poniedziałek, 25 lutego 2013

Na koniec lutego

Luty się jeszcze nie skończył, a ja już pędzę z podsumowaniem. Przez te ostatnie dni czekają mnie jednak głównie zebrania w pracy i zajęcia dość odległe od spraw, o których piszę  na blogu, więc z pewnym wyprzedzeniem parę zdań o tym, co było. Nie będę robić regularnych  rozliczeń każdego miesiąca, gdyż nie wyznaczam sobie jakichś szczególnych celów, które muszą być zrealizowane w ciągu czterech tygodni z groszami. Luty miał jednak swoją specyfikę: był przede wszystkim  miesiącem sporządzania domowych kosmetyków. Ponieważ pod koniec stycznia przyszły paczki z zamówionymi półproduktami, trzeba było przynajmniej część z nich wykorzystać.

sobota, 23 lutego 2013

Gregorian Masters - rockowo i średniowiecznie

 Rzuciły mi się w oczy duże plakaty: 4 marca w Warszawie koncert Gregorian Masters. Hmm... Pójść, nie pójść? Wielkiego show nie będzie, a to, co mi się podoba, mam nagrane. Zobaczymy. Ale posłuchać ich zawsze warto.
O Gregorian Masters zrobiło się głośno w roku 2000. Mieszkaliśmy wtedy w Hamburgu, więc miałam okazję przeczytać w prasie obszerne, solidne analizy ich najnowszej płyty, którą nazwano fenomenem. W popkulturze  fenomeny pojawiają się z regularnością grzybów po deszczu, więc trudno się przejąć takim określeniem. W przypadku tej grupy jednak zostało użyte nie bez powodu.
Gregorian to mały chór męski - początkowo dwunastu, obecnie ośmiu śpiewaków  - założony w Hamburgu przez producenta muzycznego Franka Petersona. Po różnych, mniej lub bardziej udanych próbach zaistnienia na scenie muzycznej, zaczęli śpiewać covery bardzo znanych utworów popowych i rockowych. I to okazało się strzałem w dziesiątkę: płyta  Masters of Chant właśnie w roku 2000 sprzedała się w milionach egzemplarzy i rozpoczęła międzynarodową karierę zespołu.

sobota, 16 lutego 2013

Na stole - również biało

Nie, nie mam obsesji na punkcie bieli. Po prostu uważam, że życie należy sobie upraszczać, przynajmniej w sferze dóbr materialnych. A poza tym - lubię, jak mi rzeczy pasują do siebie nawzajem.
Dlatego wybieram naczynia bez ozdób. Dzięki temu nie muszę zastanawiać się, co z czym się dobrze komponuje i co mam postawić na stole, kiedy zbierze się więcej osób i jeden standardowy serwis nie wystarcza.
Najpierw używałam naczyń z fabryki Karolina w Jaworzynie Śląskiej. Miały proste formy, były zgrabniutkie i zdobione tylko cienką czarną prążką na samej krawędzi. Można je było kupować na sztuki, a wybór był naprawdę szeroki: od kieliszków do jajek i malutkich kokilek, aż po wazę do zupy i wielkie półmiski. Był to - zresztą nadal można go kupić - bardzo udany wzór i pomysł producenta. Porcelana z Karoliny trafiała do wielu sklepów w całej Polsce, więc z kolejnych wyjazdów przywoziłam sobie różności, które akurat udało mi się gdzieś wypatrzyć. Dobrym regionem był pod tym względem Dolny Śląsk.

niedziela, 10 lutego 2013

A w domu śnieżna biel

Lubię wnętrza, gdzie jest dużo barwy białej. Raczej nie na ścianach, gdyż tutaj akurat wolę kolory. Bardzo podobają mi się natomiast białe elementy wykończenia – ramy okienne, parapety, drzwi. Kiedy przyszła pora na wykańczanie naszego domu, uparłam się, żebyśmy – wbrew temu, co wybierali wszyscy nasi sąsiedzi, nastawieni na "naturalny" kolor drewna – zdecydowali się na białą stolarkę. Lata mijają, a ja nadal uważam, że to była dobra decyzja. Podłogi mamy wprawdzie jasne, lecz meble dość ciemne, fornirowane. Białe obramienia okien i takie same drzwi stanowią dla nich optyczną przeciwwagę, a przy tym rozjaśniają wnętrza i dodają im lekkości. Światła w naszym klimacie nigdy za wiele, zwłaszcza zimą. 

niedziela, 3 lutego 2013

Znowu Dominique Loreau czyli minimalizm dla początkujących


Gdybyśmy dogłębnie znali siebie, mielibyśmy mniej rzeczy, mniej potrzeb, żylibyśmy za to bardziej stylowo.

Trudno byłoby oczekiwać, że Dominique Loreau w swojej kolejnej książce napisze coś zdecydowanie innego, niż w dotychczasowych. I rzeczywiście, Sztuka minimalizmu w codziennym życiu (Warszawa 2012, wyd. Czarna owca) przynosi powtórzenie wielu znanych już nam poglądów autorki na temat zasad i praktyki minimalizmu. Ci, którzy czytali jej wcześniejsze książki (Sztuka prostoty, Sztuka umiaru, Sztuka planowania), w tej lekturze nowości znajdą niewiele. Sztuka minimalizmu może być natomiast bardzo przydatna dla tych, którzy stawiają dopiero pierwsze kroki na tej scieżce i albo mają rozmaite kłopoty z reorganizacją życia, albo wyobrażają sobie, że mogą je mieć.

piątek, 1 lutego 2013

Styczeń - podsumowanie

 Dzisiaj post nadprogramowy, związany z końcem stycznia. 

Blue Monday mnie ominął, chociaż odnotował go również polski net. Chyba jednak nie było tak źle z dotrzymywaniem styczniowych postanowień, żebym musiała wpadać w okolicznościową depresję.
Pierwsze na liście, czyli ograniczenie zakupów - zrealizowane. Może nie w 100%, ale trudno uznać za zbędny wydatek kupno nowego miksera, skoro stary niemal się rozpadł przy przyrządzaniu pasty fasolowej. Podobnie z kosmetykami: kupuję półprodukty w sklepie internetowym, więc jak szaleć, to szaleć - będę miała z czego przyrządzać moje mazidła przez kwartał. Zresztą,  mniejszych opakowań nie sprzedają. 
Minimalizacja zakupów - rozciągnięta na luty. Mąż jest za, synowie nie protestują.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...