niedziela, 3 lutego 2013

Znowu Dominique Loreau czyli minimalizm dla początkujących


Gdybyśmy dogłębnie znali siebie, mielibyśmy mniej rzeczy, mniej potrzeb, żylibyśmy za to bardziej stylowo.

Trudno byłoby oczekiwać, że Dominique Loreau w swojej kolejnej książce napisze coś zdecydowanie innego, niż w dotychczasowych. I rzeczywiście, Sztuka minimalizmu w codziennym życiu (Warszawa 2012, wyd. Czarna owca) przynosi powtórzenie wielu znanych już nam poglądów autorki na temat zasad i praktyki minimalizmu. Ci, którzy czytali jej wcześniejsze książki (Sztuka prostoty, Sztuka umiaru, Sztuka planowania), w tej lekturze nowości znajdą niewiele. Sztuka minimalizmu może być natomiast bardzo przydatna dla tych, którzy stawiają dopiero pierwsze kroki na tej scieżce i albo mają rozmaite kłopoty z reorganizacją życia, albo wyobrażają sobie, że mogą je mieć.
Książka została podzielona na trzy części. Spośród nich pierwsza prezentuje, nazwijmy to, pochwalną teorię minimalizmu, który nie tylko sprzyja uporządkowaniu codzienności, lecz także odciąża umysł, przynosi wewnętrzny spokój i pogodę ducha. To już znamy, więc czytając kolejne podrozdziały wiemy, czego można spodziewać się w następnych. Pewną nowością jest natomiast część druga, w której autorka znacznie staranniej, niż do tej pory, omawia relacje łączące ludzi i przedmioty. Nie są to zresztą przesadnie głębokie analizy psychologiczne, lecz raczej rozważania ukierunkowane praktycznie i przydatne wtedy, kiedy zaczynamy pozbywać się nadmiaru. Jest wśród nich na przykład zalecenie, żeby zastanowić się, kim jest dla nas każda posiadana rzecz: bliskim przyjacielem, dobrym znajomym, czy może obojętnym nieznajomym, który nie budzi żadnych emocji? To też znamy, ale raczej z dzieciństwa, kiedy zabawkom i innym przedmiotom nadawaliśmy cechy ludzkie. Teraz możemy wrócić do tej postawy, żeby się przekonać, jak bardzo jesteśmy przywiązani do różnych naszych dóbr. Loreau zajmuje się ponadto kondycją psychiczną osób, które nie potrafią rozstawać się z rzeczami. Często spotykany lęk przed wyrzucaniem - jakie ma przyczyny? (A ma ich całkiem sporo). Może to być ciekawa lektura dla osób, które nie są do końca przekonane, że pozbywanie się przedmiotów przynosi nie tylko dobre skutki w życiu codziennym, lecz owocuje również na głębszych poziomach psyche. Przy okazji autorka porusza też kwestię bardzo uciążliwej, chorobliwej potrzeby gromadzenia rzeczy, zwanej zespołem Diogenesa (co jest zresztą krzywdzące dla filozofa, który, jak wiadomo, słynął ze swej pogardy dla dóbr materialnych).
No tak. Pani Loreau opisuje udręki tych, którym przyszło żyć z ludźmi ogarniętymi manią, nie pisze natomiast, jak sobie radzić w sytuacjach znacznie bardziej banalnych, za to częstych. Co na przykład powiedzieć potomstwu, które domaga się różnych gadżetów, bo "wszyscy to mają"? Takim argumentem posługują się zresztą także dorośli: koledzy, przyjaciele, nawet rodzice,  dziwiąc się, że czegoś jeszcze nie mamy i wcale o tym nie marzymy. Przydałoby się więc parę wskazówek, jak postępować z bliźnimi naszymi, bardziej niż my podatnymi na reklamy i urok nowości. Niestety, pani Loreau, jak wszyscy radykałowie, nie jest chyba dobrym negocjatorem. W każdym razie, nic na to nie wskazuje.
Trochę tak, jakby pomiędzy biegunami: czysty minimalizm oraz patologiczne zbieractwo nie istniały stopnie pośrednie. A przecież tych jest najwięcej.
Zdecydowanie poradnikowy charakter ma natomiast część trzecia. Ta najbardziej przyda się minimalistom na początku drogi. Dużo w niej porad zdroworozsądkowych, jak choćby we fragmencie o wyposażeniu kuchni (to akurat dziedzina szczególnie mi bliska: nieraz musiałam dawać odpór moim dzieciom, które po obejrzeniu jakiegoś programu w telewizji przekonywały mnie, że te wspaniałe noże albo wyciskarkę do soków, albo inną krajalnicę musimy, ale to po prostu MUSIMY mieć). 
A więc właśnie: porównanie utensyliów kuchennych - tych skomplikowanych oraz znacznie prostszych, które pełnią podobne funkcje, są natomiast łatwiejsze w obsłudze; przegląd naczyń stołowych (tu bardzo trafna obserwacja: wiele z nich kupujemy z myślą, że pewnego dnia zwali się do nas tłum gości, a tak naprawdę przez lata całe spotykamy się z rodziną i przyjaciółmi w gronie kameralnym); przegląd bielizny pościelowej i stołowej; wybór odpowiednich mebli oraz dekoracja wnętrz - autorka zajmuje się najróżniejszymi aspektami urządzania domu, wiele zaś jej uwag jest rzeczywiście trafnych. Potem przechodzi do przedmiotów osobistego użytku, ubrań, kosmetyków, no i książek. Tu akurat głęboko się z panią Loreau nie zgadzam. Może dlatego, że niedawno oddałam - wraz z innymi książkami - pewną publikację o magii drogich kamieni i klejnotów. Nie zaglądałam do niej od lat, a teraz akurat bardzo by mi się przydała. Surfowanie w sieci, żeby przypomnieć sobie pewne sprawy, nie przyniosło pożądanych wyników; trafiałam na same dyrdymały. Morał: książek się nie oddaje. Chyba że to harlequiny albo beletrystyka, którą można znaleźć w każdej bibliotece. 
Do tego dochodzi garść porad, w jaki sposób zabrać się za zmniejszanie naszego stanu posiadania. Znów zgodnie ze zdrowym rozsądkiem: zaczynać od obszarów niewielkich, czyli szuflady albo wręcz pudełka z rupieciami, stopniowo przechodząc do większych mebli i całych pomieszczeń. A rzeczy zbędne segregować, dzieląc na te do wyrzucenia, do rozdania, do sprzedania... Plus jeszcze grupa do przemyślenia, jeśli nie jesteśmy całkiem pewni, co z niektórymi zrobić.

Prawdę mówiąc, powstał w ten sposób całkiem użyteczny poradnik pani domu, niekoniecznie minimalistki i bynajmniej  nie perfekcyjnej, lecz troszczącej się o ergonomię gospodarstwa domowego, o jego jak najlepszą organizację. Dlatego jest to książka warta polecenia nie tyle dla świadomych swego minimalistów - ci mają już własne sposoby radzenia sobie z nadmiarem przedmiotów - ile raczej dla osób, które albo zaczynają urządzać własne mieszkanie czy nawet dom, albo też postanowiły, że od bałaganu i chaosu przejdą do jakiego takiego ładu i potrzebują w tym wsparcia oraz planu.
Oczywiście, jak zawsze u Dominique Loreau, tak i w Sztuce minimalizmu znajdziemy sporo odniesień do filozofii zen oraz kultury Japonii. Ale, prawdę mówiąc, część poradnikowa kojarzyła mi się z odnalezioną w biblioteczce  mojej mamy publikacją Ireny Gumowskiej Dom bez tajemnic (Warszawa 1990, wyd. Alfa). Wprawdzie książki powstawały w różnym czasie, odmienna jest ich otoczka kulturowa, a i zakres poruszanych spraw trochę się różni, lecz obie autorki prezentują bardzo podobną postawę wobec rzeczywistości: racjonalną i pragmatyczną, nastawioną na stworzenie otoczenia wygodnego i mało absorbującego.  
Generalnie - warto przeczytać i wykorzystać rady. A jeśli ktoś nie zna innych książek Dominique Loreau, ta jedna wystarcza, żeby poznać poglądy minimalistycznej guru. Przydatna też na prezent - może skłonić obdarowanego do refleksji.


13 komentarzy:

  1. Zgadzam się z tobą, że książka ta jest powtórzeniem poprzednich w innym ujęciu. Francuski oryginał został wydany już kilka lat temu. Wydano też kilka innych książek pani Loreau, ale nic nowego w nich nie znalazłam. Niemniej jednak dla "początkujących" każda z nich będzie dobra (no może poza książką o deszczu i poezji). Na luty zapowiedziana jest nowa pozycja wydawnicza pani Loreau ... Nie spodziewam się jakichś rewelacji, ale na pewno przeczytam z ciekawości. Mam jednak wrażenie, że takiej rewelacji jak pierwsza "Sztuka prostoty" nie dane nam już będzie doświadczyć... Czyżby wszystkie aspekty tematu zostały już opisane?
    Pozdrawiam
    Nika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie "Sztuka prostoty" rzeczywiście była rewelacją. Kupiłam ją po przeczytaniu artykułu, bo nawet nie recenzji, bodajże w "Wysokich obcasach"; zamawiałam przez amazon.fr, gdyż nie było jeszcze polskiego tłumaczenia. A czy wszystkie aspekty tematu zostały opisane? Może z punktu widzenia pani Loreau :) Ja nie śledzę dokładnie literatury na temat minimalizmu, więc nie wiem, czy ktoś już o tym pisał, ale ciekawie byłoby przeczytać o minimalizmie w perspektywie bardziej europejskiej, czy nawet stricte chrześcijańskiej (a materiał przecież jest, nie trzeba sięgać do zen i kultury Dalekiego Wschodu).
      A kolejną książkę pani Loreau chętnie przeczytam, lecz może rzeczywiście nie o deszczu i poezji... Chociaż nie mam nic przeciwko jednemu ani drugiemu :)
      Pozdrowienia!
      Rubia

      Usuń
    2. Jeśli chcesz to mogę ci podrzucić te najnowsza jak się już ukaże we Francji pod koniec lutego, bo będę po 10 marca w Warszawie... w razie czego daj znać mailowo na notatkiniki@gmail.com.
      Perspektywa europejska i spojrzenie z takiego punktu widzenia byłoby ciekawe. Może kiedyś ktoś się zdecyduje na napisanie...
      Pozdrawiam
      Nika

      Usuń
    3. Piękne dzięki, jeśli będzie warta przeczytania, to na pewno się porozumiemy :)
      Pozdrowienia
      Rubia

      Usuń
  2. Bardzo podobało mi się wydanie tej książki, ale nie sięgnęłam po nią. Sztuka prostoty i sztuka umiaru bardzo mi się podobały (pisałam też o tym u siebie). Autorka ma pewien szczególny dar pisania słowem, które wywołuje takie uczucie spokoju (chociaż może lepiej napisać, że tłumaczka uznała prawdopodobnie tę cechę autorki jako dominantę i po prostu (jakby to było takie łatwe) odtworzyła ją w polskim tłumaczeniu).
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może tłumaczce odpowiadał taki właśnie spokojny, niespieszny styl narracji, więc starała się zachować go w tłumaczeniu. Zresztą, sam temat do tego skłania - dramatyczna ekspresja chyba nie byłaby tu stosowna :)

      Pozdrawiam i ja
      R.

      Usuń
  3. to chyba najładniej wydana książka z jaką miałam kontakt od lat :) dla siebie nie kupiłam, ale przeczytałam. wydaje mi się, że powinna pojawić się na rynku jako pierwsza, bo jest najbardziej esencjalna. sztuka prostoty faktycznie dokonała wielu zmian w moim postrzeganiu świata, ale sztuka minimalizmu jest lepiej napisana, w tej pierwszej denerwował mnie dosyć ten autorytatywny ton i wyliczanie ile sztuk czego powinna mieć "prawdziwa kobieta" :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście, jest bardzo ładnie wydana, chwała za to graficzce, Izabeli Rogowicz. A w Sztuce prostoty trochę drażniące były te rozważania o luksusie i najwyższej jakości nielicznych przedmiotów, jakie należy posiadać. Teraz pani Loreau uwzględnia chyba również czytelników o przeciętnych dochodach :)

      Usuń
    2. moim zdaniem akurat luksus i bardzo drogie przedmioty nijak się mają do minimalizmu, bo generują przywiązanie do tych cennych przedmiotów. trzeba faktycznie spać na pieniądzach, żeby nie przejmowac się, że ta torebka za kilkanaście tysięcy może się zniszczyć, poplamić, zaginąć itp.
      osobiście wolę mieć torebkę, którą mogę rzucić na podłogę w kawiarni, nie robić dramatu bo pękł w niej kubek z kefirem i nie dostawać zawału bo zrobiłam wielką krechę długopisem nie wiadomo jak i kiedy. to czy coś nam służy przez lata nie zależy tylko i wyłącznie od wysokiej jakości, ale tez od przypadku.

      Usuń
    3. Przypomniał mi się płaszcz, którego nie kupiłam sobie w Niemczech: przepiękna jasnobeżowa wełna z alpaki, z jedwabistym połyskiem. Nawet mocno przeceniony, nadal był drogi, lecz w zasięgu moich możliwości. Długość miał trochę nad kostkę i wyobraziłam sobie, jak w Warszawie zamiatam nim podłogę w autobusie albo brnę przez ulice pełne topniejącego śniegu :)

      Usuń
  4. mistrzami minimalizmu (chyba, że są manelarzami)są/muszą być mieszkańcy małych mieszkań, moje 19m2 zmusza mnie do usuwania róznych rzeczy, w tym książek - zawsze mogę pójśc do biblioteki, a sklep dobroczynny i świadomośc przemijania bardzo mi pomagają w uprawianiu minimalizmu, pozdrawiam Irena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mały metraż niewątpliwie skłania do minimalizmu. A sklep dobroczynny to bardzo dobra meta dla zbędnych przedmiotów, przynajmniej jeszcze się komuś przydadzą :)
      Pozdrowienia!
      R.

      Usuń
  5. Ja czytałam sztuke prostoty i bardzo mi się podobała, bardzo mi pomogła :) Czytałam ją 2 razy i pewnie jeszcze przeczytam!
    Pozdrawiam
    Agga

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...