niedziela, 11 listopada 2012

Subiektywny przegląd prasy



Przyznam się, że właściwie nie czytuję tak zwanej prasy kobiecej, ani w wersji tygodnikowej, ani w postaci miesięczników. Sprzykrzył mi się jej schematyzm: parę wywiadów (z aktorką, piosenkarką, modelką), odrobina popularnej psychologii, potem moda, kosmetyki, zdrowie, urządzanie domu, kuchnia i na koniec podróże. Trochę o tym, trochę o owym, właściwie o niczym, gdyż wiadomo, że przy takiej rozpiętości tematów i dużej liczbie fotografii same teksty są krótkie i powierzchowne. Nawet Zwierciadło, któremu przez wiele lat byłam wierna, coraz więcej stron zapycha wywiadami. Dla jasności: nie jestem przeciwniczką wywiadów, lecz lubię, żeby były o czymś. Nie mam wielkich wymagań; przeczytam i o operacjach plastycznych, i o projektowaniu ciuchów, i o pokoleniu X czy Y, byleby rozmówcą dziennikarza był ktoś, kto ma wiedzę na ten temat i potrafi ciekawie mówić. Generalnie natomiast nie interesuje mnie życie osobiste gwiazd seriali, piosenkarek i różnych celebrytów płci obojga, oraz ich poglądy na sprawy świata tego czy tamtego. Rozumiem, że kiedy pojawia się nowy film albo płyta, wzrasta zainteresowanie ich twórcami i nie mam nic przeciwko promocji z udziałem autora, jeśli mówi on o własnej dziedzinie.  Jednak przyznawanie artystom pozycji ekspertów we wszelkich sferach życia kwituję wzruszeniem ramion.
Dlatego wolę czytać prasę wyspecjalizowaną. Jest jej dużo, zwłaszcza wśród miesięczników. Psychologia, historia, sztuka, muzyka, literatura, design, ogrodnictwo – przynajmniej wiadomo, czego się spodziewać, po co sięgnąć, co pominąć. Znajdą tam coś dla siebie i wielbiciele kuchni egzotycznych, i miłośnicy zjawisk paranormalnych, i hobbyści wszelkiego autoramentu. Zauważyłam, że ostatnio na rynku prasy coraz więcej dwumiesięczników. To całkiem rozsądna opcja – sporo do poczytania, nie trzeba na siłę wymyślać tematów, żeby zapełnić numer, a przez dwa miesiące czytelnicy o piśmie nie zdążą zapomnieć.

Minimaliści własnego pisma nie mają, i bardzo dobrze. Czasem jednak chciałoby się poczytać coś na tematy, które wiążą się z tym pojęciem albo, ogólnie, z życiem prostym. Nie jest łatwo. Takie na przykład Sielskie życie – dwumiesięcznik wydawany przez Burda Media – dotyczy, na co wskazuje sam tytuł, właściwie wyłącznie życia na wsi. Rzadkie zawody, a raczej dziedziny rzemiosła, portrety ludzi, którzy na wsi odnaleźli swoje miejsce, zakątki warte poznania, porady ogrodnicze… Świetnie, przyznaję, ale co z tymi, którzy kontakt ze wsią maja wyłącznie w czasie urlopu, a i to nie co roku? Pozostaje im wypróbować liczne przepisy kulinarne albo kupić sobie kosmetyki z naturalnych składników. Takie akurat porady i reklamy można jednak bez trudu znaleźć również gdzie indziej.
Więc może Slow life & garden? Ruch slow z minimalizmem ma sporo wspólnego, nie jest przy tym ograniczony siedliskowo i mieszczuch też nie poczuje się pominięty. Podtytuł tego dwumiesięcznika brzmi bardzo obiecująco: zdrowa żywność dobre życie. A co w środku? Różności: obszerny artykuł o wodzie do picia, do mycia, do życia, alarmistyczny w tonie (niestety, całkowicie uzasadnionym) tekst o światowym wymieraniu pszczół, inny o permakulturze, czyli tworzeniu naturalnych, zrównoważonych siedlisk roślinnych, a w praktyce – o wykorzystywaniu niewielkich nawet skrawków ziemi, również w mieście,  na zróżnicowane uprawy. Ciekawe i  pobudzające wyobraźnię. Parę interesujących (!) wywiadów, zresztą z kobietami: o meteorologii i fotografowaniu natury, a właściwie jej najbardziej ruchliwego elementu, czyli ptaków oraz o biurze turystycznym (polskim, a jakże) nastawionym na organizowanie podróży dla kobiet. Poza tym oczywiście kuchnia (jedzmy eko, ale też potrawy z różnych stron świata), podróże – Kanada, Bornholm, lecz również Białowieża z restauracją Carską. Czyli znaczna część numeru to właściwie ten sam żelazny zestaw tematów, co w różnych innych czasopismach, niekoniecznie ze slow w tytule.
Moją uwagę zwróciła duża ilość reklam, od kosmetyków z wąkroty aż do pracowni architektonicznej projektującej zielone lofty, plus jeden artykuł niewątpliwie sponsorowany – o zapewnieniu roślinom doniczkowym właściwych warunków życia dzięki gotowemu systemowi nawadniania.
Ostatni numer Slow life obejmuje jednak lipiec/sierpień tego roku i jest piątym z kolei. Teraz mamy listopad, a numeru wrzesień/październik brak, zarówno w wersji papierowej, jak i elektronicznej. Czyżby więc czasopismo, zanim na dobre zaistniało na rynku, już zawiesiło swoją działalność? Trudno mi wnikać w przyczyny opóźnienia czy może zawieszenia, ale jeśli pojawiły się kłopoty ze sprzedażą, to może ma to coś wspólnego z brakiem wyrazistości? Wiele spośród tych artykułów mogłoby się ukazać w dowolnym miesięczniku kobiecym.
Wyrazistości nie można natomiast odmówić dwumiesięcznikowi (Slow). Format i okładka kojarząca się raczej z czasopismem naukowym, matowy papier (nareszcie!) i bardzo indywidualna szata graficzna, w której dominują niebanalne, całostronicowe fotografie. Duży plus za sam wygląd, nie do przeoczenia na półce. Magazyn ludzi świadomych, jak głosi podtytuł, zdążył już zebrać komplementy blogowiczów, lecz – generalnie – jest tego wart. Oczywiście, tutaj również jest i kuchnia, i moda, może kontrowersyjna, lecz świetnie fotografowana. Nie ma, na szczęście, przesłodzonej, sielankowej wizji świata, w którym slow byłby receptą na wszystkie bolączki, znalazła się natomiast spora porcja wiedzy na tematy i aktualne, i dyskusyjne. Czy na przykład możliwy jest biznes w stylu slow? Spierać się można, przeczytać warto. 
Ostatni numer przyniósł ciekawy wywiad z Carlem Honore, autorem książki Pochwała powolności, wartej zresztą osobnego omówienia. Wywiad poświęcony jest głównie obsesji prędkości i uzależnieniu od mediów. Są w nim stwierdzenia, które jednym czytelnikom wydadzą się oczywiste, dla innych mogą być nowością, lecz warto się nad nimi zastanowić. Jak choćby nad takim fragmentem:
Sądzę, że straciliśmy umiejętność życia, zagubiliśmy coś, co można nazwać sztuką życia. Tak zwany "wirus spieszenia się" zainfekował kulturalny krwiobieg zasilający nasz świat. Spowodował, że ludzie wykształcili neurotyczny związek z czasem. A to przecież przeciwstawia się temu, czym jest sztuka życia. Życie to zapominanie o mijających minutach i godzinach. To jest właśnie podstawa filozofii slow, robienie wszystkiego we właściwym tempie.
Mam nadzieję, że (Slow) nie stanie się kolejną efemerydą na rynku prasowym. 

Rubia

5 komentarzy:

  1. Jeśli chodzi o prasę tak ogólnie, to myślę, że tak od 2003 roku zaczął się jej powolny upadek, odkąd w celu zwiększenia sprzedaży zaczęto dodawać do niej płyty z muzyką i filmami.

    Dla mnie było to jedynie sztucznym pompowaniem sprzedaży prasy. Na pewno wiele osób robiło to co ja na początku: kupowałem gazetę dla filmu i od razu wyrzucałem gazetę do śmieci.

    Z czasem znudziły mi się i same filmy. Od jakiegoś czasu czytanie prasy przeżywa u mnie prywatny renesans.

    Czytam co tydzień dwa tygodniki: "Polityka" i "Uważam rze". Oba pasują jak pięść do oka, bo jeden jest lewicowy ("Polityka"), a drugi prawicowy ("Uważam rze"), ale robię to z dwóch powodów:

    1. to jedyne chyba w Polsce tygodniki społeczno - polityczne, w których jest sporo do poczytania

    2. dzięki poznaniu dwóch przeciwstawnych poglądów mogę sobie spokojnie przemyśleć i wypośrodkować własne opinie na różne tematy.

    Lubię też z doskoku poczytać miesięczniki historyczne: Focus Historia, Uważam rze Historia, Newsweek Historia czy (rzadziej) Odkrywca.

    Na większe czytanie raczej nie mam czasu.

    Jeśli chodzi o schemat prasy kobiecej to potwierdzam, bo choć sam jej nie kupuję, jak jestem u rodziców to zawsze sobie przejrzę gazetki kupione przez mamę i

    rzeczywiście niektóre z kobiecych magazynów różnią się chyba tylko tytułem i nazwiskiem redaktor naczelnej (troszkę przejaskrawiam ;))

    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wczoraj właśnie wróciłam z weekendu w Warszawie i specjalnie kupiłam nowy , zimowy numer Sielskiego Życia. A dostałam go dopiero w trzecim kiosku (?!), mimo ze nowy numer okazał się 9 listopada, czyli w dniu mego przyjazdu. Może nie wszystkie kioski zamawiają?
    Pierwszy raz przeczytałam wzmiankę o tym czasopiśmie na blogu Joasi Wlodarskiej (http://podlipami.blogspot.pl) i bardzo mnie zaciekawiła. Korzystając wiec z wyjazdu do Polski postanowiłam zobaczyć o czym mowa. Rzeczywiście! Ja również jestem mile, nawet bardzo mile zaskoczona zawartością tego numeru. Ciekawe artykuły, ładne zdjęcia. Jest tam tez artykuł autorki wyżej wspomnianego bloga o parze pasjonatów, którzy produkują sery. Czytając aż człowiek nabiera ochoty pojechać, zobaczyć, spróbować... Jest tez trochę przepisów...
    A wracając do prasy ogólnie, to czasem zdarza mi się kupować jakieś czasopisma literackie... W ten sposób jakoś łatwiej mi się zorientować w nowościach na polskim rynku wydawniczym.
    Babskich pism już nie tykam, ciągle to samo...
    Pozdrawiam
    Nika

    OdpowiedzUsuń
  3. Rzeczywiście, co raz mniej jest do czytania.
    Zresztą, jeśli kupuję czasopismo, robię to tylko wtedy, kiedy jestem w podróży, czeka mnie kilka godzin (1-2) w pociągu - nie chcę nosić książki ze sobą przez cały pobyt, a czasopismo po przeczytaniu można wyrzucić.
    Lubię Coaching i te dodatki typu Niezbędnik inteligenta i inne w tym guście.

    OdpowiedzUsuń
  4. "Jednak przyznawanie artystom pozycji ekspertów we wszelkich sferach życia kwituję wzruszeniem ramion." - tez tak uważam! Pracowałam w bibliotece i kobiece pisma trochę czytałam, teraz juz nie mogę,
    dzięki za informacje o w.w. pismach, moze znajdę je w jakimś kiosku, pozdrawiam Irena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech... Kiedyś biblioteki prenumerowały czasopisma, można było wejść, usiąść przy regale i urządzić sobie popołudnie z prasą :) W empikach też były barki z jakąś lurą kawową, ale przychodziło się tam głównie dla prasy. Teraz kawiarnie empiku są eleganckie, lecz poczytać można tam głównie jakieś foldery reklamowe ewentualnie darmowe gazetki typu Metro.
      Pozdrowienia
      Rubia

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...