poniedziałek, 26 listopada 2012

Pochwała lenistwa


Leżenie w łóżku i nie robienie niczego jest dobre i szlachetne, przyjemne i pożyteczne

Ładny dzisiaj dzień, słoneczny i ciepły, dobry na spacery, lecz na ogół późna jesień zachęca do przesiadywania w domu. Tak więc dziś parę zdań o książce, która pomaga pozbyć się wyrzutów sumienia, kiedy zauważymy, że nasza aktywność ma tendencję pikującą i niebezpiecznie zbliża się do zera.
Jak być leniwym Toma Hodgkinsona została wydana po polsku w roku 2008 (oryginał ukazał się cztery lata wcześniej), lecz nic nie straciła ze swej aktualności. Pewnie dlatego, że lenistwo nie jest żadną przemijającą modą, lecz stanem ducha łączącym ludzi ze światem natury, gdzie pracowite są chyba jedynie mrówki i pszczoły, a nawet i one zapadają na parę miesięcy w sen zimowy.
Wbrew żartobliwemu tytułowi i lekkiej formie, pełnej odwołań do literatury i historii, książka traktuje o sprawach całkiem poważnych, a przy tym dotyczących zdecydowanej większości ludzi w krajach cywilizacji Zachodu. Poświęcona jest bowiem życiu pod presją czasu oraz wydajności.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Na wysokich obrotach


Miało być dzisiaj o książce Toma Hodgkinsona Jak być leniwym, ale ponieważ  dopadło mnie przeziębienie, a do tego MUSIAŁAM być w pracy, więc napiszę o jednej tylko sprawie, związanej i z tą książką, i z naszym życiem codziennym. O funkcjonowaniu na wysokich obrotach.
Autor Jak być leniwym, chociaż nie jest staruszkiem skupionym na przeszłości (rocznik 1968), z rozrzewnieniem pisze o czasach dzieciństwa, kiedy – w razie przeziębienia – mama pakowała go do łóżka i poiła jakimś syropem (z apteki, nie domowym), a on miał tylko leżeć i zdrowieć. Chyba zresztą większość z nas ma podobne wspomnienia. Nakaz leżenia pod kołdrą mógł wydawać się nieznośny, ale, w gruncie rzeczy, była to całkiem fajna sprawa, takich parę dni przymusowego nieróbstwa.
Niestety, po wejściu w dorosłość sytuacja się komplikuje. Jest przecież praca, a w niej mnóstwo obowiązków, jest dom, rodzina, która też domaga się zainteresowania. I tak się składa, że zamiast łyknąć aspirynę i powędrować do łóżka, żeby odchorować swoje,  zaczynamy poszukiwać jakiegoś super-skutecznego lekarstwa, które postawiłoby nas na nogi, najlepiej w ciągu paru godzin.

niedziela, 11 listopada 2012

Subiektywny przegląd prasy



Przyznam się, że właściwie nie czytuję tak zwanej prasy kobiecej, ani w wersji tygodnikowej, ani w postaci miesięczników. Sprzykrzył mi się jej schematyzm: parę wywiadów (z aktorką, piosenkarką, modelką), odrobina popularnej psychologii, potem moda, kosmetyki, zdrowie, urządzanie domu, kuchnia i na koniec podróże. Trochę o tym, trochę o owym, właściwie o niczym, gdyż wiadomo, że przy takiej rozpiętości tematów i dużej liczbie fotografii same teksty są krótkie i powierzchowne. Nawet Zwierciadło, któremu przez wiele lat byłam wierna, coraz więcej stron zapycha wywiadami. Dla jasności: nie jestem przeciwniczką wywiadów, lecz lubię, żeby były o czymś. Nie mam wielkich wymagań; przeczytam i o operacjach plastycznych, i o projektowaniu ciuchów, i o pokoleniu X czy Y, byleby rozmówcą dziennikarza był ktoś, kto ma wiedzę na ten temat i potrafi ciekawie mówić. Generalnie natomiast nie interesuje mnie życie osobiste gwiazd seriali, piosenkarek i różnych celebrytów płci obojga, oraz ich poglądy na sprawy świata tego czy tamtego. Rozumiem, że kiedy pojawia się nowy film albo płyta, wzrasta zainteresowanie ich twórcami i nie mam nic przeciwko promocji z udziałem autora, jeśli mówi on o własnej dziedzinie.  Jednak przyznawanie artystom pozycji ekspertów we wszelkich sferach życia kwituję wzruszeniem ramion.

niedziela, 4 listopada 2012

Kto pochodzi od wiewiórki, czyli o zapasach

Podobno wiewiórki zapominają o miejscach, w których zgromadziły zimowe zapasy. Dlatego mają więcej, niż jedną spiżarnię, w dziuplach i opustoszałych gniazdach. Potrafią też zakopywać swoje zbiory w ziemi. I co im po nich? Owszem, część zimy przesypiają, potrzeby więc mają niewielkie, ale jeśli się zbudzą, to i tak pod śniegiem nie odnajdą swoich skrytek.
Przypomniały mi się wiewiórcze obyczaje,  gdyż mój ogródek odwiedzają te rudzielce.  I odwiedzają go również jeże. A jeż postępuje zupełnie inaczej. Podobno jeże to urodzeni wędrowcy, którzy nie przywiązują się do jednego miejsca (znajoma opowiadała mi jednak, że u niej na działce przez siedem lat mieszkał jeż. Ciągle ten sam. Nie zapytałam, jak go rozpoznawała). Jeże wyruszają na długie trasy, nie zabierają bagażu ze sobą – te opowieści o przenoszeniu jabłek na grzbiecie to, niestety, legendy – i nie gromadzą zapasów na zimę.  
Pewnie niejeden z tych wiewiórczych schowków zostanie zimą opróżniony, gdyż trudno przypuszczać, że sympatycznymi gryzoniami kieruje jakaś bezsensowna mania zbieractwa. Wykorzystują jednak tylko drobną część tego, co nagromadziły. Reszta popadnie w zapomnienie.
Nie posądzałam siebie o jakieś szczególne pokrewieństwo z wiewiórkami. Zawsze uważałam, że bliżej mi do jeży. Chociaż, kto wie? 

sobota, 3 listopada 2012

O blogowaniu

Dzisiaj taki post nadliczbowy, związany z przeniesieniem bloga. Możliwości, jakie oferował wordpress, początkowo mi wystarczały: opcji własnych ustawień strony było tam całkiem sporo, szablon znalazłam prosty, a przy tym elegancki, tło zaś dałam własne. W układzie graficznym ujawnił się jednak szybko pewien dość istotny mankament: bardzo wąska kolumna tekstu, zaś ta na odnośniki, oczywiście, jeszcze węższa. Nie zauważyłam nigdzie opcji zwijania posta, tak więc tekst ciągnął się jak taśma, z towarzyszącą mu cieńszą tasiemką odnośników. Kiedy pisze się kilkuzdaniowe notki, taka szerokość kolumn może nie ma większego znaczenia, ale w przypadku dłuższych tekstów zaczyna się liczyć. Do tego strona otwierała się i przesuwała bardzo wolno.
Postanowiłam więc znaleźć lepsze warunki. Odpadł blog.pl; kiedy przeniosłam tam moje raptem 20 postów, okazało się, że zajęłam 20% przyznanej mi przestrzeni. Po skompresowaniu ilustracji posty zajęły tylko 11%. Starczyłoby więc miejsca na jakieś 200 postów z niewielkimi fotkami, co wcale nie jest tak mało, ale... Ale filmów nie da się tam wgrać w tekst, można umieścić wyłącznie linki. Jest to spory mankament, gdyż jeśli komentując jakiś utwór piszę o instrumentach czy strojach grajków, to lepiej byłoby, żeby czytelnik nie musiał otwierać nowej karty, lecz miał wszystko przed oczyma: i filmik,  i tekst.
Tak więc, wylądowałam w końcu na Bloggerze. Nie ma tu pewnych możliwości, jakie dawał wordpress, są natomiast inne. Nie wszystko jeszcze rozpoznałam,  ale uczę się.
Zastanawiałam się nad tym, czy nie podzielić bloga na dwa: osobny o muzyce i sprawach związanych z kulturą, i do tego drugi o minimalizmie. Jednak pisząc o książkach albo artykułach prasowych, czy nawet o  życiu codziennym, nie zawsze daje się precyzyjnie rozdzielać wszystkie kwestie. Tak więc bez większych problemów mogłabym wyodrębnić tylko muzykę i ewentualnie posty traktujące o historii, lecz na osobny blog byłoby tego za mało - nie mam tyle czasu, żeby regularnie co tydzień umieszczać wpisy na dwóch blogach, a wrzucanie nowego tekstu raz na miesiąc nie ma większego sensu. A zatem, jeśli chodzi o zakres tematyczny, wszystko pozostaje bez zmian. Wprawdzie ze statystyki kliknięć na wordpressie wynikało, że osoby, które tam zawędrowały, szukają przede wszystkim blogów poświęconych minimalizmowi (bardzo niewielu czytelników korzystało z linków do stron o kulturze, czy choćby z odnośnika Tego słucham), lecz taki wpis raz w miesiącu, dotyczący muzyki albo tego, co mi się podoba w przeszłości mniej lub bardziej odległej, będzie pewnym urozmaiceniem treści. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Rubia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...