sobota, 9 marca 2013

W czym do ludzi

Pamiętam z dzieciństwa, że i mnie, i moją mamę oraz babcię, w niedziele i święta obowiązywał strój świąteczny. W szafie musiały wisieć rzeczy, w których wychodziło się na spacer (potworna nuda!) albo przyjmowało gości. Trzeba było wtedy wyglądać uroczyście i elegancko. Tak naprawdę, wcale tego nie lubiłam. Odświętne ciuszki były ładniejsze od codziennych, ale jak bawić się na podwórku w białej, haftowanej spódniczce i białych podkolanówkach? Nie był to tylko mój problem, większość dziewczynek w niedzielę wyglądała inaczej, ale zadowolenia z tej elegancji starczało na krótko.

W wieku lat nastu odkryłyśmy z koleżankami wygodę ujednolicenia.
Taki był trend. Po co komu ciuchy od święta - drobnomieszczańskie, a może wręcz małomiasteczkowe, sztywne, nudne i w ogóle dobre dla jakichś paniutek z innej epoki? Najważniejsze są przecież dni powszednie i ludzie, których spotykamy na co dzień, w szkole, na sali wykładowej, na imprezach zupełnie niepodobnych do niedzielnych przechadzek albo imienin u cioci. Strój stał się znakiem przynależności do pewnego pokolenia i środowiska, po nim rozpoznawało się swoich. Był też oczywiście wyrazem indywidualnego, czasem pracą rąk własnych osiąganego "stylu", kiedy to szyło się, dziergało, farbowało, żeby uzyskać pożądany efekt. Nie było w nim miejsca na fatałachy przygotowane specjalnie na uroczyste okazje (imprezy sylwestrowe i rozmaite bale przebierańców - częste na studiach - to zupełnie inna sprawa, wymagająca czasem wielkiego zaangażowania). Ze dwie bardziej eleganckie bluzki plus czarna spódnica obsługiwały egzaminy i inne, podobne wydarzenia.
Nawet jednak w strojach codziennych istniała pewna gradacja. Moja mama, kobieta pracująca, po przyjściu z pracy zawsze się przebierała. Nie w szlafrok, ale w rzeczy do chodzenia "po domu". Mnie też do tego namawiała. - Znowu siedzisz w tej spódnicy na podłodze, a jutro na wykłady w niej pójdziesz? Jak ty się ludziom pokażesz? - Podłogi u nas lśniły czystością, ale dla świętego spokoju przebierałam się i ja. Weszło mi to w nawyk i zostało do dziś.
Mama miała więc trzy rodzaje ubrań: świąteczne, codzienne do pracy i domowe. Ja właściwie już tylko dwa: domowe i te "do ludzi" (niby domownik też człowiek, ale więcej zniesie). A teraz czytam tu i ówdzie, że przebieranie się w domowe ciuchy to przeżytek. Zdarzyło mi się również trafić na gorący apel do czytelniczek, żeby, nawet jeśli siedzą cały dzień w domu, ubierały się tak, jakby zaraz miały wyjść na spotkanie. Jest to podobno wyrazem szacunku dla siebie i dla otoczenia - zawsze przecież ktoś niespodziewany może zadzwonić do drzwi - a poza tym, kobieta sukcesu (nieważne, że ten sukces ma dopiero w planach) nie powinna pozwalać sobie na zaniedbanie, nawet we własnych czterech ścianach. Od rana należy wyglądać elegancko i wyjściowo, gdyż to buduje naszą postawę wobec rzeczywistości.
Hmm... Czy rzeczywiście
Powody do zróżnicowania stroju w domu i poza nim widzę dwa. Pierwszy jest czysto praktyczny. Po powrocie z pracy nie będę w wełnianym żakiecie wyrabiała ciasta ani smażyła racuchów. Nie usiądę w czarnej spódnicy na fotelu gdzie wcześniej wylegiwały się dwa koty. No i jak przytulić psa, który właśnie mokry wrócił ze spaceru? Pomijam już fakt, że w pracy nie zamiatam i nie myję podłóg, w domu natomiast cały czas zdarzają się takie sytuacje, do których nie pasują ani wąskie spódnice, ani dopasowane żakiety, ani tym bardziej buty na wysokim obcasie. Te dwie sfery życia różnią się u mnie - a nie jestem tutaj wyjątkiem - na tyle, że nie da się ich obsłużyć tymi samymi ubraniami.
Drugim powodem do przebieranki jest odmienność. Na strój domowy nie składają się przecież ciuchy zbyt znoszone, żeby wyjść w nich pomiędzy ludzi. Ołówkowa spódnica, która okres świetności ma już dawno za sobą, nie stanie się przez to ubiorem do pielenia ogródka, a garsonka na żadnym etapie swojego istnienia nie nadaje się do porządkowania strychu. Tutaj doskonale spisują się rzeczy po prostu inne, luźniejsze i bardziej swobodne. Do pracy nie pójdę w podkoszulku z Garfieldem albo w bermudach w kwiatki. Nie założę ulubionej flanelowej koszuli w jaskrawe, meksykańskie wzory. No i nie każę się podziwiać w polarowej bluzie, chociaż niektóre gatunki polaru są nie tylko ciepłe, lecz i bardzo miłe w dotyku. Tam, gdzie pracuję, właściwie nie obowiązuje ścisły dress code, lecz jednak swoboda ubierania się utrzymywana jest w pewnych ryzach. Ot, taki niepisany zwyczaj, do którego wszyscy się dostosowują.
Dom daje również możliwość  założenia czegoś, co lubimy, a w czym nie wyglądamy super korzystnie. Nie znam takich racjonalistek, które nie miałyby chwili słabości przy kupowaniu strojów. Ja mam - czasem nie mogę się oprzeć i kupuję coś spoza mojej palety barw późnego Lata. Różowy na przykład zdecydowanie nie jest moim kolorem, a jednak mi się podoba. Dlatego świetną różową bluzkę - len z haftem angielskim - noszę wyłącznie w domu, podobnie jak pastelowy sweterek we wzory, obiektywnie ładny, ale w barwach, przy których moja twarz szarzeje i robi się jakaś rozmazana. Zamiast kombinować, jakby tu dodać sobie wyrazistości makijażem, pozwalam się oglądać domownikom jako stwór niedoskonały. A co mi tam, sweterek jest mięciutki i przytulny.

Wiele przemawia za tym, żeby jednak różnicować stroje. Nawet minimalistyczny zestaw garderoby pozwala na taki podział. Dwie pary spodni, miękkich i wygodnych, parę podkoszulków, dwie bluzy czy dwa swetry, skarpetki, tekstylne baleriny - to ani nie ma nic wspólnego z zaniedbaniem i brakiem szacunku dla samej siebie, ani też nie pachnie rozrzutnością. Nasze życie nie jest przecież jednowymiarowe.

Znam osoby bardzo przywiązane do myśli, że one i ich ciuchy to jedność; najlepszy sposób na zaprezentowanie własnej osobowości. Podkreślają więc ulubiony luz wówczas, kiedy wymagany jest strój bardziej formalny, albo, wprost przeciwnie - pojawiają się w bardzo wystudiowanych kreacjach tam, gdzie wszyscy pozostali ubrani są swobodnie. Czy to czemuś szkodzi? Zależy od środowiska i rodzaju spotkania; nie tylko w dyplomacji pożądane jest przestrzeganie pewnych reguł. Generalnie jednak cenna jest tutaj umiejętność elastycznego reagowania, gdyż ubiorem można wyrazić naprawdę wiele. Również i to, że tak naprawdę, wcale nie potrafimy dostosować się do sytuacji. A to już może przysporzyć kłopotów. Bo ubieranie się, przebieranie, dobieranie strojów to wprawdzie konwencja, lecz jedna z tych, które ciągle mają niebagatelne znaczenie. Nawet jeśli w niedzielę już nie trzeba nosić odświętnej sukienki.

3 komentarze:

  1. Także zmieniam ubranie po powrocie do domu. Bo wygodniejsze, a te do wyjścia dzięki temu dlużej przetrwają.
    Natomiast w mentalności niektórych osób przetrwał wiejski zwyczaj paradnej izby, co oznacza pełen "luz" w pozostałych pomieszczeniach i jeden pokój na pokaz.
    I to jest dopiero zabawne. Pozdrawiam Irena

    OdpowiedzUsuń
  2. Również pamiętam czasy, gdy ubrania miałam na niedzielę i dzień powszedni. Mama bardzo tego przestrzegała.
    Mnie natomiast razi luzacki styl np. w operze, teatrze itp. Uważam, że tam powinno się ubrać skromnie, elegancko.
    Oczywiście w domu też się przebieram, ale kupuję wygodne spodnie (ostatnio polubiłam dresowe), bluzki we wzorki. Nie mogę zrozumieć osób, które w domu są ubrane niechlujnie.

    Pozdrawiam - Ela

    OdpowiedzUsuń
  3. A mi sie podoba idea wygladanie elegancko zawsze - zainspirowalam sie w druga strone - zeby zadbac o to jak wygladam w domu. Zazwyczaj to wygodne choc estetyczne dresy - i tak najczesciej widuje mnie maz .

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...