niedziela, 3 marca 2013

Co na siebie włożyć



Kiedy nadchodzi zmiana sezonów i z ciekawością zaczynamy wypatrywać, co nowego dzieje się w modzie, wtedy w licznych prezentacjach i komentarzach jak bumerang powraca słowo styl, odmieniane przez wszystkie przypadki.  Styl lat 50. i 80., romantyczny i nostalgiczny, etno i vintage, hipster i safari, dla każdego coś miłego i ładnego. Styl, stylizacje, kreatywność i kreacje, a przede wszystkim osobowość, której odbiciem jest styl własny, ten najbardziej pożądany.
No dobrze, fajnie jest na tych wyżynach, ale ja schodzę do parteru.



Moja mama miała kuzyna krawca, bardzo zresztą biegłego w swoim fachu. Kiedy szła do jego pracowni, często jej towarzyszyłam. Wybierając z radością rozmaite gałganki (moje lalki miały potem wspaniałe stroje!) słuchałam, o czym rozmawiają. Były to rozmowy o ciuchach, które mama zamawiała, o modzie w ogóle, ale zadziwiająco często powracała w nich kwestia materiałów, z których będzie się szyło to czy tamto. Nawet podszewki warte były starannego omówienia.
Wyrastałam więc w przekonaniu, że tkanina to grunt. I, prawdę mówiąc, nadal tak uważam.

Kupując gotowe rzeczy, możliwości mamy ograniczone. Jeśli okaże się, że piękny na oko szafirowy żakiecik został uszyty z marnej mieszanki poliestru z wiskozą, to nie poprosimy o taki sam, ale z wełenki ze znakiem Woolmarku. Z drugiej strony, ilość rodzajów tkanin jest w tej chwili większa, niż kiedykolwiek i wiele rzeczy  utrzymanych w tym samym stylu różni się od siebie głównie rodzajem materiału.
W wielu poradnikach kwestia ta jest zbywana krótkim stwierdzeniem, że należy wybierać odzież w dobrym albo wręcz doskonałym gatunku, uszytą z tkanin wysokiej jakości.
Świetnie, ale cóż to właściwie jest, owa jakość?
Inne są kryteria towaroznawców, inne zwykłych użytkowników;  brak jest obiektywnych parametrów. Nie da się nawet powiedzieć, że gwarancją najwyższej jakości są tkaniny w 100% naturalne. Wełna wełnie nierówna, podobnie jedwab jedwabiowi, a dodatek włókien sztucznych albo syntetycznych często poprawia walory użytkowe tych naturalnych (czysty len, na przykład, straszliwie się gniecie i wypycha). Można powiedzieć, że tkanina powinna być jak najlepiej dostosowana do funkcji, jaką spełnia ubranie. Wiadomo, o co chodzi, jeśli mówimy o odzieży sportowej czy innej specjalnego przeznaczenia, takiej chociażby jak płaszcze i kurtki przeciwdeszczowe, lecz co to oznacza w przypadku zwykłej sukienki albo żakietu?

Ponieważ wszystko, co zgromadziłam w szafie, będę nosiła na własnym grzbiecie, wypracowałam sobie parę prywatnych zasad oceny. Nie ma to nic wspólnego z klasyfikacjami w podręcznikach towaroznawstwa, decydują odczucia czysto subiektywne. Ciuch kupuję wtedy, kiedy tkanina, z której został uszyty, jest:
1. Przyjemna w dotyku. Nie tylko materiały szorstkie i drapiące, ale również niektóre gładkie, a zwłaszcza śliskie, potrafią być nieprzyjemne w kontakcie ze skórą. Do tego czasem się elektryzują. Tutaj sprawa jest prosta: zamykam oczy i sprawdzam.  Nie pasuje mi na dotyk – nie kupuję, choćby rzecz miała świetny kolor i fason. Własna skóra nie jest od tego, żeby ją męczyć.
Dotykiem można wyczuć również sprężystość dzianin wełnianych i bawełnianych, a więc ocenić, czy dobrze rokują, czy może po paru tygodniach noszenia rozlezą się w bezkształtną szmatę.
2. Przewiewna albo „oddychająca”. Ja akurat bardzo lubię upały i właściwie nigdy nie jest mi za gorąco, co nie znaczy, że lubię gotować się w sukience nie przepuszczającej powietrza. Tutaj szybkiego testu przeprowadzić się nie da, ale przy odrobinie doświadczenia można wyczuć, jakie są rokowania. Poza tym wiadomo, że włókna naturalne mają dobrą przepuszczalność, więc metka ze składem mówi wiele. Ważne: w ciuchach „złożonych” liczy się również podszewka. Nigdy nie kupuję żakietów ani spódnic z podszewką ze stylonu (nylonu, innych poliamidów). Wyjątkowo paskudne włókno.
3. Funkcjonalna, czyli niemnąca. To ma znaczenie przede wszystkim dla osób, które muszą wyjeżdżać w sprawach zawodowych. Zawsze mam w szafie parę rzeczy, które się nie gniotą. Owszem, potrafię w hotelu, metodą parówki, wyprostować zagniecenia na spódnicy ze 100% wełny (nie wożę ze sobą żelazka), wolę jednak kilka dyżurnych pewniaków (żakiet, spodnie, spódnica), które można założyć bez wcześniejszych przygotowań. W tej roli syntetyki sprawdzają się lepiej, niż włókna naturalne – trudno, czasem trzeba zrezygnować z naturalności, łatwość obsługi też się liczy. Poza tym mam wtedy pewność, że pod koniec dnia spędzonego na krześle, za stołem, w samochodzie, jeszcze będę wyglądała jako tako.
4. Lekka. Dotyczy to zwłaszcza okryć zimowych. Bardzo lubię wełny i chętnie je noszę, ale nie w postaci solidnie ocieplanego paltotu z lodenu. To za dużo, jak na mój grzbiet. Płaszcz bez żadnego ocieplenia zostawiam na wiosnę i jesień –  przyjemnie jest chodzić w miękkiej, dobrze układającej się wełnie – a zimą najchętniej zakładam kurtki z czegoś lekkiego, nieprzemakalnego i ocieplanego puchatym wkładem. Tutaj jednak również przyznaję pierwszeństwo syntetykom.
Wyszukiwanie tkanin dobrej jakości ma znaczenie przede wszystkim wówczas, kiedy kupujemy ciuchy bazowe, które będą nam długo służyły. Przy hitach jednego sezonu niektóre wymagania można sobie odpuścić (że kolor się spierze? Trudno, w następne wakacje już tego nie założę), chociaż kontakt ze skórą i przewiewność zawsze się liczą.

Na razie jeszcze chłodno jest, więc w tej aurze przedwiośnia rozwinę pochwałę wełny, która w naszym klimacie jest materiałem chyba najbardziej wszechstronnym. Cienkie, półprzezroczyste żorżety i krepy  znakomicie nadają się na letnie sukienki. Grubsze tweedy, bostony albo tenisy na żakiety, spodnie, spódnice, a  mięsiste, włochate flausze i sukna – na kurtki i płaszcze. Różnorodność gatunków tkanin wełnianych jest ogromna; na szczęście projektanci potrafią z niej korzystać, serwując również – szkoda, że zbyt rzadko – mieszanki wełny z lnem albo jedwabiem.
Wełna jest przewiewna, dobrze się układa, a ponieważ jest również sprężysta, więc wszystkie zagniecenia łatwo się prasują, a czasem nawet prostują same w gorącej parówce.
Kolorów i wzorów wśród wełen jest mnóstwo. Podobają mi się niestandardowe wersje kolorystyczne tradycyjnych materiałów, na przykład tweedowe jodełki o intensywnych barwach: rdzawo-pomarańczowa, czarno-czerwona (daje to efekt burgunda), ciemnozielona z turkusem.  Kurza stopka szafirowo-czarna.  Szmaragdowo-turkusowy wzór paisley na czarnym tle. Niby klasyka, lecz odmienna i wcale nie nudna.
Do tego dochodzą jeszcze dzianiny, i te gotowe, i własnoręcznie udziergane. Alpaka, kaszmir (jeśli prawdziwy – to z wełny kóz tybetańskich!), angora… Do wyboru, do koloru, wełna jest królową tkanin, nawet nie musi być złotą nicią przetykana.
Oprócz tylu zalet, wełna ma jedyną chyba, chociaż niebagatelną wadę: przy praniu wymaga wielkiej staranności i specjalnych zabiegów. Albo czyszczenia w pralni. Trudno, nie jest doskonałością, trzeba się z tym pogodzić. I tak pozostaje jednym z najlepszych wynalazków ludzkości. 

Rubia

4 komentarze:

  1. Kocham wełnę, zwłaszcza delikatne merynosy (nawet na gołe ciało). Loden - mam jeden ciuch, jest niesamowicie ciepły, bo to wełna jakby sfilcowana i nie przepuszcza wiatru. Ale nie płaszcz, tylko krótsza kapota - płaszcz rzeczywiście ważyłby wiele.
    Chciałam przy okazji zapytać - jakie podszewki, poza jedwabiem, są godne polecenia? Widzę często w lepszych gatunkowo ubraniach podszewki z acetatu. Czy to dobre włókno?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Acetat, podobnie jak wiskoza, zaliczany jest do włókien celulozowych, nie jest więc syntetykiem. Jest przepuszczalny i niekurczliwy, ubrania z taką podszewką można nawet prać w ręku, jeśli tkanina wierzchnia na to pozwala.Pewnie, że dużo zależy od jakości konkretnej tkaniny (acetat może też być łączony z innymi włóknami, np. poliestrem), ale generalnie - nie jest zły i można nosić bez obaw :)

      Usuń
  2. Też mam takie kryteria wyboru. Są bardzo przydatne: mało prasowania, mało ciężaru, a w ubrania można się wtulać.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...