sobota, 30 marca 2013

Pieśń palestyńska

Ostatni wpis w miesiącu, czyli powinnam wrzucić coś o kulturze, a właściwie muzyce, bo o niej lubię pis. A tymczasem mamy święto, i to o dużym ciężarze gatunkowym. Nie, nie będę zajmować się muzyką religijną, chociaż ta jest bardzo związana z Wielkim Tygodniem. W ogóle nie słucham muzyki sakralnej w domu i generalnie, nie są to moje regiony. Ale czasem w codzienność wplatają się pewne wątki, prowadzące myśl i wyobraźnię gdzieś daleko. I wtedy muzyka może być przewodnikiem.
Do świata odległego, lecz równocześnie dobrze znanego kieruje Palaestinalied, czyli  Pieśń palestyńska Waltera von der Vogelweide, o którym pisałam przy innej okazji [KLIK]; chyba najbardziej popularna z całej jego spuścizny. Religijna, lecz nie do końca. Jest to pieśń pielgrzyma, który spełnił swe największe marzenie i dotarł do Ziemi Świętej, ziemi prawdziwie cudownych wydarzeń, gdzie rozgrywała się - i nadal rozgrywa - historia Bożych planów wobec świata, przypominana przez kolejne wydarzenia z życia Zbawiciela.
Palaestinalied uważana jest czasem za zachętę do udziału w V wyprawie krzyżowej, ogłoszonej w roku 1217. Miał w niej uczestniczyć późniejszy cesarz Fryderyk II Hohenstauf, który wszakże ociągał się, jak tylko mógł. W samym tekście też raczej trudno doszukać się wojennego zapału. W trzynastej, ostatniej strofie, mowa jest o tym, że wyznawcy trzech religii uważają tę ziemię za świętą, Bóg jednak powierzył ją chrześcijanom, do nich więc ona należy. Pogląd w średniowieczu tyleż powszechny, co umiarkowany. Na pewno nie jest to bojowa pieśń rycerzy, lecz właśnie pielgrzymów, dla których najważniejszy był religijny charakter peregrynacji.
Spośród trzynastu strof siedem uważanych jest za bezsporne dzieło Waltera von der Vogelweide, pozostałe dodawano do nich później.
Utwór ten - razem z notacją muzyczną - został zapisany w Carmina burana, a potem w kilku innych kodeksach. Ponieważ szczęśliwie przetrwał nie tylko tekst, lecz również towarzysząca mu melodia, Palaestinalied należy do najczęściej wykonywanych utworów średniowiecznych. W Niemczech to wręcz przebój z epoki; każda grupa, nawet metalowa, jeśli tylko sięga do repertuaru z tych odległych czasów, musi ją zaśpiewać. Stąd mnogość interpretacji, niezwykle różnych  w klimacie.
Najpierw wykonanie zespołu Estampie - bardzo uroczyste. Na tym filmiku służy jak podkład muzyczny do przemarszu miłośników średniowiecza na spotkaniu w Hanowerze. Nic dziwnego, że pochód jest odtwarzany w zwolnionym tempie - muzyka i obraz zostały zsynchronizowane. Czy rzeczywiście Pieśń palestyńska mogła brzmieć tak dostojnie? Tego nie wiemy; średniowieczne zapisy nutowe nic nam nie mówią o tempie utworów. Adagio czy andante? Wykonawcy sami o tym decydowali.  Wersję Estampie nazwałabym klasztorną, ściśle wzorowaną na tradycyjnym wykonawstwie średniowiecznej muzyki religijnej.
Pieśń palestyńską można też śpiewać zupełnie inaczej. Tutaj dosyć dawne nagranie Corvus Corax, z wczesnej płyty Congregatio, kiedy zespół dopiero szukał swej drogi. Muzycy grają na instrumentach z epoki: słychać cytrę, bębny, flet i piszczałki, na początku również szałamaję. Śpiewają chórem, utrzymują szybkie tempo, ostatnia minuta - muzyka już bez tekstu - to wręcz frenetyczny taniec. Łatwo sobie wyobrazić grupę wędrownych grajków na jakimś placyku w Jerozolimie, wśród kręgu pielgrzymów i przypadkowych przechodniów. Czy można wirować w koło przy wtórze pieśni o treściach, bądź co bądź, religijnych? W średniowieczu nie takie rzeczy się zdarzały... 
 
Chłopaki z Corvus Corax kilkakrotnie wracały do utworu Waltera, za każdym razem prezentując aranżację odmienną, jednak  konsekwentnie utrzymaną w konwencji świeckiej pieśni drogi. Tutaj filmik z polskiego turnieju w Liwiu [KLIK]. Nagranie z płyty Ante casu peccati zostało przycięte, pozbawione początku i zakończenia, lecz, jak widać - marszowy rytm, narzucony przez bębny i kołatki dobrze współgra z rycerskimi zabawami. Tak to mogło brzmieć (bo jednak nie wyglądać!) w XIII wieku, gdzieś na kamienistych drogach prowadzących wprost ku złotym kopułom Jerozolimy.
A teraz wersja całkowicie współczesna, zdecydowanie bliższa metalowi, niż interpretacjom historyzującym. Jednak podoba mi się, chyba najbardziej ze wszystkich wykonań, jakie znam. Duża w tym zasługa głosów Marcusa van Langen i Juliane la Fey. Chrapliwy, drapieżny głos męski i miękki, "słowiczy" sopran - taki kontrast zawsze robi wrażenie, tutaj wzmocnione jeszcze przez to, że słowik w pewnej chwili też przeobraża się w drapieżnika. A to wtedy, kiedy zaczyna śpiewać Alte clamat Epicurus, czyli Głośno woła Epikur. To parodia Pieśni palestyńskiej, zapisana już w Carmina burana, a więc współczesna tekstowi Waltera. Starożytny mędrzec przekonuje, że jego bogiem jest brzuch, świątynią zaś - kuchnia pełna wspaniałych zapachów. Czyżby to miała być satyra na leniwe życie mnichów, którzy w klasztorach hołdowali ideałom zupełnie innym, niż pobożne naśladowanie Zbawiciela?
No i jeszcze ostatnia strofa - słuchając van Langena można uwierzyć, że była to pieśń wojowników.

 Te trzy wersje Palaestinalied pokazują, jak bardzo przy aranżacji muzyki liczy się wyobraźnia; rozmaite skojarzenia, przefiltrowane przez osobowości i temperament wykonawców. Wystarczy prosty zapis melodii, niczym cienka nić przewodnia, żeby głosy instrumentów i śpiewaków poprowadziły nas w odmienne strony muzycznego świata.
Marcus van Langen był także autorem pomysłu płyty, na której Pieśń palestyńską śpiewa - strofa po strofie - dwudziestu wykonawców, w tym sam pomysłodawca, Mediaeval Baebes, Corvus Corax. Płytę nagrano w roku 2002, a dochód z jej sprzedaży został przeznaczony dla szpitala Hadassah Medical Center w Jerozolimie, któryw całości utrzymywany jest z datków i przyjmuje pacjentów niezależnie od ich narodowości, religii oraz przynależności państwowej.
I tak się to wszystko splata - średniowiecze i współczesność, religijność i religie, marzenia, uroczysta powaga świąt i łobuzerska kpina z hipokryzji. A muzyka? Na szczęście, może być ponad podziałami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...