poniedziałek, 19 listopada 2012

Na wysokich obrotach


Miało być dzisiaj o książce Toma Hodgkinsona Jak być leniwym, ale ponieważ  dopadło mnie przeziębienie, a do tego MUSIAŁAM być w pracy, więc napiszę o jednej tylko sprawie, związanej i z tą książką, i z naszym życiem codziennym. O funkcjonowaniu na wysokich obrotach.
Autor Jak być leniwym, chociaż nie jest staruszkiem skupionym na przeszłości (rocznik 1968), z rozrzewnieniem pisze o czasach dzieciństwa, kiedy – w razie przeziębienia – mama pakowała go do łóżka i poiła jakimś syropem (z apteki, nie domowym), a on miał tylko leżeć i zdrowieć. Chyba zresztą większość z nas ma podobne wspomnienia. Nakaz leżenia pod kołdrą mógł wydawać się nieznośny, ale, w gruncie rzeczy, była to całkiem fajna sprawa, takich parę dni przymusowego nieróbstwa.
Niestety, po wejściu w dorosłość sytuacja się komplikuje. Jest przecież praca, a w niej mnóstwo obowiązków, jest dom, rodzina, która też domaga się zainteresowania. I tak się składa, że zamiast łyknąć aspirynę i powędrować do łóżka, żeby odchorować swoje,  zaczynamy poszukiwać jakiegoś super-skutecznego lekarstwa, które postawiłoby nas na nogi, najlepiej w ciągu paru godzin.

Chorowanie do przyjemności nie należy, nic więc dziwnego, że chcemy lekarstw jak najbardziej skutecznych. Do tego kontakt ze służbą zdrowia często bywa stresujący, a samodzielne faszerowanie się coldrexem czy tabcinem wydaje się całkiem niezłą alternatywą wobec wysiadywania w poczekalni pełnej zagrypionych, kaszlących nieszczęśników.
Skutek jest taki, że heroicznie wędrujemy do pracy, do wszystkich nieszczęść tego świata dokładając jeszcze własne złe samopoczucie i może trochę zaleczoną, ale na pewno nie wyleczoną chorobę. A tak naprawdę: czy ktoś od nas tego wymaga?
Z pewnością na dolce far niente w razie kataru nie może pozwolić sobie pilot wycieczki w Tajlandii ani tłumacz na międzynarodowej konferencji, ale zastanówmy się – ile rzeczywiście jest sytuacji, które wymagają bezwzględnego stawienia się w pracy z gorączką?
Ja akurat swoje musiałam odpracować, gdyż za późno zauważyłam, że zaczynam się rozkładać – gdyby tak dwa dni wcześniej, zamieniłabym się z kimś z kolegów. Ostatniego dnia nie miałam na to szans. Przypomniał mi się wtedy mój szef, który, przy okazji różnych wspomnień z kilkuletniego kontraktu we Francji, opowiadał też o jakimś niezwykłym specyfiku antygrypowym. Po dwóch dniach zażywania tego cuda zagrypiony szef poczuł się jak nowonarodzony i mógł wrócić do pracy.
Wydało mi się to pewną przesadą, gdyż grypa należy chyba do takich chorób, które powinno się ”przeleżeć”, a cudowne zniknięcie objawów w ciągu dwóch dni raczej nie jest równoznaczne z wyzdrowieniem. Do tego, profesor na francuskim uniwersytecie jest świętą krową, której nikt nie na salę wykładową nie zapędza i nawet tydzień nieobecności nie byłby niczym strasznym, a studenci pewnie jeszcze by się ucieszyli - parę godzin wolnych, podarunek od losu. Tymczasem szef jest po prostu człowiekiem nieznośnie pracowitym i dolega mu sama myśl o bezczynności.
Najczęściej jednak, dalecy od pracoholizmu, zwlekamy się z łoża boleści i wędrujemy do pracy pod presją: bo szef albo szefowa, bo koledzy, bo terminy nie cierpiące zwłoki…
Ciekawe, ile pożytku przynosi przesiadywanie w pracy ludzi zakatarzonych, zagrypionych i marzących tylko o tym, żeby jak najprędzej znaleźć się w domu? Jak pisze Tom Hodgkinson:
Światlejsi pracodawcy powinni też uzmysłowić sobie, że kilka dni na zwolnieniu może pomóc pracownikowi powrócić do biura w lepszym nastroju i z nowymi pomysłami. Czy nowoczesne firmy nie powtarzają ciągle, jak bardzo cenią kreatywność i inwencję? Jak bardzo potrzebują pomysłów? Tymczasem prawda jest mniej ciekawa: cenią wierność, pilność i twój zadek przyklejony do krzesła jak długo się da.
Chyba właśnie o to, niestety, chodzi. O dyspozycyjność, mierzoną w sposób możliwie najprostszy: ilością godzin spędzonych za biurkiem.
Nie popieram oczywiście zwolnień przy byle okazji i nadużywania prawa do L4, co – zwłaszcza przy pracy zespołowej – łatwo może przerodzić się w żerowanie na mniej asertywnych kolegach. Mam tu na myśli takie najzupełniej uzasadnione stanem własnego zdrowia wyłączenie się z codziennych obowiązków. Tych zawodowych i tych domowych. Dlatego, że ta dyspozycyjność przenosi się, dziwnym trafem, również na terytorium prywatne. Zwłaszcza dzieci nie lubią przyjmować do wiadomości, że mama może być chora. Albo inaczej: niech sobie choruje, skoro już musi, ale w domu wszystko ma być tak, jak zawsze.
Tak więc, żeby było tak, jak zawsze, czyli po prostu normalnie, odmawiamy sobie prawa do wycofania się, do przestawienia na awaryjny tryb działania, do skosztowania z czystym sumieniem choćby odrobiny próżniactwa. A przecież:
W czasie choroby – oczywiście niegroźnej – jesteś sobie panem. Robisz, co chcesz. Możesz puszczać stare płyty The Clash. Gapić się przez okno. Śmiać się w duchu na myśl, jak męczą się koledzy z pracy. Zanurzać w dziwaczne krainy z sennych majaków, gdy leżysz, budząc się i zasypiając.
Tyle, że trzeba sobie na to pozwolić.  Pozwolić na chorowanie bez poczucia winy, że zdarzy się coś okropnego. Że dzieci będą chodzić głodne i brudne, mąż obleje się wrzątkiem przy parzeniu herbaty, w pracy wezmą w łeb najstaranniej przygotowane projekty. Bo najpewniej jednak nic takiego się nie zdarzy. Świat jakoś przetrwa naszą nieobecność, może z trudem, ale mimo wszystko, przetrwa. Więc chyba warto odpuścić sobie na tych parę dni.

3 komentarze:

  1. Jak pracowałam jeszcze na etacie to niestety nagminne było przychodzenie do pracy z katarem, gorączką, smarkanie na innych, zarażanie. Nie raz "przyniosłam" coś takiego właśnie z pracy. Siedząc w małym pokoiku z chorą osobą praktycznie nie da się uniknąć wirusów. Bardzo mnie to zawsze złościło.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Tyle, że trzeba sobie na to pozwolić. Pozwolić na chorowanie bez poczucia winy, że zdarzy się coś okropnego. Że dzieci będą chodzić głodne i brudne, mąż obleje się wrzątkiem przy parzeniu herbaty, w pracy wezmą w łeb najstaranniej przygotowane projekty. Bo najpewniej jednak nic takiego się nie zdarzy. Świat jakoś przetrwa naszą nieobecność, może z trudem, ale mimo wszystko, przetrwa."

    Dokładnie, też tak uważam. Kiedyś jak szefowa zaczęła mieć do mnie jakieś halo, że chcę iść na zwolnienie to powiedziałem jej spokojnie: chyba lepiej jak pójdę na zwolnienie na 3 dni, niż miałoby mnie odwalić i miałbym wylądować na zwolnieniu np. na dwa tygodnie ?

    Od tamtej pory jak jestem na zwolnieniu to szefowa nic już nie mówi, ale ja, kiedy dopadnie mnie jakieś przeziębienie czy coś "grypopodobnego" to biorę zwolnienie na max trzy dni (nie za krótko, nie za długo), łykam antybiotyki i nie wychodzę z łóżka. W moim przypadku najczęściej te trzy dni wystarczy.

    Chociaż muszę przyznać, że najczęściej jestem w domu dłużej niż trzy dni, bo jak dopada mnie choroba, to próbuję wytrzymać dwa dni w pracy, i do lekarza idę dopiero rano w środę. W ten sposób z weekendem mam 5 dni wolnych od pracy :))

    Jeśli chodzi o te grypy, które niektórzy potrafią wyleczyć w dwa dni to najprawdopodobniej nie są to żadne grypy, lecz choroby "grypopodobne".

    Niektórzy się szczepią co roku przeciw grypie. Ja nigdy się jeszcze nie szczepiłem i żyję. A kiedy miałem ostatni raz grypę ? Nie pamiętam. Może w szkole podstawowej.

    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie szczepię się antygrypowo, bo po takiej w dwa tygodnie później zachorowałam.
    Najtrudniej gdy się jest samemu na placówce (sklep, biblioteka, punkt usługowy) i nie ma nas kto zastapić lub zastępca narobi takoego balaganu, że połapać się potem nie można, pozdrawiam Irena

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...