sobota, 29 grudnia 2012

O planowaniu - z nutą sceptycyzmu

- Ja pracuję, ty pracujesz, on pracuje - jaki to czas? 
- Teraźniejszy.
- Ja planuję, ty planujesz, on planuje - jaki to czas?
- Stracony.

To jedno z powiedzonek chętnie cytowanych przez mamę mojego męża. Sporo w nim prawdy, niestety.
Oczywiście, żyć bez planów  byłoby bardzo trudno, przynajmniej w społeczeństwach Zachodu, gdzie własną przyszłość planuje się z wieloletnim nieraz wyprzedzeniem. Nawet pobyt na rajskiej wyspie wymaga wcześniejszego zaplanowania. Żyć chwilą, korzystając z przyjemności, jakie przynosi teraźniejszość; nie zastanawiać się nad tym, co będzie, spokojnie przyjmować to, co los nam przeznaczył - taka postawa, nienowa przecież, gdyż znana i aprobowana przynajmniej od czasów Epikura, także obecnie wielu osobom wydaje się pociągająca, lecz raczej na krótko. Głównie chyba dlatego, że los zazwyczaj nie daje nam w prezencie żadnych szczególnych atrakcji, a brak troski o przyszłość kojarzony jest z biernością i lekkomyślnością, które nie mają wysokich notowań. 
W odróżnieniu od starannego obmyślania kolejnych etapów własnego życia. Planowanie, ba projektowanie wręcz kariery zawodowej oraz tego, co nazywa się potocznie "rozwojem osobistym" jest cenione jako przejaw dalekowzroczności i odpowiedzialności.


Dlaczego jednak tak wielu planów  nigdy nie realizujemy?
Zdarzają się przyczyny niezależne od naszej woli: ciężkie choroby, wypadki, niekorzystne wydarzenia w rodzinie, zmuszające do radykalnych zmian i porzucenia ścieżek, które sobie wytyczyliśmy. Nie są to jednak sytuacje codzienne. Na ogół rozmaite projekty po prostu rozmywają się, nikną gdzieś, nawet nie odrzucone, lecz przesunięte na potem, na jakiś bardziej sprzyjający moment. I tak tracą pomału swoją atrakcyjność, jak ciuch sprzed paru sezonów. Kiedy zaś do nich wracamy, to z poczuciem winy: tyle było świetnych pomysłów, tyle zamiarów - i co? Dlaczego jeszcze  nie stały się rzeczywistością? Przecież powinniśmy panować nad własnym życiem! Czy to znaczy, że nie dajemy sobie rady?
Zwłaszcza początek roku mobilizuje do układania planów. A potem nadchodzi Blue Monday, najbardziej depresyjny poranek roku, przypadający ponoć na poniedziałek ostatniego pełnego tygodnia stycznia (w tym roku - 21 I). Twórca tego pojęcia, angielski psycholog Cliff Arnall, ułożył nawet bardzo skomplikowany wzór matematyczny, który pozwala obliczyć głębokość depresyjnego dołka, w jaki możemy wówczas wpaść. Niemałe znaczenie ma w tej układance świadomość, że nasze noworoczne postanowienia biorą w łeb. Podobno wystarczają zaledwie trzy tygodnie, żeby się przekonać, jak bardzo brakuje nam wytrwałości.
Dla mnie Nowy Rok nie wiąże się z jakimś "nowym otwarciem". Wszystko, co ważne, rozpoczyna się albo kończy bez żadnego związku z pierwszym stycznia, który jest początkiem najzupełniej umownym. Dlatego nawet kalendarz kupuję sobie taki, który zaczyna się po wakacjach. A różne plany i postanowienia? Jasne, że mam, ale raczej nie zabieram się za ich wprowadzanie w życie dzień po Sylwestrze. Tak więc mój Blue Monday musi przypadać na inny miesiąc, albo w ogóle rozkłada się w czasie, w miarę, jak zaniedbuję kolejne projekty...
Żeby  jednak nie lekceważyć całkowicie noworocznej chęci odnowy, też postanowiłam coś zaplanować i zmienić. I to na modłę minimalistyczną. Otóż, cały styczeń będzie u nas miesiącem bez zakupów. Wykorzystujemy zapasy, kupujemy tylko niezbędną żywność. Nie uczestniczymy w tej orgii zakupowej, do której już zachęcają media. Nie mam nic przeciwko wyprzedażom, ale... obejdę się.
Powiedziałam o tym mężowi, a on się ucieszył: no, nareszcie! A może by tak rozciągnąć ten zbożny zamiar na pół roku?
Chyba nie będzie aż tak dobrze; nawet w styczniu czekają nas poważniejsze zakupy, związane z przydługim remontem kuchni. Wszystko jednak zostało zaplanowane znacznie wcześniej i nie warto, w imię sztywnego trzymania się reguł, odkładać kupna kuchenki czy zlewozmywaka na kolejny miesiąc. Trzeba prace remontowe zakończyć jak najszybciej. Poza tym jednak - szerokim łukiem omijamy sklepy i ich kuszące oferty.
To jest plan krótkoterminowy (choć może zostać przedłużony) oraz na nie, a co z pozytywami? Tutaj też coś się znajdzie, chociaż zbieżność z początkiem roku jest dosyć przypadkowa. Trzy miesiące w pracy zapowiadają się jako nieco luźniejsze niż zwykle, mam więc zamiar skupić się w tym czasie na dokończeniu książki. Powieści, mówiąc ściśle. Pisanie jest częścią mojego zawodu i wygospodarowanie czasu na napisanie czegoś, co nie wiąże się bezpośrednio z tematyką zawodową, to naprawdę niełatwa sprawa. W ten sposób mogłabym jednak odkładać ukończenie tekstu aż do emerytury, a taka perspektywa wcale mnie nie pociąga. Nie wiem, czy wtedy jeszcze by mi się chciało... Każdy pomysł w pewnym momencie zaczyna tracić świeżość i atrakcyjność, więc lepiej nie bawić się nim zbyt długo, żeby w końcu nie trafił tam, gdzie wylądowały inne zamiary.
Ta praca może zresztą zająć mi więcej czasu, niż trzy miesiące, ale jednak jestem zdecydowana, żeby ją sfinalizować w najbliższym roku. 
Paru innych, mniej poważnych zamierzeń, typu więcej ćwiczyć! nie będę tu wymieniać, gdyż ich realizacja przypomina dzienny wykres odwiedzin na moim blogu: najpierw linia całkiem płaska, potem lekki wzrost, potem gwałtowny skok i opadanie, łagodne albo raptowne, lecz nieodmiennie do zera. Tak było do tej pory i pewnie dalej tak będzie, gdyż ja moich planów nie porzucam na stałe, a tylko... hm... zaniedbuję je, czasem trochę, a czasem poważnie. Ale jednak do nich wracam, niezależnie od tego, jaki miesiąc mamy właśnie w kalendarzu.
Tak więc, nie planuję wiele. Również planów, podobnie jak rzeczy, możemy mieć za dużo. Solenne obietnice, że nie będzie się marnować czasu na głupstwa, oglądać seriali czy surfować w necie, jeśli zostaną dotrzymane, pozwalają odzyskać sporo czasu.   Jednak szczelne wypełnianie go innymi zajęciami, nawet wartościowymi, jak nauka kolejnego języka obcego, niekoniecznie przynosi dobre skutki. Zastanawiam się, ile w tym porzucaniu zajęć, całkiem przecież rozsądnych i korzystnych, kryje się lenistwa czy braku wytrwałości, a ile instynktownej obrony przed nadmierną aktywnością, która prowadzi do rozproszenia sił, a czasem nawet do chaosu emocjonalnego i mentalnego. Bywamy mistrzami/mistrzyniami w dokładaniu sobie nowych zadań, a potem mamy do siebie pretensje, że nie dajemy rady. Staranny przegląd planów i celów jest od czasu do czasu równie potrzebny, jak selekcja rzeczy w szafach.

14 komentarzy:

  1. powodzenia - także w prolongowaniu postanowienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie dziękuję. Prolongata niewykluczona :)
      Pozdrawiam
      Rubia

      Usuń
  2. Ostatni akapit - tak, tak, tak!
    Ktoś kiedyś powiedział, że jak ma się więcej niż 3 priorytety na dzień to nie ma się żadnego. W 100% prawda, przekonałam się na własnej skórze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, tak to właśnie działa. Umiar jest potrzebny także przy ustalaniu priorytetów, bo później pozostaje tylko stres.
      Pozdrowienia
      R

      Usuń
  3. Nigdy nie miałam postanowień noworocznych, strasznie by mnie to stresowało.
    Kupuję mało albowiem po pierwsze nie mamy armat, czyli kasy, a po drugie malutkie mieszkanie, czyli głownie oddawanie, wyrzucanie jest ważne.
    Nadamiar zajęć, to wg mnie, ucieczka od samego siebie i myślenia.
    pozdrawiam Irena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację z tym nadmiarem jako formą ucieczki.
      A małe mieszkanie to również mniejszy wysiłek przy sprzątaniu i porządkowaniu... :)
      Pozdrawiam
      Rubia

      Usuń
  4. Tak , nie można mieć zbyt wielu planów czy priorytetów, bo rozpraszanie sil nie sprzyja ich realizacji.
    Dużo szczęścia w nowym roku, bo trzynastka na pewno przyniesie nam samo szczęście :)))
    Pozdrawiam Nika

    PS Zgadzam się absolutnie ze nadmiar zajęć, hobby czy znajomych wirtualnych czy nie, to tylko ucieczka przed samym sobą. Lek przed dialogiem z własnym JA?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszmy się więc magicznymi właściwościami trzynastki :) Wszelkiej pomyślności!
      Dialogi z JA bywają niełatwe, bezpieczniejsze zatem wydaje się działanie w sferze zewnętrznej.

      Usuń
  5. A czy nie jest nawet tak, że priorytet to można mieć tylko jeden...? Bo jak są dwa to już nie wiadomo, który pierwszy i ważniejszy;)
    Zatem: co jest moim priorytetem, tym jedynym ponad wszystko? Oto jest pytanie:)
    Pozdrawiam i niech będzie co ma być (oczywiście najlepszego dla nas;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamy różne sfery życia - osobistą (ja i moje ciało, mój umysł), rodzinną, towarzyską, zawodową, więc taki jeden priorytet, który by je wszystkie obejmował, musi mieć naturę bardzo ogólną. To raczej pewne przesłanie etyczne, niż plan czy cel w sensie konkretnej sytuacji możliwej do osiągnięcia.
      Pozdrawiam i ja z najlepszymi życzeniami :)

      Usuń
    2. Hmm, no tak, tylko że taki jeden ponad wszystko to może dotyczyć również dnia;)
      Bo jak mamy dwa priorytety w danym dniu, to jak do nich podejść, który jest ważniejszy i który będziemy w pierwszej kolejności realizować, skoro - teoretycznie - oba są priorytetowe? Priorytet to priorytet, czyli "pierwszy" i najważniejszy: w tym dniu, tygodniu, życiu, czymkolwiek, o czym w danej chwili myślimy.

      Nie można więc mieć kilku priorytetów, a jedynie kilka ważnych spraw do załatwienia, którym nie umiemy nadać kolejności. Bo jeśli nadamy, to na pierwszym miejscu będzie priorytet, a pozostałe już wg definicji priorytetami nie będą;)
      Staną się nimi (po kolei i znów pojedynczo) dopiero wtedy, gdy pierwszy, czy każdy kolejny zostanie zrealizowany i przestanie być priorytetem.

      Ale może to tylko kwestia nazewnictwa;)

      Usuń
    3. A, Ty tak to liczysz :) Jest w tym logika. Ja myślałam o trochę dłuższej perspektywie czasowej, a wtedy priorytety w róznych dziedzinach życia muszą współistnieć ze sobą.
      Chociaż to rzeczywiście jest w pewnym stopniu kwestią nazewnictwa :D

      Usuń
  6. Zgodzę się z teorią o dokłądaniu rzeczy.
    A z drugiej strony - te rzeczy są przecież takie atrakcyjne!

    OdpowiedzUsuń
  7. No właśnie, atrakcyjne... Dlatego potem mamy wyrzuty sumienia. Bo gdyby były mniej atrakcyjne, łatwiej byłoby sobie odpuścić :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...