sobota, 6 kwietnia 2013

Buszująca w sieci

Przy okazji ograniczania moich medialnych kontaktów ze światem zastanawiałam się też nad relacjami ja - internet. Pomyślałam, że zanim zacznę bić się w piersi za bezproduktywne skakanie po różnych stronach, najpierw przyjrzę się, w jaki sposób korzystam z tego, co oferuje mi prawie nieskrępowany dostęp do sieci. Oto wyniki tych rozważań.
Sprawy zawodowe. To dosyć oczywiste i nie wymaga długich komentarzy. Zwłaszcza możliwość  (niestety, ciągle jeszcze limitowana) sięgnięcia do zasobów różnych bibliotek i publikacji on line - bezcenna.
Informacje bieżące. Sprawdzam, co dzieje się na świecie, w kraju, w mieście. Też oczywista oczywistość dla kogoś, kto nie ogląda telewizji, a w radiu słucha głównie dwójki. Czasem czytuję również artykuły w tygodnikach. Nie skusiłam się na abonament Piano. 
Kultura, rozrywka. Filmów i seriali w necie nie oglądam. Jedynym chyba filmem, jaki obejrzałam w całości, było Siedmiu krasnoludków - historia prawdziwa (młodszy syn nie mógł pojąć, dlaczego zarykuję się śmiechem w zupełnie innych miejscach, niż on). Właściwie nie wiem, czemu nie korzystam z tej ścieżki dostępu do różnych dóbr medialnych, tym bardziej, że oglądam płyty DVD i nie przeszkadza mi stosunkowo niewielki ekran laptopa. Iplę moi synowie zainstalowali na wszystkich domowych komputerach. A jednak jakoś nie. Nie mam natomiast oporów przed wyszukiwaniem muzyki. Dzięki You Tube natrafiłam na parę świetnych zespołów, do których raczej nie dotarłabym w inny sposób, gdyż działają w niszach, do tego poza Polską; u nas właściwie nieznane. Ale płyty kupuję i tak, nawet jeśli w sieci są dostępne w całości. Na YT nie mam własnego konta. Nie jestem aż taka kreatywna, żeby coś tam wrzucać. 
Odwiedzam serwis Culture.pl. Informacje tam są skondensowane, lecz uzupełniane na bieżąco. Jako pierwsze źródło wiadomości o rozmaitych wydarzeniach - miejsce ważne.
Zakupy. Najbardziej okazałym nabytkiem via internet była komoda z lat trzydziestych. Najwyższym - regały do pokoju bibliotecznego. Najdelikatniejszym - sadzonki żółtych fiołków. Najbardziej sentymentalnym - jabłonka glogerówka, jaką pamiętam z ogrodu dziadków. Kupiona w szkółce, która zajmuje się hodowlą dawnych odmian, dotarła nieuszkodzona i przyjęła się bez problemów.
Generalnie, mam prawie same dobre doświadczenia z kupowaniem w sieci. Jeśli chodzi o meble i inne sprzęty (lampy, zegary) to znam się na nich na tyle, że wiem, co oznacza stan "dobry" w przypadku przedmiotów sprzed 70-80 lat. Fotografie mi zatem wystarczają, żeby podjąć decyzję. Dosyć ryzykowne mogą wydawać się zakupy roślin, lecz raz tylko natrafiłam na sprzedawcę - ewidentnego naciągacza (sadzonka trawy żubrówki obok prawdziwej żubrówki chyba nawet nie stała). Po asortymencie bez trudu można stwierdzić, czy jest to gospodarstwo ogrodnicze, czy sklep, w którym rośliny są przypadkowym uzupełnieniem oferty, więc ryzyko daje się zminimalizować. 
Najwięcej chyba jednak kupiłam książek, zarówno w księgarniach z bieżącymi publikacjami, jak i w antykwariatach.
Nie kupuję w ten sposób odzieży, obuwia, ani niczego, co trzeba byłoby przymierzyć. Sprzętu elektronicznego również nie. W razie jakichkolwiek kłopotów, wolę reklamację składać na miejscu. 
Zakupy za granicą. Tu na pierwsze miejsce wysuwa się Amazon, źródło zaopatrzenia w książki fachowe, a przy okazji w płyty CD i DVD. Zakupy robię w Europie, zza oceanu nie sprowadzam. Złości mnie, że nie można kupować pojedynczych nagrań z płyt. Koszt - 99 eurocentów i... stop. Plus informacja, że nie ma możliwości przesłania do mojego kraju. A ja bym chciała czasem tylko 2-3 piosenki z całego albumu.
Fora społecznościowe.  Z tym jest różnie. Nie mam konta na Fb, Twitterze, nawet na Naszej Klasie szybko zamknęłam (nie mogłam poradzić sobie z jakąś idiotyczną opcją przekierowywania do mnie wiadomości o tym, co robi kuzynka mojego męża, która ma takie samo imię i nazwisko, jak ja. A kobieta jest upiornie aktywna). Lubię natomiast fora wyraźnie sprofilowane - a to literackie, a to dla miłośników historii [FREHA], a to organowe... Na niektórych czasem się udzielam, na inne wchodzę tylko po to, żeby poczytać.
Blogosfera - tu wszystko wydaje się oczywiste, ale wcale takie nie jest. Mam listę blogów, które chętnie czytam, i są na niej nie tylko te minimalistyczne. Lubię jednak takie, na których jest dużo tekstu. Czyli - długie posty (wyjątek robię dla blogów kulinarnych, gdyż jestem w stanie ogarnąć umysłem wyłącznie przepisy krótkie i proste). U siebie też piszę długie. Cóż, skoro wrzucam jeden post w tygodniu, to nie po to, żeby poinformować, że kupiłam nową parę butów. Blog to blog, a nie Twitter. Chętnie podczytuję różne kobiece blogi o życiu. Oraz takie bardziej wyspecjalizowane. Na te o modzie prawie nie zaglądam - może nie miałam szczęścia, żeby trafić na prawdziwie ciekawe, lecz oglądanie ciuchów, które ktoś gdzieś sobie kupił wydaje mi się średnio atrakcyjne. Inaczej z blogami kosmetycznymi - znalazłam parę, których autorki mają rzeczywiście wiedzę fachową i sporo się od nich nauczyłam. Zdecydowanie częściej czytam, niż komentuję, na wielu blogach nie zostawiam śladów swojej obecności.
 No i tak z grubsza wygląda moja aktywność w sieci. Mogłabym tu dorzucić jeszcze trochę działań okazjonalnych, typu: wyszukiwanie hoteli i zamawianie noclegów (chociaż to raczej specjalność męża), sprawdzanie rozkładów jazdy, adresów, godzin otwarcia...
Chyba nie mam zadatków na siecioholiczkę. Pewnie, że mniej czasu mogłabym poświęcać na odwiedzanie różnych stron, gdy czeka jakaś pilna praca. Ale... Czym się to właściwie różni od sięgnięcia po prasę czy książkę, albo nawet od nagłej potrzeby umycia okna, kiedy trzeba usiąść, dokończyć i wreszcie wysłać zamówiony tekst? Samo buszowanie w sieci nie jest przyczyną odwlekania i przekładania zajęć koniecznych, lecz tylko nową formą procederu doskonale znanego od dawna.
Czy internet kradnie mi czas, przeznaczony na kontakty z ludźmi w realu? A czy rozmowa z niekompetentnym sprzedawcą w księgarni to naprawdę przyjemność dla zmysłów i uczta intelektualna? Wolę już kupić książki on-line i pogadać o nich na forum. Sieć daje możliwość znalezienia sporej grupy ludzi o podobnych zainteresowaniach, co się bardzo liczy, kiedy wśród bliskich znajomych nie ma akurat kogoś, kto hodowałby cytrusy w doniczkach, słuchał grupy Beltaine albo jeździł na festiwale średniowieczne. Praktykowanie minimalizmu też nie jest powszechne, a w grupie zawsze raźniej. Zresztą, w sprzyjających okolicznościach kilka wirtualnych znajomości przerodziło się w realne, do tego całkiem sympatyczne. Internet raczej nie zmienia charakterów.

4 komentarze:

  1. W internecie poznałam kilka sympatycznych osób, a jedna nawet (spoza mojego miasta,) bez prośby z mojej strony, przysłała mi trochę materiałów do kartek świątecznych. Ona robi stroiki i kartki cudeńka, bardzo jestem jej wdzięcnza.
    Trafiły się też napastliwe osobniki ale w realu też miałam z takimi nieprzyjemność się zetknąć. No i w internecie nie jestem narażona na egocentryczny słowotok, zabierający mi czas i energię. Ludzie jednak wolą mówić niż pisać. A nudnego tekstu najwyżej nie czytam.
    Bardzo chwalę sobe wynalazek komputera i internetu.
    pozdrawiam Irena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisanie pochłania więcej energii, niż gadanie, wymaga też większego skupienia i dyscypliny słowa, więc siłą rzeczy słowotok musi zostać poddany jakiejś kontroli :) A gdyby jednak, to łatwiej się od niego odciąć.

      Usuń
  2. Aż trudno sobie wyobrazić jak dawniej żyło się bez Internetu. Wiele codziennych czynności takich jak zakupy, czytanie, publikowanie treści i utrzymywanie znajomości przenieśliśmy do świata wirtualnego.
    Większość czasu zaczynamy spędzać przed maszynami niż w otoczeniu żywych ludzi. Jak się temu lepiej przyjrzeć to może okazać się przerażające.
    Czasem warto się zatrzymać i zastanowić, czy rzeczywiście idzie to w dobrą stronę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kontakty z żywymi ludźmi też mogą być zdawkowe i powierzchowne, więc tu nie widziałabym większej różnicy. Złudzeniem, które może mieć przykre konsekwencje, jest natomiast gromadzenie "przyjaciół" na portalach społecznościowych, bardzo częste zwłaszcza wśród dzieciaków. One jeszcze nie mają pojęcia, że dorzucenie fotki do czyjejś listy tak naprawdę jest gestem bez znaczenia, a jeden dobry kolega czy koleżanka w realu ma większą wartość, niż tłum znajomych z netu.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...