza i strącając śnieg z gałązek.
Wchodzimy w listopad, który zaczyna się świętem. Ważnym, chociaż wcale nie radosnym. Wszystkich Świętych, a po nim Dzień Zaduszny. Chrześcijańskie święto, które wchłonęło starsze obrzędy, czyli obchodzone pierwszego listopada słowiańskie i bałtyjskie Dziady, a na innych obszarach Europy – celtycki Samhain, święto zmarłych, ale również początek roku. Nawet u starożytnych Rzymian, którzy zmian pór roku doświadczali w sposób łagodniejszy, niż mieszkańcy Europy na północ od Alp, listopad poświęcony był Korze-Persefonie, porwanej przez władcę świata podziemi, Hadesa-Plutona.

poniedziałek, 22 października 2012

O kolorach raz jeszcze

Zauważyłam, że wpis Z książką przed szafą był wyświetlany zdecydowanie częściej, niż inne, chociaż nie prowadzę przecież blogu o modzie. Pomyślałam więc, że warto dorzucić jakąś stronę czy półtorej o tych sprawach, które nie pojawiły się w poprzednim poście. Kolory to przecież temat może nie niewyczerpany, ale i ciekawy, i naprawdę bardzo obszerny…
W minimalistycznej garderobie, ograniczonej do niewielkiej liczby ubrań, ich wzajemne dopasowanie staje się sprawą naprawdę ważną.  Każdy nietrafiony zakup sprawia bowiem, że albo mamy kolejną rzecz zbędną, albo musimy do niej coś dokupić, tworząc w ten sposób łańcuszek powiększający nasz stan posiadania o coś, czego wcale nie planowałyśmy.
Wszystkie wiemy, że jednym z podstawowych zabiegów, umożliwiających zestawianie kilkunastu rzeczy w różnorodne całości, jest ich odpowiedni dobór kolorystyczny. Ale wokół kolorów narosło sporo obiegowych opinii, czasem negatywnych, czasem przyznających im zalety, których nie mają. Tym razem więc parę zdań o kilku stereotypach, często powtarzanych, a nie zawsze potwierdzających się wówczas, gdy  próbujemy skompletować sobie jakiś zestaw, który byłby funkcjonalny, a równocześnie nienudny.

niedziela, 14 października 2012

Długie życie rzeczy II, czyli co nam zostało z tych lat?

Niedawno w prasie pojawiły się artykuły związane z wydaną właśnie książką dwojga autorów, którzy postanowili pół roku przeżyć w PRL-u. Wybrali się w taką częściową podróż w czasie, możliwą głównie dzięki przedmiotom, które przetrwały z tamtego okresu, gdyż sytuacji społecznej przecież odtworzyć się nie da.
Ja akurat pamiętam PRL całkiem nieźle, więc moje wspomnienia dosyć różnią się, i to nie tylko w szczegółach, od tej próby rekonstrukcji ówczesnego życia, ale nie w tym rzecz.
 W Anglii są miłośnicy przeszłości, którzy swoje domy albo i rezydencje urządzają tak, jakby żyli w czasach panowania królowej Wiktorii (zmarłej w roku 1901), czy też jej następcy, Edwarda VII. To jeszcze jedna forma rekonstrukcji historycznych; prywatna, bardzo indywidualna, a przy tym długotrwała. Takie stylizacje, które obejmują nie tylko wyposażenie i wystrój wnętrz, lecz nawet stroje, możliwe są przede wszystkim w krajach, gdzie zachowało się wiele materialnych pozostałości dawnych epok. Wszystkie bowiem przedmioty powinny być autentyczne, może poza ubraniami. Nie tylko dlatego, że tkaniny są nietrwałe, lecz przede wszystkim ze względu na rozmiary. Przerośliśmy naszych przodków, przynajmniej jeśli chodzi o wzrost i obwód bioder.
Generalnie, jest to hobby kosztowne, w którym zamiłowania kolekcjonerskie łączą się ze swoistą chęcią tworzenia sobie azylu jak najbardziej odmiennego i odległego od współczesności.

niedziela, 7 października 2012

Długie życie rzeczy, czyli o kupowaniu używanych




Kiedy kończył się nasz pobyt w Niemczech, zastanawialiśmy się nad kupnem samochodu, gdyż stary już się rozsypywał. No i pojawiło się pytanie: nowy, czy używany? Któregoś dnia mąż po powrocie z pracy powiedział:
– Wiesz, zgadało się z szefem o samochodach. On jeździ siedemnastoletnim oplem. I nigdy w życiu nie kupił sobie nowego samochodu.
No tak, szef. Był profesorem i kierownikiem zakładu w dużym instytucie badawczym. Można powiedzieć, że na biednego nie trafiło. Do tego nie był jakimś patologicznym skąpcem. Żeglował, dużo podróżował, oboje z żoną chodzili do opery, na koncerty… A na nowy samochód żal mu było pieniędzy.
To właśnie w Niemczech stanęłam oko w oko z problemem kupowania rzeczy używanych. Wynajęliśmy mieszkanie nie umeblowane. Część mebli mąż pożyczył z instytutu (mieli tam wypożyczalnię dla osób, które przyjeżdżają na czas zbyt długi, by mieszkać w hotelach), część musieliśmy dokupić – tanio, bo nie zamierzaliśmy zabierać ich potem do Polski.
Właśnie wtedy zapoznałam się z wielkimi magazynami, gdzie sprzedawano meble, których pozbyli się poprzedni właściciele.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...