niedziela, 4 listopada 2012

Kto pochodzi od wiewiórki, czyli o zapasach

Podobno wiewiórki zapominają o miejscach, w których zgromadziły zimowe zapasy. Dlatego mają więcej, niż jedną spiżarnię, w dziuplach i opustoszałych gniazdach. Potrafią też zakopywać swoje zbiory w ziemi. I co im po nich? Owszem, część zimy przesypiają, potrzeby więc mają niewielkie, ale jeśli się zbudzą, to i tak pod śniegiem nie odnajdą swoich skrytek.
Przypomniały mi się wiewiórcze obyczaje,  gdyż mój ogródek odwiedzają te rudzielce.  I odwiedzają go również jeże. A jeż postępuje zupełnie inaczej. Podobno jeże to urodzeni wędrowcy, którzy nie przywiązują się do jednego miejsca (znajoma opowiadała mi jednak, że u niej na działce przez siedem lat mieszkał jeż. Ciągle ten sam. Nie zapytałam, jak go rozpoznawała). Jeże wyruszają na długie trasy, nie zabierają bagażu ze sobą – te opowieści o przenoszeniu jabłek na grzbiecie to, niestety, legendy – i nie gromadzą zapasów na zimę.  
Pewnie niejeden z tych wiewiórczych schowków zostanie zimą opróżniony, gdyż trudno przypuszczać, że sympatycznymi gryzoniami kieruje jakaś bezsensowna mania zbieractwa. Wykorzystują jednak tylko drobną część tego, co nagromadziły. Reszta popadnie w zapomnienie.
Nie posądzałam siebie o jakieś szczególne pokrewieństwo z wiewiórkami. Zawsze uważałam, że bliżej mi do jeży. Chociaż, kto wie? 
Raz do roku, na przełomie lata i jesieni, odzywa się we mnie instynkt gromadzenia zapasów. Wtedy wyciągam duży garnek i zaczynam działalność. Dżemy z różnych kombinacji owoców, powidła śliwkowe, sos pomidorowo-paprykowy w dwóch wersjach, papryka marynowana, gruszki w occie… Kończę śliwkami w occie, bez gotowania.
Właściwie trudno byłoby znaleźć mi racjonalne uzasadnienie, dlaczego to robię. Oczywiście, zawsze mogę użyć standardowego argumentu, że domowe przetwory są smaczniejsze i zdrowsze, a przy tym tańsze, niż te ze sklepu. Czy rzeczywiście? Smaczniejsze – jak najbardziej, zdrowsze raczej też, o ile pominiemy ten ocet. Na pewno nie są tańsze. W ogródku nie mamy drzew owocowych, warzyw nie uprawiam, więc wszystko kupuję na targu. Cukier trzcinowy też do tanich nie należy. Słoik mojego dżemu kosztuje więcej, niż ten ze sklepu. Gdybym jednak go nie robiła… No właśnie, to co wtedy?
Z praktycznego punktu widzenia – nic złego by się nie stało, najwyżej kupowalibyśmy dżem i inne przetwory. Niewiele ich jadamy, więc też nie warto demonizować szkód zdrowotnych, spowodowanych wchłanianiem konserwantów. Ale niewątpliwie miałabym gorsze samopoczucie.
Bo jednak jakiś atawizm w tym się kryje, rzeczywiście trochę zwierzęcy. Nieważne, że w sklepie na półce stoją podobne produkty. Nieważne, że do sklepu mam niedaleko. Spiżarnia zimą nie może być pusta. Tak więc zabieram się do pracy, chociaż na co dzień gotowanie na pewno nie jest moją pasją.
Nie gromadzę dużych zapasów, w domu nie mam osobnego pomieszczenia, w którym przechowywałabym żywność i nigdy nie kupowałam worka kartofli na targu. Te moje przygotowania do zimy mają raczej wymiar symboliczny: po kilka słoików dżemu w trzech gatunkach, tyle samo powideł, śliwek i gruszek… Coś dla łasuchów, dodatki na świąteczny stół albo pokusa dla gości: spróbuj, spróbuj, takiej papryki w sklepie nie kupisz (rzeczywiście, przepis dostałam od kuzynki, którą powszechnie za nią chwalono i mi też wychodzi nie najgorzej). Nadwyżka uprzyjemniająca posiłki, a nie ważny składnik jadłospisu. Jednak sam fakt, że na półce stoją słoiczki z różnobarwną i smaczną zawartością, bardzo poprawia mi nastrój przed zimą.
No cóż – cywilizacja przytłumiła w nas trochę ten głos instynktu, lecz go całkowicie nie wyrugowała, tym bardziej, że przecież jeszcze całkiem niedawno przygotowywanie przetworów uchodziło wręcz za obowiązek gospodarnej pani domu. Obecnie, kiedy lady chłodnicze w hiper- i supermarketach pełne są najróżniejszych mrożonek, właściwie odpadł sens praktyczny takich starań. Fasolka szparagowa albo pomidory w weku to pieśń przeszłości. Jeśli ktoś uprawia warzywa, nadwyżki może zamrozić. Do własnoręcznego wykonania pozostają raczej takie domowe wyroby „z wyższej półki”, o które w sklepach trudno.
W gruncie rzeczy mogłabym się bez tego obejść i żyć sobie jak jeż, który nie ma spiżarni. Po zakupy pójść do Galicyjskiego kredensu albo innych Przysmaków regionalnych, gdzie wszystko jest sporządzone „według tradycyjnych, sprawdzonych receptur”. A jednak nie. Wiewiórczy instynkt jest silniejszy. Trochę tego, trochę owego, trochę tu, trochę tam… Potem zdarza mi się po paru latach wyciągnąć z głębin szafki słoik owoców w rumie. Miały być do deserów. Nie zepsuły się? Nie, alkohol dobrze konserwuje. Dadzą się wykorzystać. Grzybki marynowane? Jest jeszcze trochę z ubiegłego roku. Borówki z jabłkami też ujrzały światło dzienne. Nawet nie pamiętałam, że jeszcze je mam. No i czereśnie w syropie. Trzeba uważniej przejrzeć szafkę, bo z brzegu stoi to, co przygotowywałam parę miesięcy temu, ale co się kryje w dalszych rzędach?
Takie sobie przyrządzanie, szykowanie, gromadzenie… No bo przecież idzie zima zła. Świat jest pełen dóbr różnych i łatwo osiągalnych, ale dom, to dom. Własna dziupla. A w dziupli muszą być zapasy. Minimalistyczne to niech sobie będą jeże, zakopane gdzieś pod gałęziami.

Rubia

3 komentarze:

  1. Ależ tu smakowicie!
    Pamiętam z dzieciństwa śliwki w occie. Robił je drugi mąż ciotki. Mieszkali u nas jakiś czas kątem i przy drzwiach balkonowych stał duży słój z "trupkiem". Ten trupek to były właśnie śliwki w occie - rzecz dla mnie, dziewczynki może ośmioletniej, całkowicie zakazana. Mama zawsze uważała, że ocet to coś bardzo niezdrowego i nigdy nie robiła zapraw z octem. Na naszym stole królowały kiszonki.
    Wspomnień czar...

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja mama i babcia też miały krytyczny stosunek do octu, robiły jedynie grzyby marynowane. Śliwki w occie to specjalność mojej teściowej, od niej się nauczyłam. Z dzieciństwa pamiętam natomiast coś, czego teraz chyba się już nie robi: syrop z owoców zasypywanych cukrem i wystawianych na słońce, żeby puściły sok. Każdy specjalista od właściwego odżywiania uciekałby od tego z krzykiem :)Ale jednak taki syrop był świetny, zwłaszcza z wiśni i czarnych jagód...

    OdpowiedzUsuń
  3. Wydaje mi się, że bez kilku słoików domowych przetworów dom nie jest prawdziwy. Takie wspomnienia z dzieciństwa...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...