niedziela, 2 grudnia 2012

Średniowieczny tygiel językowy, czyli czego właściwie słuchamy

Jedną z przyjemności sięgania do muzyki i kultury odległej w czasie jest możliwość  posłuchania utworów śpiewanych w rozmaitych dziwnych językach, często już nie istniejących. Bo dzisiaj, cóż? Większość wykonawców twierdzi, że droga do międzynarodowej kariery prowadzi przez wytwórnie i estrady amerykańskie, a więc śpiewanie po angielsku to mus absolutny. Ci, którzy mieli nieszczęście urodzić się w nieanglojęzycznej części świata, mogą liczyć co najwyżej na lokalny rozgłos.
Pewnie jest w tym założeniu sporo prawdy. Na szczęście, dotyczy ono twórczości współczesnej. Ta dominacja anglofonów nie obejmuje bowiem muzyki dawnej, gdzie łacina, włoski, francuski, hiszpański, niemiecki i rozmaite inne języki oraz dialekty współistnieją na tych samych prawach. Tekstów się nie tłumaczy, a jeśli jakiś zespół nie jest specjalnie przywiązany do kraju swego pochodzenia, to w jego repertuarze można odnaleźć utwory przeróżne. Czasem naprawdę bardzo oryginalne.
Tutaj piosenka (pieśń?) brytyjskiej  grupy Mediaeval Baebes. Średniowieczne dziewczyny sięgają po teksty angielskie, francuskie, włoskie, irlandzkie i rosyjskie, no i oczywiście łacińskie. Pomysły miewają rozmaite, ten wszakże, który chciałam tu przedstawić, uważam za bardzo udany. Temptasyon jest śpiewana w języku cornish, czyli kornijskim (kornwalijskim), zaliczanym do grupy języków celtyckich w Anglii. Stopniowo wypierany przez angielski, cornish już w XVIII wieku uchodził za język martwy.  W minionym stuleciu natomiast podjęto udaną próbę jego wskrzeszenia i dziś mówi nim podobno ponad 3000 osób.
Tekst tej piosenki to modlitwa Ojcze nasz przetłumaczona na kornijski. Nie wiem, czy tłumaczenie jest nowe, współczesne, czy też pochodzi z jakiegoś modlitewnika albo katechizmu ułożonego w czasach, kiedy język ten był jeszcze używany przez rdzennych mieszkańców Kornwalii. Ciekawe, że w kornijskim najwyraźniej nie było (nie ma?) słowa, którym dałoby się wyrazić pokusę, pokuszenie, stąd też i w tytule, i w tekście pozostawiono łacińsko-angielskie temptasyon w pisowni kojarzącej się z ortografią średniowieczną. Temptasyon ukazała się na płycie Mirabilis wydanej w roku 2005.
A tak nawiasem mówiąc - wiele osób nie lubi słuchać piosenek, pieśni albo arii operowych, kiedy nie zna języka, w jakim są śpiewane. Przywykliśmy, że tekst jest "o czymś", więc chcemy go rozumieć. Tymczasem można traktować głos jako jeszcze jeden instrument. Muzykę odbieramy emocjonalnie, nie staramy się przecież "zrozumieć" poszczególnych instrumentów, lecz raczej poddajemy się jej nastrojowi i skojarzeniom, jakie w nas budzi. Zazwyczaj wystarczy ogólna orientacja, czego tekst dotyczy. Oczywiście, w pieśniach i piosenkach zdarzają się piękne zdania, bon-moty, powiedzonka warte zacytowania przy różnych okazjach czy nawet pokoleniowe manifesty, lecz generalnie do odbioru utworów muzycznych dokładna znajomość przekazu słownego wcale nie jest potrzebna. Piszę to z własnego doświadczenia, gdyż koleżanka-muzykolożka śmiała się niegdyś, że należę do tych, którzy mają drugi stopień słuchu (dla niewtajemniczonych - stopień pierwszy oznacza: słyszę, że grają. Stopień drugi: po słowach rozpoznaję, co to za muzyka). Ja rzeczywiście łatwo zapamiętuję teksty, również w językach, o których mam nikłe pojęcie. Słowa o wiele szybciej zapadają mi w pamięć, niż fraza muzyczna. Często jednak wyłączam potrzebę słuchania ze zrozumieniem i po prostu tylko słucham. Czy naprawdę muszę wszystko wiedzieć? Owszem, sam fakt, że Mediaeval Baebes śpiewają w ten sposób jedną z najpowszechniej znanych modlitw, jest interesujący, ale Temptasyon spodobała mi się jeszcze zanim dowiedziałam się, co to za tekst i język.

Tutaj, dla odmiany, pogańskie zaklęcia w języku staro-wysoko-niemieckim, który dzisiaj znają jedynie specjaliści od literatury średniowiecznej. Marcus van Langen i Juliane la Fey wykonują Zaklęcia merseburskie. Tekst nosi taką nazwę, gdyż został odnaleziony w rękopisie przechowywanym w bibliotece katedry w Merseburgu w Saksonii. Jest to jeden z nielicznych literackich reliktów kultury czasów przedchrześcijańskich, spisany w IX albo X wieku.



Eiris sazun idisiy/ sazun hera duoder/ suma hapt heptidun/ suma heri lezidun...
Nie przypomina to w niczym współczesnego niemieckiego. Dzieciaki uczą się tego tekstu w szkołach, w ramach historii języka i literatury.
Kiedyś siedziały idisiy/ Siedziały tu i tam/ Jedne mocowały więzy/ Jedne zatrzymywały wojsko...
Idisiy to duchy opiekuńcze (Walkirie?), wspierające wojowników i czuwające nad nimi w walce.

Nie wiadomo, czy Zaklęcia merseburskie były kiedykolwiek śpiewane. Muzyka jest jak najbardziej współczesna, została skomponowana w latach 70. XX wieku przez Franka Wulffa, lidera zespołu Ougenweide, wykonującego muzykę folkową i sięgającego również do źródeł średniowiecznych. Od tej pory, Merseburger Zauberspruch to klasyka neo-średniowiecza, znana z niezliczonych wykonań. Wybrałam tę wersję ze względu na piękny kontrast głosów obojga wokalistów.

A tu inny region Europy i inny język. Norweski zespół Kalenda Maya oraz ballada Iddan Hermund. Utwór pochodzi z płyty Norske Middelalderballader, czyli Norweskie ballady średniowieczne z roku 1989. Ponieważ chciałam wiedzieć, o czym  śpiewają (a jednak!) i po dłuższym poszukiwaniu udało mi się znaleźć w necie tekst, pełna najgorszych przeczuć użyłam tłumacza Google w wersji norwesko-niemieckiej. Przeczucia się potwierdziły: tłumacz wypluł dziwną mieszankę słów niemieckich i norweskich.To samo powtórzyło się przy próbie tłumaczenia na angielski. Cóż, takie translatory operują współczesnym zasobem słownictwa i nie uwzględniają ani słów, które wyszły już z użycia, ani ortografii odmiennej niż obowiązująca obecnie. A ponieważ tekst najwyraźniej nie został wygładzony i dostosowany do reguł rządzących współczesnym norweskim, zyskałam więc jedynie dosyć ogólną orientację w treści tego utworu. Ale, prawdę mówiąc, secesyjny drzeworyt, który autor filmiku na YT dodał do piosenki, też jest wystarczająco wymowny...


A na zakończenie utwór, z którym właściwie nie ma kłopotów.  Ballade de mercy z Wielkiego Testamentu Francoisa Villona. Poemat powstał około roku 1461 i stanowi swoistą rekapitulację burzliwego życia poety, który zawarł zbyt bliską znajomość i z ludźmi marginesu paryskiego, i z ówczesnym wymiarem sprawiedliwości (w roku 1463 został skazany na powieszenie, karę następnie zamieniono na 10 lat wygnania z Paryża). Niektóre części Wielkiego Testamentu tytułami, a czasem i formą, nawiązują do gatunków muzycznych (ballada, rondeau), chociaż, o ile mi wiadomo, nie zachowały się żadne odpisy poematu z notacją muzyczną. Ta gorzka, chwilami buntownicza, chwilami prześmiewcza, zawsze zaś refleksyjna poezja stanowi znakomity punkt wyjścia dla rozmaitych wykonawców, którzy śpiewają wiersze Villona z towarzyszeniem muzyki zazwyczaj nie mającej nic wspólnego ze średniowieczem.
Tutaj Ballade de mercy wykonuje zespół Corvus Corax. Nagranie nie jest najlepszej jakości. Dobrą, studyjną wersję można znaleźć na płycie Seikilos z roku 2002 (jest na You Tube), lecz wrzucam ten akurat filmik, gdyż grajków czasem warto również obejrzeć. To jest takie średniowiecze mocno przestylizowane, mieszczące się raczej w sferze fantazji, niż rekonstrukcji wyglądu grupy z XV wieku. Trudno na przykład wyobrazić sobie, żeby ówcześni muzykanci występowali półnago. Przypisywano im oczywiście wszelkie możliwe grzechy z rozwiązłością i pijaństwem na czele (akurat pod tym względem przez wieki nic się nie zmieniło), lecz zasada stosowności ubioru ich również obowiązywała i nikt przed publicznością gołym torsem nie świecił. Tak więc sceniczny image chłopaków z Corvus Corax nie ma wiele wspólnego z czasem, kiedy tworzył Villon. Grają oni jednak na instrumentach będących kopiami tych z epoki ( dobrze tutaj widać  tubmaryny, archaiczne instrumenty o jednej strunie), a układając muzykę własną sięgają do źródeł, czyli do melodii oraz zasad kompozycji stosowanych pod koniec średniowiecza.


Tutaj pierwsza strofa w oryginale i w tłumaczeniu Tadeusza Boya Żeleńskiego, który swój przekład stylizował na język staropolski.
A chartreux et a celestins,                            U celestynów y kartuzów,
A mendïans et a devoctes,                            Żebrzących braci y dewotek,
A musars et clacque patins,                         Wałkoniów młodych, nabiyguzów,
A servans et filles mignoctes                        Dworek służebnych y ślicznotek,     
Portans seurcoz et justes coctes,                  Co mile szczerzą buziak słodki;
A cuidereaux d'amour transsiz                     Galantów, co bez okulenia
Chauçans sans mehain fauves boctes,         Wzuwaią ciasne żółte botki:
Je crye a toutes gens mercys.                       U wszytkich pytam przebaczenia
Je crye a toutes gens mercys.

Na tym przykładzie widać wyraźnie, dlaczego warto pozostawić tekst w oryginale: w tłumaczeniu mamy inne metrum, inny rozkład akcentów w wersie... Nawet jeśli specjalista będzie kręcił nosem, że wymowa nie taka, że powinno to brzmieć inaczej, jest w tym respekcie dla słów pochodzących z głębin czasu coś bardzo pociągającego. I godnego szacunku.

Rubia

2 komentarze:

  1. Ciekawy wpis.
    Ale może spróbuję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaintrygowałaś mnie. A czego chciałabyś spróbować? Słuchać wokalu jak głosu instrumentów? Przetłumaczyć na nowo "Wielki testament"? (Przydałoby się nowe tłumaczenie). Czy zaśpiewać coś w jakimś dziwnym, dawnym języku i nagrać? :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...