wtorek, 31 grudnia 2013

Przednoworocznie

Zmiana daty w kalendarzu w moim życiu tak naprawdę niczego nie zmienia. Poza cyferką w liczbie oznaczającej przeżyte lata, oczywiście. Ta akurat zmiana, chociaż pozornie drobna, jest jednak niespecjalnie przyjemna, gdyż przypomina o sprawach, na które zupełnie nie mam wpływu.
No cóż, skoro upływ czasu tak naprawdę, ale to naprawdę nie zależy od mojej woli i chęci, nie mam zamiaru jakoś szczególnie się nim przejmować. Muszę go wkalkulować w życie, i tyle. Nie zamierzam podejmować żadnych zobowiązań noworocznych. Żaden z moich zamiarów, projektów czy obowiązków nie kończy się 31 grudnia, więc też i następny dzień nie wyznacza jakiejś linii demarkacyjnej.

piątek, 27 grudnia 2013

Czerwone korale

Sylwester się zbliża, a wraz z nim okazja, żeby pomyśleć, jakby się tu przyozdobić. Najlepiej, oczywiście, biżuterią. Że to postawa nieminimalistyczna? Ależ skąd, nie dajmy sobie wmówić. Cała historia ludzkości wskazuje, że biżuteria towarzyszyła nam od zawsze: odkrywane przez archeologów koraliki i zawieszki z kości, rogu, kamienia, miedzi i brązu, nie wspominając już o metalach szlachetnych, są tak stare, jak groty strzał, toporki i noże. Pewnie nawet Ewa w raju wpinała jakiś kwiatek we włosy. Co więcej, można się ozdabiać, wykorzystując do tego jedynie własne ciało i trochę barwników: skomplikowane malunki i tatuaże różnych egzotycznych ludów są tego najlepszym dowodem.
W naszym kręgu cywilizacyjnym malunki przybrały jednak  formę makijażu, natomiast tatuaże cieszą się powodzeniem dość umiarkowanym. Nic dziwnego, nawet tych najładniejszych, kiedy się już opatrzą, nie da się tak po prostu z siebie zdjąć.

sobota, 14 grudnia 2013

Święta są dla nas...

...a nie my dla świąt - twierdziła moja babcia. I, jak to często bywa w przypadku kobiet, których życie nie rozpieszczało, miała rację.
Zastanawiam się czasem: jak to się dzieje, że tak często święta, które dla wszystkich, w tym również dla osób niewierzących, mogłyby być dniami pogodnego odpoczynku, nagle stają się skrzyżowaniem obozu pracy z dreszczowcem? A jeśli nawet nie same święta, to przedświąteczne przygotowania?
Teoretycznie,  nie ma powodu do dramatu: uroczysta kolacja, a potem dwa wolne dni, kiedy można spotykac się z rodziną, przyjaciółmi, albo - mając wreszcie trochę czasu wolnego, robić to, na co ma się ochotę. Albo nic nie robić. Poczytać, pójść na spacer... Czysta przyjemność leniuchowania. No i jeszcze prezenty. Dużo dobrego jedzenia. Wszystko razem brzmi całkiem zachęcająco i wcale nie strasznie, a tymczasem w mediach mnożą się jakieś survivalowe porady, jak przetrwać ten czas. Wytrzymać i mieć wreszcie za sobą.
Jakby to była odmiana nagłej grypy
Plus, oczywiście, mnóstwo rad i przepisów, co i jak należy zrobić, żeby każdy element świąt - poczynając od wigilijnego barszczu, a skończywszy na opakowaniach prezentów, wypadł doskonale.

piątek, 6 grudnia 2013

Pochwała żakietu

Zmieniając zawartość szafy z letniej na zimową, policzyłam przy okazji żakiety. No, trochę się ich znalazło. Więcej mam żakietów, niż spodni i spódnic razem wziętych. A jeśli doliczyć do tego bluzki, najczęściej koszulowe, które można nosić samodzielnie, to okazuje się, że "góry" mają w mojej szafie zdecydowaną przewagę.
Podobno każda kobieta ma jakiś element garderoby, do którego, świadomie albo i nie, przywiązuje szczególną wagę. Są przecież kolekcjonerki butów, torebek albo eleganckiej bielizny.
Nie mam zapędów kolekcjonerskich, w ubraniach staram się zachowywać minimalistyczny rygor, zwracam uwagę na buty i torebki (tu akurat głęboko nie zgadzam się z panią Loreau, że jedna super-torebka zaspokoi nasze potrzeby na długie lata), lecz gdybym miała powiedzieć, jaka część stroju liczy się dla mnie najbardziej, nie wahałabym się długo. Żakiet. Oczywiście, że żakiet.

piątek, 29 listopada 2013

Dyskusja o ekspresie, czyli co warto umieć

Przeczytałam niedawno dyskusję  na pewnym forum. Zaczęła się od pytania, czy należy mieć w domu ekspres do kawy, gdyż pani, która zaprosiła gości na przyjęcie, tak się zawstydziła brakiem tego sprzętu, że w końcu kawy im nie podała. Uznała, że zalewanie jej wrzątkiem w szklance nie jest wystarczająco eleganckie, jak na rangę osób zaproszonych. Wolała wymyślić, że zapomniała kupić kawę.
Dyskusja rozwinęła się wielokierunkowo. W zdecydowanej mniejszości była grupa, która uważała, że ekspres w domu jest konieczny. Może niekoniecznie bardzo drogi, raczej średniej klasy, przepływowy, nie ciśnieniowy. Większość osób twierdziła, że kawę można przecież zaparzyć także w kawiarce albo specjalnym dzbanku, który odcedza fusy, kawa więc nie będzie zgrzytać w zębach. Wcale niemało było również dyskutantów, którzy uważali, że jeśli goście chcieli się napić kawy, to mogli to zrobić u siebie w domu, gdyż z wizytą przychodzi się po to, by miło spędzić czas, a nie oczekiwać poczęstunku...

środa, 20 listopada 2013

Lepiej nie mieć, niż udawać

Nie przypuszczałam, że zegarek ministra Nowaka będzie dla mnie kiedykolwiek powodem do refleksji. Kiedy jednak prokuratura obwieściła, że jest to warta kilkaset złotych podróbka modelu, który w oryginale kosztuje trzydzieści razy więcej, pomyślałam: no dobrze, nie chciał człowiek wydawać kupy forsy na piekielnie kosztowny gadżet; chwali mu się, że tak oszczędny. Ale nie mógł kupić sobie zwyczajnie jakiegoś szwajcara za trzy do pięciu tysięcy? Pełno ich w sklepach z zegarkami. Porządne, solidne, nie epatują ceną, lecz mają swoją jakość. W sam raz dla urzędnika państwowego w kraju na dorobku.
Mój syn koniecznie chciał roleksa za bodajże 560 zł, z oferty na Allegro. Bo jego kolega taki dostał. Miała to być kopia (czytaj: podróbka) modelu z kategorii cenowej 20 000+. Ciężko mu było wybić ten pomysł z głowy. Jak widać, z takich dziecięcych albo nastoletnich pragnień można nie wyrosnąć, nawet piastując poważne stanowisko.

czwartek, 14 listopada 2013

Jesienne jagody

Za oknem jeszcze zielona trawa, pod płotem kwitną marcinki, a ostatnie liście trzmieliny przyciągają wzrok jaskrawą czerwienią.  Jeszcze doniczki azalii, kamelii i nawet miniaturowej pomarańczy stoją przed domem. Jeszcze wiewiórki biegają po jesionach.
Jeszcze, jeszcze, jeszcze...
Listopad to miesiąc przejściowy. Skończyła się ładniejsza, "złota" część jesieni, w tym roku naprawdę słoneczna i kolorowa, a do prawdziwej, śnieżnej zimy daleko. Nawet jeśli spadnie śnieg, to najpewniej szybko zamieni się w brudne błocko na ulicach.
Urodziłam się w listopadzie, pod sam koniec, podobnie zresztą jak mój mąż, trudno więc mi uznać ten miesiąc za zupełnie stracony. Czasem jednak się zastanawiam: czy listopad może kojarzyć się przyjemnie, czy wyłącznie z jesienną pluchą? Co by tu znaleźć, co zrównoważyłoby choć trochę szarość i senny nastrój?

czwartek, 7 listopada 2013

Minimalizm - optymalizm

Wyłączyli nam prąd. Było to wyłączenie zaplanowane, w godzinach 9-17, poprzedzone ogłoszeniem. Wywieszono je tak dawno, że zdążyłam o tym zapomnieć i akurat tego dnia, kiedy postanowiłam spędzić długie godziny w domu, przy komputerze (sprawy zawodowe, żadne tam buszowanie w sieci), musiałam zająć się czymś zupełnie innym.
No i zajmowałam się, nawet dość intensywnie. Znowu w szafkach zrobiło się bardziej przestronnie.
Ale nie zamierzam wypisywać tu peanów na cześć pozbywania się rzeczy.

czwartek, 31 października 2013

W listopadowej aurze

Jesień. Początek listopada. Celtycki Samhain i słowiańskie Dziady, święto przodków. No i Dzień Zaduszny. W jesiennej mgle, w migotaniu ogni otwiera się granica pomiędzy dwoma światami.
Zmarli - także ci, o których pamiętamy na co dzień, bez żadnej szczególnej okazji, są teraz bardziej wśród nas.
Dzisiaj coś prostego i krótkiego. I równocześnie nieprawdopodobnie złożonego. Panowie artyści mają czasem zadziwiające pomysły.

sobota, 26 października 2013

O second handach

Second handy wzbudzają emocje. Od zachwytu: tyle wspaniałości można tam kupić za grosze, aż po wyniosłą pogardę: miałabym chodzić w cudzych używanych szmatach? Nigdy w życiu! Zwolenniczki pilnują dni każdej nowej dostawy, przeciwniczki zarzekają się, że nie przestąpią progu lumpeksu.
A ja?
A ja, to różnie.

poniedziałek, 21 października 2013

Właściwie dobre, ale...

Zmiana pór roku, zmiana ciuchów, butów, torebki, a przy okazji też przegląd szafek z zawartością rozmaitą. Znowu parę (no, będę szczera, paręnaście) całkiem porządnych, mało noszonych rzeczy powędrowało do pojemnika na odzież. Czyżby likwidowanie skutków jakichś kompulsywnych zakupów?
Ależ skąd. Ja w ogóle kupuję dość rozważnie. Problem w tym, że czasem moje oczekiwania trochę rozmijają się z ofertą w sklepach. Gdyby się rozmijały całkowicie, problemu by nie było, bo nie kupowałabym.
A tak, kupuję coś, co wprawdzie zaspokaja moje potrzeby, lecz niezupełnie. W ten sposób, zanim trafiłam na kurtkę od deszczu, z której jestem całkowicie zadowolona, byłam właścicielką trzech innych kurtek, też wprawdzie nieprzemakalnych i z kapturem, lecz żadna z nich tak do końca mi nie odpowiadała. Trwałe były,właściwie nie miałam powodu, żeby je wyrzucać, więc przez parę lat towarzyszyło mi poczucie, że niby mam co na grzbiet włożyć, ale... Ale tak naprawdę wolałabym coś innego.

środa, 16 października 2013

O swobodzie i innych sprawach

Wyjechaliśmy na parę dni. Niedaleko, tylko do Berlina i w sprawach dosyć błahych. Akurat tak się składa, że chociaż i ja, i mąż nieraz już tam byliśmy, to jednak nigdy razem. Zebrało się więc nam na różne opowiastki; oboje całkiem dobrze pamiętamy czasy, kiedy każdy wyjazd za granicę był przeżyciem nie byle jakim. NRD jawiła się wprawdzie jako kraj dość szary i prowincjonalny, Berlin wschodni miał jednak pewien rozmach. Tuż obok, bo za murem - praktycznie nieprzekraczalnym - mieściła się natomiast enklawa innego świata. Nie wiadomo, czy naprawdę lepszego, lecz na pewno bardziej kolorowego, zamożniejszego, pociągającego swą odmiennością. Podzielone miasto działało na wyobraźnię, stanowiąc również namacalny wręcz dowód, że historia nie jest czymś, co przemija bez śladu.
Po raz pierwszy Berlin zachodni zobaczyłam kilka lat po zjednoczeniu Niemiec.

niedziela, 6 października 2013

Złudzenia perfekcjonizmu

Nie mam telewizora, więc nie mogłam podziwiać wyczynów blondynki w białych, bawełnianych rękawiczkach. Ale wizyta w księgarni empiku i lektura blogów też są ciekawe. Bo w księgarniach nastąpił wysyp poradników o tym, jak być doskonałą. Nie wystarczy już taka ogólnie perfekcyjna pani domu. Ona musi umieć wydawać idealne przyjęcia, perfekcyjnie organizować święta, wspaniale wychować dzieci, a żeby dostosować się do ideału, ma książki na każdą okoliczność. Sama też powinna  wyglądać idealnie, więc należy jej podpowiedzieć, w jaki sposób może to osiągnąć. I znowu parę tytułów. Nie mówiąc już o perfekcyjnym urządzaniu domu, bo tutaj poradniki rozmnożyły się do rozmiarów całej biblioteczki...
Zdaje się, że z dążenia do doskonałości niewątpliwą korzyść będą mieli autorzy i wydawcy.
Te perfekcjonistyczne tendencje przenoszą się na blogosferę, zwłaszcza jeśli autorki zajmują się wyglądem własnym oraz dniem codziennym. Nie można pozwolić sobie na najmniejsze zaniedbanie, bo... No właśnie, bo co? Co strasznego się wówczas zdarzy?

Najbardziej spodobał mi się tytuł książki pewnej stylistki: Bądź boska! Pomyślałam: ach, jak cudownie! Jeśli zastosuję się do wskazówek autorki, to dorównam równocześnie Marylin Monroe i Marii Callas?
Przepraszam, ale to jest sianie złudzeń.
A gdzie, zapytam, warunki wyjściowe? 

czwartek, 26 września 2013

O zdrowym jedzeniu raz jeszcze

Pewnie dlatego, że w tym miesiącu częściej niż zwykle kręciłam się przy garnkach (sos pomidorowo-paprykowy i pasta z papryki już stoją w słoikach na półce, a pulpę z dyni upchnęłam w zamrażarce), więcej uwagi poświęcałam też różnym sprawom związanym z żywnością, czego efektem były dwa poprzednie posty. A teraz wpadła mi w ręce książka Julity Bator Zamień chemię na jedzenie (Znak 2013). Pieczątka na pierwszej stronie okładki głosi zachęcająco: Sprawdzone na dzieciach, na ostatniej zaś mamy zdanie jeszcze bardziej optymistyczne: Pierwsza książka o tym, jak jeść bez chemii i nie zbankrutować. Z okładek optymizm aż tryska, a co w środku?
Kierując się wskazówkami zawartymi w książce pewnie nie zbankrutujemy, chociaż autorka tak często odsyła nas do sklepów z żywnością eko, że na zakupach nie zaoszczędzimy.
A inne efekty?

piątek, 20 września 2013

No to co, że GMO?

fot. Wikimedia
Tytuł ściągnęłam z wywiadu, jaki z profesorem Piotrem Węgleńskim przeprowadziła Krystyna Naszkowska i opublikowała w książce, o której pisałam tutaj [KLIK]. Profesor - biolog, specjalista od genetyki, przekonuje, że nie należy obawiać się organizmów genetycznie modyfikowanych, czyli Genetically Modified Organisms  (nazywanych też organizmami transgenicznymi).
Prawdę mówiąc, GMO nie bałam się, również zanim przeczytałam ten wywiad. Pewnie dlatego, że ojciec mojego męża był jednym z najwybitniejszych polskich mikrobiologów, także wyspecjalizował się w inżynierii genetycznej i potrafił bardzo ciekawie opowiadać o sprawach zawodowych. Do tego w najmniejszym stopniu nie wyglądał na groźnego maniaka, który zamierza ściągnąć nieszczęście na co najmniej połowę ludzkości (druga połowa bowiem będzie się zawzięcie bronić przed GMO). Jakoś tak mimochodem, przy stole u teściów - mama męża też zajmowała się genetyką - oswajałam się z tym, że wkroczyliśmy w epokę modyfikacji genetycznych.

środa, 11 września 2013

Przyjemny smak eko-złudzeń

Postanowiłam uprawiać swój ogródek metodami ekologicznymi. Nie byłam nowicjuszką, gdyż moi dziadkowie mieli niegdyś piękny ogród ozdobny i warzywnik, gdzie rosły również drzewa owocowe, a ja, jeśli tylko miałam okazję, chętnie dłubałam tam w ziemi.
Jak eko, to eko. Kupowałam w sklepach nawozy naturalne: granulowany obornik, owcze bobki, kurze łajno drobno mielone (cuchnie przepotwornie!), do tego dolomit dla wzbogacenia ziemi w minerały i włókna kokosowe dla poprawienia chłonności gleby. Przywoziłam z Niemiec naturalne środki ochrony roślin  (wyłącznie preparaty organiczne), dodawałam różne szczepionki bakteryjne i biostymulatory glebowe. Sadziłam obok siebie rośliny, które ponoć lubią swoje towarzystwo, unikałam zestawień konfliktowych, spryskiwałam gnojówką z pokrzyw i wywarem z wrotycza, dla ochrony przed mszycami. I co?

czwartek, 5 września 2013

Jedz co chcesz, czyli o paru mitach żywieniowych


Kulinariami na blogu się nie zajmuję, lecz książkami jak najbardziej, więc będzie to post o książce. Krystyna Naszkowska przeprowadziła serię wywiadów z rozmaitymi specjalistami od szeroko pojmowanych spraw odżywiania się, żywności i biotechnologii, a nawet etyki i medycyny, czego efektem jest książka Jedz co chcesz. Sąd nad polskim stołem (Biblioteka GW 2013).
Tytuł jest trochę mylący, gdyż treść nie dotyczy stołu, czyli przygotowanych potraw, lecz raczej spiżarni i lodówki, a może nawet koszyka w sklepie.

niedziela, 1 września 2013

Sierpniowo - porządkowo

Minął sierpień, a razem z nim minęło dolce far niente. Ale nie jest tak źle. Jeszcze przed nami wrześniowy urlop. Krótki, bo krótki, lecz intensywny.
Całkiem leniwy ten sierpień jednak nie był, gdyż w domu pojawiła się ekipa fachowców od malowania dachu. Dach i rynny mają teraz cudny, kasztanowy kolor. A ponieważ trzeba było przy okazji pójść na strych, więc kiedy tam dotarłam, to zajęłam się - łatwo zgadnąć, czym. Porządkami. A skoro już się rozpędziłam, to uporządkowałam również garaż (tutaj i mąż się dołożył). W rezultacie, dwa razy jeździliśmy do miejsca, które nazywa się STENA [KLIK] i dla mieszkańców Warszawy i bliskich okolic jest adresem naprawdę wartym uwagi.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Sprzątanie według Dominique Loreau

Czyszczenie podłogi: wyprostuj plecy i zegnij nogi w kolanach. Wysuń jedną stopę przed drugą, jak robią to modelki, aby zrównoważyć wypiętą do przodu klatkę piersiową. 

Do sprzątania mam stosunek ambiwalentny. Lubię wysprzątany dom. Równocześnie jednak mam poczucie, że cokolwiek się w tej materii zrobi, to i tak na darmo. Pięknie uporządkowane mogą być tylko rzeczy, których nie rusza się przez lata, czyli - najwyraźniej zbędne. Natomiast to, czego naprawdę potrzebujemy, zmienia swoje miejsce i stan tym szybciej, im częściej jest używane. Umyte naczynia bardzo szybko trzeba myć ponownie, ubrania prać, kurz na meblach bierze się nie wiadomo skąd, a psia albo kocia sierść na narzutach i obiciach właściwie nigdy nie znika. Sprzątanie? Syzyfowa praca.
Dla uściślenia: wychowałam się w domach niemalże sterylnych. U moich dziadków i rodziców można było jeść z podłogi. A u mnie nie, chociaż się staram. Przynajmniej czasem.
Trudno, taka karma.

Między innymi dlatego lubię minimalizm, że mniej rzeczy oznacza również mniej sprzątania. Szorowania, pucowania, odkurzania i innych czynności daremnych.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Zioła w doniczkach

Mogą być też w skrzynkach. To chyba najłatwiejsza forma mini-ogrodnictwa, nie bardziej kłopotliwa, niż hodowanie paprotek czy fikusów, do tego przynosząca realne korzyści. A przy tym - po prostu ładna.
Zioła przyprawowe uprawiam w ogródku, niektóre rosną już od wielu lat, jak chcą, i rozrosły się niczym chwasty. Estragon, na przykład, a hyzop i cząber górski też mu w niczym nie ustępują. Ale żeby nie biegać do ogródka za każdym razem, kiedy potrzebuję paru listków, mam też doniczki z ziołami, ustawione na parapetach w jadalni i w kuchni.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Ogródkowo, doniczkowo

To już najmniejsza powierzchnia do zagospodarowania - skrzynki i donice ustawione na balkonie, tarasie, a czasem na kawałku płaskiego dachu. Zwolennicy miejskiego ogrodnictwa nie zrażają się brakiem prawdziwego gruntu i potrafią uprawiać rośliny nawet w torbach wypełnionych substratem ogrodniczym. Do widoku ukwieconych balkonów jesteśmy przyzwyczajeni, kaskady surfinii albo pelargonii spływające ze skrzynek to widok miły dla oka, lecz często spotykany. A czy podobałyby się nam balkonowe skrzynki z kaskadowymi truskawkami i kędzierzawą sałatą?
Przeglądam właśnie książkę Michaela Guerry Jadalne rośliny w pojemnikach (Świat Książki 2001).

sobota, 10 sierpnia 2013

Miejskie ogrodnictwo

Właściwie istniało od zawsze. Nawet w gęsto zabudowanych miastach zakładano - nie tylko ozdobne, lecz również użytkowe - ogrody przypałacowe albo klasztorne. Także na tyłach wąskich, długich parceli mieszczących od frontu kamieniczkę często znajdowały się ogródki, i to raczej warzywne, niż kwiatowe. Dopiero w XIX wieku, kiedy centra miast zaczęto wypełniać coraz szczelniej kamienicami, wznosząc oficyny wokół tak zwanych podwórek-studni, przepadła większość tych ogrodów i obecnie można je odnaleźć głównie w zabytkowych zespołach urbanistycznych, otoczonych opieką konserwatorską.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Bliżej natury, ale po co?

- Jak to, po co? Żeby żyć zdrowo! - powiedzą miłośnicy zdrowego trybu życia.
- I żeby chronić samą naturę, bo jej zasoby nie są niewyczerpane. Nie możemy zostawić naszym dzieciom i wnukom otoczenia kompletnie zdegradowanego - dorzucą ci, którzy lubią myśleć globalnie i eko.

Pomysł, żeby żyć w zgodzie z naturą, powraca przynajmniej od czasów Oświecenia. To przecież Zachód wymyślił "szlachetnych dzikich", czyli ludzi nie skażonych cywilizacją, żyjących w sposób prosty, lecz pełen godności i w harmonii z otoczeniem. Była to atrakcyjna wizja, która bazowała na przekonaniu, że naturą rządzą prawa korzystne dla człowieka, a dostosowanie się do nich jest gwarancją udanego życia. Cóż z tego, skoro owe szczęśliwe dzieci natury zawsze mieszkały w jakichś niesłychanie odległych regionach świata, gdzieś w tybetańskich dolinach albo na archipelagach Pacyfiku. W krajach uprzemysłowionych natomiast ciągle się od natury oddalano, stawiając na rozwój coraz bardziej wymyślnych technologii.

sobota, 3 sierpnia 2013

Minął rok

A dokładniej, minie 5 sierpnia, gdyż tego właśnie  dnia, rok temu, umieściłam na blogu mój pierwszy wpis. Bardzo byłam przejęta, nie umiałam poradzić sobie z rozmaitymi opcjami strony, lecz postanowiłam, że będę pisać regularnie jeden post w tygodniu. Ostatnio dopadło mnie letnie lenistwo, ale ponieważ w pierwszych miesiącach byłam trochę bardziej aktywna, więc w sumie mam nawet lekką nadwyżkę postów. Zaczynałam pisać na Wordpressie, potem przeniosłam się na Bloggera. Tutaj mam możliwość umieszczania w postach filmików, a nie tylko linków do nich, i co więcej - mogę też umieszczać nagrania z własnego komputera, bez pośrednictwa You Tube. To czasem się przydaje.

wtorek, 23 lipca 2013

Mieszczuch na wsi

Urodziłam się, wychowałam, skończyłam studia i pracuję w mieście. Mieszkam na wsi, ale co to za wieś - gmina podstołeczna, gdzie zamiast paru hektarów gruntu i gospodarstwa eko mamy  domek na gęsto zabudowanym osiedlu. Tyle, że ładnie położonym, wśród starych drzew, tuż przy łące i nad rzeczką. Ten mieszany, miejsko-wiejski tryb życia został nam poniekąd narzucony przez okoliczności, gdyż mąż pracuje w instytucie poza miastem. Uznaliśmy, że dobrze będzie zamieszkać gdzieś niedaleko. Większość sąsiadów też się tutaj przeniosła z miasta, część z nich to koledzy męża z pracy, nie jesteśmy więc pod tym względem szczególnie oryginalni. Zresztą, na obrzeżach wielkich miast można teraz spotkać niejedno podobne osiedle.
Mieszkamy tak już kilkanaście lat, czyli wystarczająco długo, żeby można było zrobić bilans rozmaitych zalet i niedogodności.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Średniowieczni waganci w Bolkowie


Środek miesiąca, więc to nie pora na post muzyczny, lecz piszę, gdyż jest okazja. Na zamku w Bolkowie zakończył się właśnie jubileuszowy, XX Castle party, określany jako dark independent festival. W ciągu dwóch dziesięcioleci z niszowej imprezki rozwinął się w kilkudniowe spotkanie zespołów i miłośników muzyki nurtów rozmaitych, lecz przede wszystkim gothic, cokolwiek ten termin oznacza. W tym roku organizatorzy zaprosili dwa zespoły, które szczególnie lubię, chociaż grają muzykę zupełnie różną: Lacrimosę oraz Corvus Corax.

piątek, 5 lipca 2013

Po co wyjeżdżać

Wakacje, urlopy i w ogóle czas wolny kojarzą się z wyjazdami. Im bardziej efektownymi, tym lepiej. Teraz nawet bardzo odległe zakątki świata są niemalże w zasięgu ręki, więc po sezonie urlopowym rozpoczyna się licytacja: gdzie kto był, co przeżył i o ile jego zdjęcia i wspomnienia są ciekawsze od tych, które przywieźli ze sobą sąsiedzi i koledzy z pracy.
Mało jest osób, które powiedzą, że najchętniej spędziłyby wakacje gdzieś blisko, w miejscu niespecjalnie atrakcyjnym, nie zajmując się niczym szczególnym. A może nawet w ogóle nie ruszałyby się z domu. Bo to takie... mało światowe. I mało ambitne. Nieefektowne, po prostu.

niedziela, 16 czerwca 2013

Samodzielnie w podróży

Lato dopiero się zaczyna, a tu już słyszymy informacje o upadłości biur podróży. Od paru lat to stały motyw wakacyjnych newsów. Turyści zatrzymani w hotelu, koczujący na lotnisku, odprawieni z kwitkiem od drzwi lokalu, w którym kilka dni temu wpłacali pieniądze za wyjazd; a dla tych, co dopiero urlop planują - ponure proroctwa, że koszty wyjazdów zagranicznych wzrosną niebotycznie, bo nie tylko złoty tanieje, ale też wprowadzono nowe gwarancje finansowe dla touroperatorów... Jednym słowem, Sodomia i Gomoria, podsycana komentarzami bywalców, którzy twierdzą, że wyjazd z biurem podróży koniecznie trzeba kupować za granicą, bo oferty dla polskich klientów to druga kategoria i pokój będzie w suterenie albo od podwórza ze śmietnikiem.

niedziela, 2 czerwca 2013

101 rzeczy lepszych od...

Jeśli myślą, która najbardziej cię zajmuje, jest to, czy wbijesz się w mały rozmiar nowej dostawy w Zarze, to najwyższa pora przewartościować swoje życie.

Nie, nie zamierzam tutaj przekonywać, że sto rzeczy jest lepsze od dwustu rzeczy, a kolekcje Zary mają na nas zgubny wpływ. Jednak wiosna już w pełni, a wiosną zawsze we mnie narasta potrzeba zajęcia się sobą. Na poziomie najbardziej podstawowym, czyli cielesnym.
Nie wymaga to głębokich uzasadnień, przypuszczam, że wiele kobiet tak ma. Kiedy kurtki i ciepłe płaszcze wędrują do szafy, przyglądamy się sobie okiem uważnym i krytycznym. Trzeba się odsłonić, a tu cera jakaś przyszarzała, włosy oklapnięte, no i jeszcze ten niebagatelny stres: zmieścimy się w ubiegłoroczne lekkie ciuchy, czy już trzeba wyruszać na poszukiwanie następnych, o numer większych? W ten sposób obwód talii i bioder zaczyna bardzo pobudzać wyobraźnię: co by tu zrobić, żeby go zmniejszyć o parę centymetrów? A może - fantazjo, nie szalej! - dałoby się wrócić do rozmiaru 36/38 sprzed paru lat?

sobota, 25 maja 2013

Maj, miłość, muzyka

Deszcz leje, korony drzew za oknem rozkładają się szeroko, ciężkie od wody, rododendrony lśnią jak polakierowane, a koty szukają skrawka suchego miejsca pod rozłożystą tują. Niezależnie jednak od tego, co właśnie dzieje się za oknem, maj w kulturze europejskiej zawsze był uważany za miesiąc miłości. Wiosna w pełni, ciepłe dni i noce, zapach kwiatów w rozgrzanym powietrzu - idealne warunki, by zmysły i serca rozbudziły się po zimowej drzemce.
Oczywiście, Amor nie próżnował przez cały rok i jego strzały mogły przeszywać serca równie dobrze w lutym, jak w listopadzie. Cała jednak liryka miłosna, poczynając od starożytności, wskazuje, że jeśli poeci w ogóle wiązali swe miłosne uniesienia z jakąkolwiek porą roku, to była nią wiosna, a spośród trzech wiosennych miesięcy najczęściej w poezji przewija się właśnie maj. Nie marzec i kwiecień - na obszarach cieplejszych niż nasz też przecież już zielone i pachnące. Taka jego majowa uroda. Maj miał siłę po prostu magiczną; stąd wybory Królowej Maja i wszystkie obrzędy, splatające ten czas rozkwitu wegetacji z wyraźnym przypływem uczuć.

niedziela, 12 maja 2013

To tylko reklama

Przed reklamą nie ma ucieczki. Można nie oglądać telewizji, nie czytać prasy i nie korzystać z internetu, lecz wystarczy wyjść na ulicę, a tam od razu otoczą nas tablice, bannery, bilboardy i co się tylko różnym specom od reklamy przyśniło. Wyjazd poza miasto też niewiele zmienia. Te kilometry płotów obwieszone najróżniejszymi szyldami, te wielkie tablice ustawione w szczerym polu...
Czasem się zastanawiam, czy jeszcze ktokolwiek na reklamy reaguje, czy może już tylko reklamodawcy wyobrażają sobie, że zawieszenie całej elewacji 20-piętrowego budynku jakąś płachtą przyniesie rzeczywiste zwiększenie sprzedaży czegoś tam. Przecież szybko przyzwyczajamy się do obrazów i przestajemy na nie zwracać uwagę. Podobno, kiedy w telewizji zaczynają się bloki reklamowe, większość telewidzów rusza zrobić sobie herbatę albo coś do zjedzenia, kinomani zaś specjalnie spóźniają się na seanse, żeby uniknąć półgodzinnego nasycania mózgu ruchomymi obrazkami, które najwyraźniej do szczęścia nie są im potrzebne.

niedziela, 5 maja 2013

Minimalizm po niemiecku

 Podobno podróże kształcą, a lektury jeszcze bardziej. Może nie całkiem i nie do końca, lecz poczułam, że mi wiedzy przybyło, kiedy w czasie majowego weekendu, gdzieś w drodze do Wiednia, na stacji benzynowej kupiłam sobie Brigitte woman, miesięcznik, który chętnie czytuję, chociaż jego cena w Polsce to czyste zdzierstwo. A w nim znalazłam artykuł o rezygnacji z posiadania rzeczy. Die neue Lust auf weniger - nowa ochota na mniej. Pisany oczywiście z perspektywy trochę odmiennej niż nasza, polska.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Święta majowe

Ostatni kwietnia, pierwszy maja - to nie tylko przedłużony weekend. I nie tylko Święto Pracy, doszczętnie obrzydzone, zwłaszcza starszym pokoleniom, przez propagandę PRL-u. To również święto autentyczne, a do tego tak dawne, że naprawdę ginące w mrokach zbiorowej niepamięci.
Tej nocy Celtowie zamieszkujący rozległe obszary Europy uroczyście obchodzili Beltane (Beltaine,  Bhealltainn), czyli początek lata, jedno z czterech najważniejszych świąt roku, nazywane też ogniami Belenosa, boga światła. Na wzgórzach i polanach płonęły ogniska, potwierdzając, że dokonuje się właśnie ostateczne zerwanie z mroczną częścią roku oraz przejście do fazy nowej: ciepła, światła i rozkwitu witalności.

sobota, 20 kwietnia 2013

Podróżny must have czyli minimalizm w walizce


Wiosna, kilka dni wolnych i wyjazd w perspektywie. A w związku z nim standardowe pytanie: co ze sobą zabrać? Jedziemy samochodem, więc niby nie ma wielkiego problemu, lecz  nie chce mi się wozić sterty bagaży. Z drugiej strony, tak naprawdę niezbędne w podróży są tylko dokumenty własne, dokumenty samochodu i karty płatnicze. Takie rozwiązanie wydaje mi się jednak nazbyt radykalne; skarpetki na zmianę wolę zabrać ze sobą, niż kupować gdzieś w drodze.

niedziela, 14 kwietnia 2013

W blogosferze

Chętnie czytuję blogi. Wprawdzie nie spędzam nad nimi wielu godzin, klikając na kolejne adresy z długiej listy, mam jednak zakładkę Blogi, a w niej foldery uporządkowane tematycznie. Blogów, które  odwiedzam regularnie, znalazłoby się tam kilkanaście. Parę umieściłam  również ze względu na jeden czy dwa posty, jakie mnie zainteresowały. Nie jest to może imponujący zbiór, lecz  trudno mi uwierzyć, że inne lokatorki blogosfery są w stanie systematycznie czytać ponad setkę blogów, które czasem umieszczają na swoich listach miejsc odwiedzanych (najdłuższy wykaz, jaki podliczyłam, zafascynowana jego rozmiarami, liczył 169 pozycji, a wcale nie nastawiałam się na wyszukiwanie takich tasiemców). Może wtedy chodzi o jakieś kliknięcia, tego nie wiem. Ja  na blogi z mojej listy zaglądam po to, żeby je czytać.

sobota, 6 kwietnia 2013

Buszująca w sieci

Przy okazji ograniczania moich medialnych kontaktów ze światem zastanawiałam się też nad relacjami ja - internet. Pomyślałam, że zanim zacznę bić się w piersi za bezproduktywne skakanie po różnych stronach, najpierw przyjrzę się, w jaki sposób korzystam z tego, co oferuje mi prawie nieskrępowany dostęp do sieci. Oto wyniki tych rozważań.
Sprawy zawodowe. To dosyć oczywiste i nie wymaga długich komentarzy. Zwłaszcza możliwość  (niestety, ciągle jeszcze limitowana) sięgnięcia do zasobów różnych bibliotek i publikacji on line - bezcenna.
Informacje bieżące. Sprawdzam, co dzieje się na świecie, w kraju, w mieście. Też oczywista oczywistość dla kogoś, kto nie ogląda telewizji, a w radiu słucha głównie dwójki. Czasem czytuję również artykuły w tygodnikach. Nie skusiłam się na abonament Piano. 

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

I po marcu...

Marzec miał być miesiącem ogrodowym, lecz nie był, z przyczyn powszechnie wiadomych. Wielkanocny bałwan w ogródku miałby swój wdzięk, ale jakoś nikt nie ruszył się, żeby go ulepić, chociaż materiału nie brakuje. Wiosenne porządki, okna w domu otwarte na przestrzał, krokusy w żywopłocie z ligustru... Kiedy to będzie, kiedy? Żeby jednak tradycji stało się zadość, było trochę sprzątania i pozbywania się zbędnych rzeczy (znalazły się, znalazły, a jakże). Do sklepu charytatywnego wywędrowała walizka ciuchów. 
Stał się natomiast marzec miesiącem postu medialnego, przy czym zbieżność z Wielkim Postem była całkiem przypadkowa.

sobota, 30 marca 2013

Pieśń palestyńska

Ostatni wpis w miesiącu, czyli powinnam wrzucić coś o kulturze, a właściwie muzyce, bo o niej lubię pis. A tymczasem mamy święto, i to o dużym ciężarze gatunkowym. Nie, nie będę zajmować się muzyką religijną, chociaż ta jest bardzo związana z Wielkim Tygodniem. W ogóle nie słucham muzyki sakralnej w domu i generalnie, nie są to moje regiony. Ale czasem w codzienność wplatają się pewne wątki, prowadzące myśl i wyobraźnię gdzieś daleko. I wtedy muzyka może być przewodnikiem.

niedziela, 24 marca 2013

Urok rzeczy niepotrzebnych

Stało się, chociaż wcale tego nie planowałam. Byłam jak najdalsza od takich zamiarów. A jednak. Chociaż nie tylko ja jestem za to odpowiedzialna. Mój mąż też miał w tym swój udział i była to nasza wspólna decyzja, lecz impuls wyszedł ode mnie. I jak ja się teraz wytłumaczę?
 Nie planowałam, a kupiłam. Sporego białego baranka (z ceramiki, nie żywego), duże ceramiczne białe jajo - malowane w zielone źdźbła trawy - oraz ceramiczną miskę w kształcie skorupki jajka. Też niemałą. Właściwie to wszystko wcale nie było mi potrzebne. Mam różności z minionych lat, całkowicie wystarczające, żeby ozdobić mieszkanie na Wielkanoc. Ale jednak nie potrafiłam się oprzeć.

sobota, 16 marca 2013

Zielono i kwiatowo

Na razie tylko w domu, gdyż za oknem ciągle śnieg. Za to na parapecie drzewko azaliowe kwitnie jak oszalałe, zaś jego koleżanka - mała azalia w formie krzaczka - już przekwitła, a teraz wypuszcza nowe, jasnozielone listki.
W mieszkaniu bez roślin czegoś mi brakuje, chociaż z nimi same kłopoty. Trzeba pamiętać o podlewaniu, nawożeniu, przycinaniu, przesadzaniu, a ostateczny rezultat jest taki, że zielony stwór w doniczce polubi nas, albo i nie. I albo będzie się pięknie rozwijał, albo powoli zamieniał w jakiś drapak, z którym nie wiadomo, co zrobić. Hodować dalej? Przecież widać, że marnieje, mimo starań. Wyrzucić? Kiedy to żywe stworzenie. Więc może komuś oddać, może gdzie indziej poczuje się lepiej? 

sobota, 9 marca 2013

W czym do ludzi

Pamiętam z dzieciństwa, że i mnie, i moją mamę oraz babcię, w niedziele i święta obowiązywał strój świąteczny. W szafie musiały wisieć rzeczy, w których wychodziło się na spacer (potworna nuda!) albo przyjmowało gości. Trzeba było wtedy wyglądać uroczyście i elegancko. Tak naprawdę, wcale tego nie lubiłam. Odświętne ciuszki były ładniejsze od codziennych, ale jak bawić się na podwórku w białej, haftowanej spódniczce i białych podkolanówkach? Nie był to tylko mój problem, większość dziewczynek w niedzielę wyglądała inaczej, ale zadowolenia z tej elegancji starczało na krótko.

W wieku lat nastu odkryłyśmy z koleżankami wygodę ujednolicenia.

niedziela, 3 marca 2013

Co na siebie włożyć



Kiedy nadchodzi zmiana sezonów i z ciekawością zaczynamy wypatrywać, co nowego dzieje się w modzie, wtedy w licznych prezentacjach i komentarzach jak bumerang powraca słowo styl, odmieniane przez wszystkie przypadki.  Styl lat 50. i 80., romantyczny i nostalgiczny, etno i vintage, hipster i safari, dla każdego coś miłego i ładnego. Styl, stylizacje, kreatywność i kreacje, a przede wszystkim osobowość, której odbiciem jest styl własny, ten najbardziej pożądany.
No dobrze, fajnie jest na tych wyżynach, ale ja schodzę do parteru.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Na koniec lutego

Luty się jeszcze nie skończył, a ja już pędzę z podsumowaniem. Przez te ostatnie dni czekają mnie jednak głównie zebrania w pracy i zajęcia dość odległe od spraw, o których piszę  na blogu, więc z pewnym wyprzedzeniem parę zdań o tym, co było. Nie będę robić regularnych  rozliczeń każdego miesiąca, gdyż nie wyznaczam sobie jakichś szczególnych celów, które muszą być zrealizowane w ciągu czterech tygodni z groszami. Luty miał jednak swoją specyfikę: był przede wszystkim  miesiącem sporządzania domowych kosmetyków. Ponieważ pod koniec stycznia przyszły paczki z zamówionymi półproduktami, trzeba było przynajmniej część z nich wykorzystać.

sobota, 23 lutego 2013

Gregorian Masters - rockowo i średniowiecznie

 Rzuciły mi się w oczy duże plakaty: 4 marca w Warszawie koncert Gregorian Masters. Hmm... Pójść, nie pójść? Wielkiego show nie będzie, a to, co mi się podoba, mam nagrane. Zobaczymy. Ale posłuchać ich zawsze warto.
O Gregorian Masters zrobiło się głośno w roku 2000. Mieszkaliśmy wtedy w Hamburgu, więc miałam okazję przeczytać w prasie obszerne, solidne analizy ich najnowszej płyty, którą nazwano fenomenem. W popkulturze  fenomeny pojawiają się z regularnością grzybów po deszczu, więc trudno się przejąć takim określeniem. W przypadku tej grupy jednak zostało użyte nie bez powodu.
Gregorian to mały chór męski - początkowo dwunastu, obecnie ośmiu śpiewaków  - założony w Hamburgu przez producenta muzycznego Franka Petersona. Po różnych, mniej lub bardziej udanych próbach zaistnienia na scenie muzycznej, zaczęli śpiewać covery bardzo znanych utworów popowych i rockowych. I to okazało się strzałem w dziesiątkę: płyta  Masters of Chant właśnie w roku 2000 sprzedała się w milionach egzemplarzy i rozpoczęła międzynarodową karierę zespołu.

sobota, 16 lutego 2013

Na stole - również biało

Nie, nie mam obsesji na punkcie bieli. Po prostu uważam, że życie należy sobie upraszczać, przynajmniej w sferze dóbr materialnych. A poza tym - lubię, jak mi rzeczy pasują do siebie nawzajem.
Dlatego wybieram naczynia bez ozdób. Dzięki temu nie muszę zastanawiać się, co z czym się dobrze komponuje i co mam postawić na stole, kiedy zbierze się więcej osób i jeden standardowy serwis nie wystarcza.
Najpierw używałam naczyń z fabryki Karolina w Jaworzynie Śląskiej. Miały proste formy, były zgrabniutkie i zdobione tylko cienką czarną prążką na samej krawędzi. Można je było kupować na sztuki, a wybór był naprawdę szeroki: od kieliszków do jajek i malutkich kokilek, aż po wazę do zupy i wielkie półmiski. Był to - zresztą nadal można go kupić - bardzo udany wzór i pomysł producenta. Porcelana z Karoliny trafiała do wielu sklepów w całej Polsce, więc z kolejnych wyjazdów przywoziłam sobie różności, które akurat udało mi się gdzieś wypatrzyć. Dobrym regionem był pod tym względem Dolny Śląsk.

niedziela, 10 lutego 2013

A w domu śnieżna biel

Lubię wnętrza, gdzie jest dużo barwy białej. Raczej nie na ścianach, gdyż tutaj akurat wolę kolory. Bardzo podobają mi się natomiast białe elementy wykończenia – ramy okienne, parapety, drzwi. Kiedy przyszła pora na wykańczanie naszego domu, uparłam się, żebyśmy – wbrew temu, co wybierali wszyscy nasi sąsiedzi, nastawieni na "naturalny" kolor drewna – zdecydowali się na białą stolarkę. Lata mijają, a ja nadal uważam, że to była dobra decyzja. Podłogi mamy wprawdzie jasne, lecz meble dość ciemne, fornirowane. Białe obramienia okien i takie same drzwi stanowią dla nich optyczną przeciwwagę, a przy tym rozjaśniają wnętrza i dodają im lekkości. Światła w naszym klimacie nigdy za wiele, zwłaszcza zimą. 

niedziela, 3 lutego 2013

Znowu Dominique Loreau czyli minimalizm dla początkujących


Gdybyśmy dogłębnie znali siebie, mielibyśmy mniej rzeczy, mniej potrzeb, żylibyśmy za to bardziej stylowo.

Trudno byłoby oczekiwać, że Dominique Loreau w swojej kolejnej książce napisze coś zdecydowanie innego, niż w dotychczasowych. I rzeczywiście, Sztuka minimalizmu w codziennym życiu (Warszawa 2012, wyd. Czarna owca) przynosi powtórzenie wielu znanych już nam poglądów autorki na temat zasad i praktyki minimalizmu. Ci, którzy czytali jej wcześniejsze książki (Sztuka prostoty, Sztuka umiaru, Sztuka planowania), w tej lekturze nowości znajdą niewiele. Sztuka minimalizmu może być natomiast bardzo przydatna dla tych, którzy stawiają dopiero pierwsze kroki na tej scieżce i albo mają rozmaite kłopoty z reorganizacją życia, albo wyobrażają sobie, że mogą je mieć.

piątek, 1 lutego 2013

Styczeń - podsumowanie

 Dzisiaj post nadprogramowy, związany z końcem stycznia. 

Blue Monday mnie ominął, chociaż odnotował go również polski net. Chyba jednak nie było tak źle z dotrzymywaniem styczniowych postanowień, żebym musiała wpadać w okolicznościową depresję.
Pierwsze na liście, czyli ograniczenie zakupów - zrealizowane. Może nie w 100%, ale trudno uznać za zbędny wydatek kupno nowego miksera, skoro stary niemal się rozpadł przy przyrządzaniu pasty fasolowej. Podobnie z kosmetykami: kupuję półprodukty w sklepie internetowym, więc jak szaleć, to szaleć - będę miała z czego przyrządzać moje mazidła przez kwartał. Zresztą,  mniejszych opakowań nie sprzedają. 
Minimalizacja zakupów - rozciągnięta na luty. Mąż jest za, synowie nie protestują.

sobota, 26 stycznia 2013

Carmina burana czyli historia pewnego nieporozumienia


Zdarza się, że nawet ludzie nieźle zorientowani w muzyce, na pytanie o znane im utwory średniowieczne odpowiadają bez wahania: Carmina burana. Jest to jednak ewidentne  nieporozumienie, gdyż nosząca ten tytuł, często wykonywana kantata sceniczna nie ma nic wspólnego z muzyką średniowieczną. Nie bez przyczyny jako jej autor zawsze podawany jest niemiecki kompozytor Carl Orff (1895 -1982), a sam utwór miał prawykonanie w roku 1937.
Skąd więc te mylne wyobrażenia i dlaczego Carmina burana tak powszechnie łączone są ze średniowieczem?
Jest to nazwa, jaką historycy nadali rękopisowi odkrytemu na początku XIX wieku w opactwie Benediktbeuern w Bawarii.

sobota, 19 stycznia 2013

O fotografiach

Te starsze najczęściej mają postać papierową, nowsze są zapisem cyfrowym. Starsze przechowywane są w albumach, kopertach albo pudełkach, nowsze - w folderach na dysku. Uporządkowane, albo i nie. Raczej nie, bo kto by miał czas na porządkowanie setek, jeśli nie tysięcy obrazków?
Zanim rozpowszechniła się fotografia cyfrowa, robienie zdjęć wymagało rozmaitych umiejętności. Trochę o tym wiem, bo fotografię miałam na studiach. Egzamin też, i to nawet podwójny: z historii fotografii oraz praktyki. Praktyka obejmowała fotografię tradycyjną, analogową, zdjęcia czarno-białe i w kolorze; całą procedurę od wyboru filmu aż po własnoręcznie wykonaną odbitkę. Po takich podstawach fotografia cyfrowa wydawała mi się zabawką, do tego całkiem nieskomplikowaną. Jednak kiedy kupiłam sobie pierwszy aparat cyfrowy, zaczęłam ćwiczyć na zwierzętach. Nieruchomych. Kamiennych albo odlewanych z brązu. Miały tę zaletę, że się nie ruszały, więc spokojnie można było na nich trenować, gdyż przestawienie się na inny sposób fotografowania wymagało jednak trochę czasu i prób.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...