sobota, 5 stycznia 2013

Estetyka pustej ściany czyli minimalizm we wnętrzu

Mieszkanie urządzone w sposób minimalistyczny  to zadanie dla projektantów, ale też dla zwykłych użytkowników. Czym jednak charakteryzuje się tak bardzo pożądana prostota we własnych czterech kątach?

Projekty, które można obejrzeć w magazynach wnętrzarskich, mają kilka wspólnych cech: mebli jest nie tylko mało, ale także - wszędzie tam, gdzie to możliwe, czyli poza krzesłami - zostały one sprowadzone do form najprostszych, głównie prostopadłościennych. Przedmioty mobilne, czyli choćby naczynia i różne utensylia kuchenne, zostały pochowane. Firan i zasłon brak.

W rezultacie proponuje się nam życie w otoczeniu skrzyń i pustych blatów, zamkniętych w równie pustych, białych ścianach.


Jest to oczywiście skrajna wersja redukcjonizmu, pewna koncepcja estetyczna dość abstrakcyjna, w praktyce niełatwa do zrealizowania. I to nie ze względów finansowych, lecz psychologicznych.

Zastanawiam się czasem: ile osób ma rzeczywistą potrzebę życia w otoczeniu tak sterylnym? Rozumiem zmęczenie wnętrzami przeładowanymi, ale jak daleko prowadzi nas potrzeba odrzucania i upraszczania? Końcowym efektem może być mieszkanie pozbawione jakichkolwiek cech indywidualnych, niczym fragment ekspozycji w sklepie z meblami.

Problemem polskich mieszkań jest przede wszystkim ciasnota, wynikająca z małej ich powierzchni. Wtedy rzeczywiście jedynym ratunkiem jest zredukowanie mebli do minimum (coś do spania, jakaś szafa, biurko, krzesło czy dwa) i sprytne wykorzystanie powierzchni ścian. Na przykład - zamiast szafy bibliotecznej, gdzie książki ustawia się w dwóch rzędach, płytki regał - 23 cm – aż do sufitu. Wtedy również, jeżeli urządzamy się na stałe, przydaje się zagospodarowanie powierzchni dodatkowych, typu wnęki, miejsca pod szerokim parapetem i rozmaite zakamarki. Zyskujemy w ten sposób przestrzeń, która jest dobrem cennym, zwłaszcza w tych pokojach, gdzie często przebywamy.

A meble? No cóż, w kulturze europejskiej zawsze dominowały pochodne skrzyni: szafki i szafy, komody i serwantki, witrynki i etażerki - wszystkie mają w rodowodzie prostopadłościan. Nawet biurka, stoły i ławy są jego odmianą. Może dlatego w ciągu wieków tak rozwinęło się zdobnictwo mebli, te najrozmaitsze toczone albo gięte nogi, gzymsiki i rzeźbki, które miały łagodzić surowość formy podstawowej. We współczesnym wzornictwie, kiedy ozdóbek brak, owa genetyczna przypadłość ujawnia się z całą wyrazistością. W efekcie, meblując się tym, co oferują sklepy, mieszkamy wśród skrzyń. A w kuchni mamy je nawet na wysokości głowy.

Ten redukcjonizm ma także zalety, gdyż meble o tak prostych formach łatwo ze sobą zestawiać, zwłaszcza że kolorystyka oklein też została zestandaryzowana. Ale czy powszechna chęć ozdabiania wnętrz, ustawiania wazonów, pater i rozmaitych figuryn nie jest przypadkiem nie tylko objawem złego gustu, lecz również obroną przed surowością i typizacją?

Skoro jednak mebli w ogóle mamy mało, a durnostojek nie lubimy (i słusznie), to jakie mamy możliwości, by uniknąć tych skutków upraszczania?

Przede wszystkim - kolor. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego ideałem minimalistów są białe ściany. Owszem, biały dobrze wypada w połączeniu z drewnem konstrukcyjnym, na przykład belkami stropu. Do tego jest kolorem ekspozycyjnym, wszystko na jego tle nabiera wyrazistości. Tę akurat cechę ma jednak wiele jasnych barw pastelowych, które nie są przy tym tak zimne i surowe, jak biel. Kolor jest silnym środkiem oddziaływania na psychikę i nie przypadkiem już od dawna nawet  w szpitalach zrezygnowano ze sterylnej bieli ścian. Intensywne, żywe kolory szybko męczą, a do tego zacieśniają przestrzeń, lecz gama tych jasnych, łagodnych jest ogromna.

Po drugie - tkaniny. Ich nadmiar to zdecydowany  zgrzyt estetyczny, gdyż niezwykle trudno jest połączyć w spójną całość obicia mebli, narzuty i poduszki, zasłony, firany, no i jeszcze dywan. Najłatwiej zrezygnować z dywanu i firan, prawdziwych łapaczy kurzu, wątpliwej przy tym urody. Inaczej ma się sprawa z narzutami i poduszkami, które mają oczywiste zalety użytkowe, są miękkie, przytulne i  potrafią indywidualizować pomieszczenie. Pikowana tkanina bawełniana w drobne kwiatki, patchwork w geometryczne wzory albo wełniana narzuta w dużą kratę - wszystkie trzy mieszczą się w stylistyce wnętrza prostego, lecz nadają mu zupełnie odmienny charakter. Umiejętne wykorzystanie ich walorów dekoracyjnych może sprawić, że staną się tym elementem, który najbardziej przyciąga wzrok.

Zasłony - to kolejna bajka. Czasem czymś trzeba się odciąć od świata, zwłaszcza jeśli wokoło pełno innych okien, ale jak i czym, to temat na odrębny post.

I wreszcie - ściany. Te płaszczyzny, które zawsze mamy wokół siebie. Minimalistyczna ściana powinna być pusta? Może i tak, ale właściwie dlaczego?

To znowu postulat wynikający z ciasnoty. W większych pomieszczeniach,  o powierzchni powyżej 30 m² i o wysokości powyżej 3 m, będziemy czuć się nieswojo, patrząc na puste ściany  i dwa-trzy meble gdzieś w kątach. Okazałe mieszkania w XIX-wiecznych kamienicach nie były i nie są przeznaczone do aranżacji minimalistycznych. Na ogół jednak żyjemy we wnętrzach znacznie mniejszych i tutaj pozostawienie wolnej płaszczyzny ścian przynosi rzeczywiście dobry efekt.

Nieprzypadkowo jednak kiedyś nad kanapą zawsze wisiał obraz, a i obecnie projektanci z upodobaniem zapełniają czymś ten kawałek ściany. Nie chodzi zresztą o kanapę, lecz o pewną równowagę. Ściana i stojące przy niej meble to również kompozycja. W pokoju mieszkalnym wszystkie elementy i materialnie, i optycznie masywne znajdują się na dole (wyjątek - regały aż po sufit), co wprowadza wizualną dysharmonię oraz wrażenie ciężkości.  Warto więc zadbać o to, by powyżej poziomu blatów i oparć znalazło się coś, co będzie kierowało wzrok w górę. Może obraz, może parę fotografii sporych rozmiarów. Czasem korzystne jest wprowadzenie wyraźnego, pionowego pasa - na przykład tapety o kolorze innym, niż reszta ściany - na którym zawiesza się rozmaite drobiazgi: nieduże zdjęcia, stare pocztówki czy jakiś artystycznie opracowany konar. Jest to rozwiązanie dobre zwłaszcza dla hobbystów, którzy w ten sposób mogą stworzyć przemyślaną ekspozycję własnych zbiorów.

Oczywiście, wśród pustych ścian oraz szczelnie pozamykanych szaf i szafek żyć się da, i to całkiem wygodnie. Lecz jeśli nie należymy do nomadów, którzy do domu wpadają tylko w przerwach pomiędzy wędrówkami, to w takim mieszkaniu szybko nam zacznie czegoś brakować. Miejsca dla wyobraźni, na przykład. Ale to już odrębny temat.

Rubia






13 komentarzy:

  1. Ciekawie to opisałaś. I to spostrzeżenie, że żyjemy wśród skrzyń! Szybko rozejrzałam się po naszym pokoju - chyba instynktownie zdecydowaliśmy się na okrągły stół i bezkształtnego (przypominającego worek) pufa. Fajnie łagodzą ostre kąty, których na poddaszu nie brakuje.
    Dla mnie bardzo ważne są nie tylko kształty i kolory, ale i materiał. Te naturalne - drewno, kamień, len, wełna, wiklina - nadają wnętrzu przytulność, nawet gdy są bardzo proste w formie.
    Tak ogólnie nie jestem za zupełną ascezą, ale raczej za wnętrzem "rozwojowym" to jest zmieniającym się w rytm zmian, jakie zachodzą w mieszkańcach. Gotowe aranżacje architektów właśnie dlatego wydają się zimne - brak w nich zmiany, życia.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Materiały na pewno bardzo się liczą, co widać choćby po meblach drewnianych, które z wiekiem nabierają szlachetności :)Natomiast "rozwojowość" mieszkania to sprawa dość skomplikowana; najłatwiej ją osiągnąć chyba wówczas, kiedy mebli i innych elementów wyposażenia mamy nie tylko niewiele, ale są one utrzymane konsekwentnie w tej samej stylistyce, nie zaś każde pomieszczenie zdecydowanie odmienne od pozostałych. Wtedy możliwości tworzenia nowych konfiguracji są dość ograniczone.
      Pozdrowienia! :)

      Usuń
  2. Lubię przeglądać zdjęcia mieszkań. Póki co mieszkam w wynajmowanym, w którym nie mogę zmienić rzeczy niefunkcjonalnych. Ale - trzeba je oswajać i jeszcze raz oswajać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet we własnym domu może się okazać, że pewne rozwiązania, które na etapie projektowania wydawały się bardzo funkcjonalne, jednak takie nie są. I też trzeba coś zmieniać, oswajać :) A magazyny wnętrzarskie mogą być dobrym źródłem inspiracji, jeśli tylko nie są kryptoreklamowymi broszurami jakichś firm.

      Usuń
  3. Biały kolor jest bardzo praktyczny. Jeśli ktoś sam remontował mieszkanie, to wie, ile to kosztuje zamieszania i pracy. O wiele łatwiej (i taniej) jest zmienić kolorystykę narzut, zasłon i kilku obrazków, niż robić malowanie całego pokoju. Przy białych ścianach jest pełna dowolność. A przy np. wrzosowych - niewolnictwo jednej palety barw przez kilka ładnych lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Narzuty, zasłony i poduszki muszą pasować również do siebie nawzajem i do kolorystyki mebli. Kolor ścian jest kolejnym ogniwem w tym łańcuszku. Jeśli narzuta w czerwono-szafirową kratę zostanie zestawiona z zasłonami w zielono-złote wzory kwiatowe, to już naprawdę wszystko jedno, czy ściany będą białe, czy wrzosowe... Nawet przy białych ścianach nie ma pełnej dowolności. :)

      Usuń
    2. Łatwiej jest zmienić narzuty, poduszki, zasłony itd. niż kolor ścian?
      Ja tam wolę malować;)

      Usuń
  4. Kiedy wprowadzaliśmy się do domu na wsi, powiedziałam, że nie chcę żadnych firan i zasłon. Duże okna wychodzą na drogę, pole, ogród, las, niebo, linia wysokiego napięcia... Tyle tam przestrzeni! Dobrze zrobiłam. Upewnił mnie w tym siostrzeniec, który przyjechał wiosną na herbatę. Siedział przy stole (okrągłym) i miast zabawiać ciotkę, nieustannie patrzył za okno. "Jak tu zielono!", westchnął.

    Na razie nie mamy sąsiadów, ale działki wokół przeszły w nowe ręce... Chciałabym zachować mój okienny minimalizm i wiedzieć nieustannie bogactwo świata za oknem.

    ps. Linia wysokiego napięcia bywa piękna, gdy lśni szronem w mroźne poranki. A jak w niej płacze wiatr... :)

    OdpowiedzUsuń
  5. zimny minimalizm - nie, kojarzy mi się ze szpitalem, hotelem
    przytulność tak, zagracenie nie
    firany nie, zasłony tak (mam lniane, jeszcze cepeliowskie)
    mam dywan a nawet kilim po babci :)
    pozdrawiam Irena

    OdpowiedzUsuń
  6. A mnie w oglądanych współcześnie wnętrzach brakuje kwiatów!
    Czy już są niemodne? Czy moje pokolenie jest ostatnim, które hoduje kwiaty w domu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O kwiatach będzie osobny post, ale bliżej wiosny :) Mam kwiaty w domu, mam. Ale różne aranżacje roślinne czy choćby doniczki na parapecie rzeczywiście bardzo rzadko pojawiają się w projektach wnętrz, chyba że to ogród zimowy albo co najmniej weranda.

      Usuń
    2. To czekam z ciekawością.

      Usuń
  7. Mnie zawsze bardzo dziwią puste ściany.Szczególnie w drogich domach. Często z ciekawości zaglądam przez okna, a tam ...pustka! Albo jakieś koszmarki w stylu kompletu 3. A w minimalistycznych wnętrzach, ulubione obrazy mogą być bardziej wyeksponowane. Dopiero dodają charakteru i mieszkaniom i mieszkańcom :).

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...