sobota, 23 lutego 2013

Gregorian Masters - rockowo i średniowiecznie

 Rzuciły mi się w oczy duże plakaty: 4 marca w Warszawie koncert Gregorian Masters. Hmm... Pójść, nie pójść? Wielkiego show nie będzie, a to, co mi się podoba, mam nagrane. Zobaczymy. Ale posłuchać ich zawsze warto.
O Gregorian Masters zrobiło się głośno w roku 2000. Mieszkaliśmy wtedy w Hamburgu, więc miałam okazję przeczytać w prasie obszerne, solidne analizy ich najnowszej płyty, którą nazwano fenomenem. W popkulturze  fenomeny pojawiają się z regularnością grzybów po deszczu, więc trudno się przejąć takim określeniem. W przypadku tej grupy jednak zostało użyte nie bez powodu.
Gregorian to mały chór męski - początkowo dwunastu, obecnie ośmiu śpiewaków  - założony w Hamburgu przez producenta muzycznego Franka Petersona. Po różnych, mniej lub bardziej udanych próbach zaistnienia na scenie muzycznej, zaczęli śpiewać covery bardzo znanych utworów popowych i rockowych. I to okazało się strzałem w dziesiątkę: płyta  Masters of Chant właśnie w roku 2000 sprzedała się w milionach egzemplarzy i rozpoczęła międzynarodową karierę zespołu.

Co tak atrakcyjnego może być w śpiewaniu coverów przez mały chór męski?
Interesujące okazało się samo założenie wykonawcze: najzupełniej współczesne utwory rozrywkowe miały być śpiewane zgodnie z zasadami obowiązującymi w  muzyce dawnej. Ściśle mówiąc, średniowiecznej. Zespół przyjął, że można wykonywać popowe piosenki tak, jak niegdyś śpiewano chorał gregoriański. Dlatego też nazwali się Gregorian Masters. Nazwa wprowadza zresztą sporo zamieszania, gdyż  niezorientowani słuchacze często biorą grupę za autentyczny chór zakonny, wykonujący chorały, a ponieważ kostiumy śpiewaków, wzorowane na habitach, dodatkowo podkreślają historyzujący charakter ich aranżacji, konfuzja bywa potężna, co widać choćby w komentarzach na YT.
I tu krótkie wyjaśnienie: chorał gregoriański (jego powstanie wiązano z osobą papieża Grzegorza Wielkiego zmarłego w roku 606; w rzeczywistości powstał jakieś dwa wieki później) jest śpiewem liturgicznym, jednogłosowym (monofonicznym) i wykonywanym a cappella, czyli bez towarzyszenia jakichkolwiek instrumentów. Jest podstawową formą muzyki kościelnej, praktykowaną przez całe średniowiecze. Muzyka ta była komponowana w skalach modalnych, wzorowanych na starożytnych i różnych od  najbardziej obecnie popularnych  dwóch skal barokowych: molowej oraz durowej. Kto pamięta, poza muzykologami, że nasza Bogurodzica skomponowana jest w skali doryckiej?
W praktyce wynika z tego tyle, że nie wszystkie współczesne utwory, nawet tak proste jak popowe piosenki, dadzą się swobodnie przetransponować według reguł rządzących muzyką średniowieczną. Narzuciło to od razu Gregorianom rozmaite ograniczenia repertuarowe, lecz nie było to wielkim problemem - mieli i mają w czym wybierać. Z monofonicznością śpiewu bywa u nich różnie, natomiast najpoważniejszym odstępstwem od muzyki chorałowej jest wykonywanie jej z towarzyszeniem instrumentów. I to bynajmniej nie dawnych, takich jak lutnia czy harfa i flety. Muzycy towarzyszący śpiewakom grają na gitarach elektrycznych, organach Hammonda czy najzupełniej współczesnych zestawach perkusyjnych. Gregorianie są chórem męskim, jednak w niektórych nagraniach można usłyszeć piękny sopran – to zazwyczaj głos Amelii Brightman. Kolejne odejście od reguł chorałowych, gdyż kobiety w tym śpiewie nie brały udziału! "Gregoriańskość" aranżacji tak naprawdę jest więc jedynie kostiumem, do tego zdecydowanie stylizowanym, podobnie jak stroje wykonawców. Mamy do czynienia z bardzo swobodną fantazją na temat średniowiecza.
Skąd zatem bierze się zadziwiająca popularność grupy, potwierdzona i ilością sprzedanych płyt, wydawanych regularnie niemal co roku, i długimi trasami koncertowymi? Cóż... Chyba po prostu stąd, że wiele znanych utworów w wykonaniu Gregorian brzmi naprawdę dobrze. Ja wiem, że fani Led Zeppelin zagryźliby mnie z przyjemnością za to, co napiszę. Wiem, że Stairway to heaven to utwór wszechczasów, Robert Plant wyglądał swego czasu jak upadły anioł, a śpiewał jeszcze lepiej. Ale... ta chorałowa aranżacja mi się jednak podoba. Ograniczenie roli instrumentów, wyeksponowanie głosu solisty i połączenie go z głosami chóru niczym w responsorium wydobyły z tej piosenki klarowność, która niegdyś ginęła w gitarowych solówkach. W wykonaniu Gregorian nie ma miejsca na wirtuozerskie popisy instrumentalistów, wielkiego znaczenia nabrał natomiast wokal. Po prostu. Bardzo ciekawy efekt przyniosło wprowadzenie w ostatniej strofie – prawem kontrastu – miękkiego, jasnego sopranu.

Tutaj z kolei My immortal grupy Evanescence. Na mój gust, wykonanie lepsze od oryginału. Znowu dzięki postawieniu na głosy oraz zgrabne łączenie partii solowych i chóralnych, z ominięciem banalnego standardu, że chórek podśpiewuje sobie refren gdzieś tam w tle.

Gregorian Masters nie cofają się przed niczym. Własnych kompozycji prezentują niewiele, natomiast jeśli chodzi o covery, rozpiętość mają od Simon & Garfunkel po Metallikę i Rammstein. Biorą wszystko: U2, R.E.M., Ozzy Osbourne’a, Erica Claptona… Wykonują również piosenki filmowe (podaję tu tylko link do My heart will go on [KLIK]- ach, och, wzruszenie gwarantowane). Oczywiście, wśród takiej obfitości trafiają się też aranżacje mniej udane. Na przykład piękna ballada Lady in black zespołu Uriah Heep jest zdecydowanie lepsza w wykonaniu oryginalnym. Czasem drażnią mnie nazbyt rozbudowane partie instrumentalne, pozostające poniekąd w sprzeczności z pierwotnym założeniem, gdyż w muzyce wzorowanej na chorałach liczyć się powinien przede wszystkim wokal. Na szczęście, chociaż skład grupy często się zmieniał - obecnie przeważają w niej Brytyjczycy - to jednak głosy śpiewaków brzmią doskonale.
No właśnie... I tutaj dotykamy sedna sprawy, a może w ogóle sedna wykonawstwa. Współczesna technika daje wokalistom ogromne wsparcie. Zyskują na tym głosy całkiem przeciętne, odpowiednio modelowane na płytach studyjnych. Koncerty z kolei to bardzo często multimedialne show, również z potężną dawką techniki. Gubi się w tym wszystkim autentyczność i wyjątkowość wokalu; nie wiadomo, co jest rzeczywistym darem natury, czyli pięknym głosem, a co efektem sprytnych zabiegów. Może stąd bierze się tęsknota słuchaczy za naturalnością. Za powrotem do źródeł, do jakiejś mitycznej epoki, w której liczyły się wyłącznie umiejętności własne wykonawcy. Może dlatego, kiedy na estradzie stanie ośmiu facetów i bez epatowania publiki zacznie po prostu śpiewać dobrze wyszkolonymi i zharmonizowanymi głosami, zasługuje to na nazwę wydarzenia.
A na zakończenie - Wind of change, cover zespołu Scorpions. Trudno, lubię to. Mogę darować im nawet te koszmarne szlafroki z czerwonego i szafirowego weluru. Swoją drogą, mogliby zatrudnić lepszego kostiumografa.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...