sobota, 20 kwietnia 2013

Podróżny must have czyli minimalizm w walizce


Wiosna, kilka dni wolnych i wyjazd w perspektywie. A w związku z nim standardowe pytanie: co ze sobą zabrać? Jedziemy samochodem, więc niby nie ma wielkiego problemu, lecz  nie chce mi się wozić sterty bagaży. Z drugiej strony, tak naprawdę niezbędne w podróży są tylko dokumenty własne, dokumenty samochodu i karty płatnicze. Takie rozwiązanie wydaje mi się jednak nazbyt radykalne; skarpetki na zmianę wolę zabrać ze sobą, niż kupować gdzieś w drodze.

Z zakupami w czasie wyjazdów zawsze mam kłopot. Wiele ubrań i rzeczy do domu przywiozłam właśnie z podróży, nigdy jednak nie wyjeżdżam specjalnie na shopping.  Nawet w dużych miastach (a ja bardzo lubię odwiedzać duże miasta, małe zresztą też, tak właśnie, jak teraz) niewiele czasu przeznaczam na buszowanie w sklepach. Nie wyruszam zatem w rozwleczonej bluzie od dresu, planując, że zaszaleję sobie i wrócę ach, och, w super ciuchach i całkowicie odmieniona.
Cel wyjazdu - raczej miejski. Długich wypadów w plener nie mamy w planach, chyba żeby tak potraktować  podejście do zamku na wzgórzu. Noclegi w hotelach, nie potrzebujemy więc typowego wyposażenia biwakowego.
Żeby tak jeszcze pogoda dała  się przewidzieć...
W takich warunkach wystarczają najzwyklejsze ciuchy casual. Do walizki trafiają zatem:
Dwie pary spodni - długie płócienne koloru taupe i ciemne dżinsowe  rybaczki. To mój ulubiony fason spodni na wyjazdy letnie. Do nich parę T-shirtów. Jedna bluzka-tunika we wzory, kolorystycznie pasująca do obu par spodni.
Żakiet czy sweter? Raczej żakiet: płócienny, beżowy, bawełna z haftem w tym samym kolorze.
Nie wiem czemu, przed wyjazdem zawsze dopada mnie obawa, że się czymś zachlapię, zaplamię i będę wyglądać jak półtora nieszczęścia. Zaplamić cokolwiek zdarza mi się bardzo rzadko, na ogół w domu, kiedy się kręcę przy kuchni. Wizja soku wiśniowego (porzeczkowy też się sprawdza jako straszak) na bluzce i spodniach jest jednak na tyle sugestywna, że zawsze zabieram na zmianę więcej rzeczy, niż mi potrzeba. Tak na wszelki wypadek. Teraz postanowiłam dać odpór tendencjom katastroficznym, liczba "gór" będzie minimalna.
Trochę bielizny, skarpetki, para cienkich rajstop, piżama.
Buty - dwie pary. Moje ulubione, brązowe lumberjacki z Werony - wyglądają jak baleriny z paskami, ale mają świetną, dość grubą, bardzo elastyczną i przyczepną podeszwę - znakomite na wyjścia w plener. Noszę je do długich spodni. Na zmianę zaś dżinsowe espadryle, gdyż letnie wyjazdy nieodmiennie kojarzą mi się ze szmaciankami na koturnie oklejanym sznurkiem. Bardzo lubię buty na obcasach, a koturn zapewnia mi i odpowiednie ułożenie stopy, i stabilność podparcia. To ważne, kiedy się dużo chodzi.
Klapki pod prysznic - jakiś plastik: czarne paseczki i czarna, twarda podeszwa. Kiedyś przed koncertem w ogrodach Keukenhof  lało tak potwornie, że nie pozostało mi nic innego, jak brnąć przez rozmyte alejki w tych właśnie klapkach; żadne inne buty nie wytrzymałyby błotnej kąpieli. Od tej pory bardzo je lubię: takie niby nic, a jak się wykazały!
I jeszcze coś na wierzch, czyli kurtka - lekka, ciemnoniebieska, dość gruba alcantara na podszewce.
A na wszelki wypadek - płaszcz od deszczu. Kurtka też chroni, lecz na prawdziwie deszczową pogodę się nie nadaje, a ja nie mam przekonania do okryć wielofunkcyjnych, które powinny się sprawdzać w każdych warunkach (wyjątek - zimowe kurtki ocieplane). Od deszczu, to od deszczu, w razie potrzeby założę go na kurtkę. Sięga za kolana, więc spływająca woda nie przemoczy mi spodni, co jest efektem gwarantowanym w przypadku krótszych okryć przeciwdeszczowych. Parasolki nie mam, zawsze mi się wydaje, że potrzebna byłaby do niej trzecia ręka.
Kosmetyczka podróżna, a w niej zestaw też maksymalnie uproszczony.
Od dawna szukałam czegoś, czym dałoby się umyć i ciało, i włosy. I żeby jeszcze nie groziło wylaniem ani nie rozmiękało w mydelniczce. Wreszcie znalazłam, w sklepie internetowym. Syberyjskie mydło kwiatowe: ma postać gęstej pasty koloru kremowego, ładnie pachnie, a do włosów się nadaje, gdyż zamiast typowego dla mydeł wodorotlenku sodu ma w składzie SLES (Sodium Laureth Sulphate), czyli detergent używany w szamponach. Słabo się pieni, myje znakomicie, nie ściąga skóry. Z dużego opakowania przełożyłam część do zakręcanego pojemniczka po jakichś pastylkach. Wyjazdowy hit absolutny.
Nie biorę olejku do mycia twarzy; wystarczą mi chusteczki do demakijażu, a potem hydrolat. Zamiast kremu - serum, tym razem nie własnoręcznie co rano mieszane (zbyt dużo składników musiałabym zabierać), lecz gotowe, znowu z serii syberyjskiej. Serum pod oczy - też kupione. Banalny Rival de Loop z Rossmanna, ale sprawdzony. (Nigdy nie zabieram w podróż kosmetyków nie przetestowanych. Kiedyś w Monachium kupiłam sobie krem dla alergików i potem przez parę dni wyglądałam tak, że się wstydziłam ludziom na oczy pokazać. Dobrze, że byłam wtedy na stypendium i mogłam kryć się w najciemniejszych kątach biblioteki).
Zamiast balsamu do ciała i innych mazideł duża tuba kremu do rąk. Może być wielofunkcyjny, stopy też nim nie pogardzą.
Pasta do zębów, olejek z melisy, trochę organicznego masła shea - i to właściwie wszystko. Nie zabieram kosmetyków kolorowych, poza korektorem w ołówku.
Nawilżone chusteczki sprawdzają się  też w bagażu podręcznym, do przetarcia twarzy czy rąk.
Plaster z opatrunkiem, proszki od bólu głowy, aspiryna. Tfu, tfu, na psa urok.
Małe etui dwudzielne: w jednej części przybory kosmetyczne, czyli pilnik do paznokci, pęseta, nożyczki, a w drugiej - nici, igły, agrafki i inne takie.
Sprzęt rozmaity. Tablet, modem, ładowarka - spakowane do osobnej, małej torebki. Aparat fotograficzny i zapasowy komplet baterii. Ładowarki do baterii nie zabieram, wyjeżdżamy przecież tylko na kilka dni.
Czy to wszystko naprawdę jest mi potrzebne? Poza aparatem, reszta może niekoniecznie... Lubię jednak mieć łączność ze światem.
W tym całym bagażu i tak najważniejsza jest torebka wyjazdowa. Nie noszona na co dzień, listonoszka z grubej skóry, na pasku, średniej wielkości, lecz bardzo pojemna. Kolor - chłodny beż, żeby pasował i do brązów, i do niebieskiego z granatem. Torebka jest świetna, gdyż zamiast podszewki ma wyklejkę (dodatkowo przeszytą) z drugiej warstwy skóry, zupełnie gładkiej.W razie czego, łatwo ją wyczyścić i nie trzeba gimnastykować się z praniem podszewki. Przełożę do niej dokumenty z torebki codziennej, dodam wyjazdowy portfelik - euro zawsze trzymam oddzielnie, żeby nie było zamieszania przy płaceniu - i dorzucę odtwarzacz mp4 (w samochodzie nie mamy radia). Aparat fotograficzny też się zmieści, razem z dodatkowymi bateriami. W ogóle, dużo można w niej upchnąć. To jedyny nowy nabytek przed tym wyjazdem; spodobała mi się już na pierwszy rzut oka, ze względu na kształt i dobre proporcje, a kiedy ją dokładnie obejrzałam, wiedziałam, że to jest to!
Ponieważ droga czeka nas długa, a tylko mąż jest kierowcą, będziemy robić postoje, oczywiście przy autostradach. Gastronomia przydrożna jest, jaka jest, więc na trasie żywimy się sposobem mieszanym: albo coś nam się spodoba i wtedy zamawiamy, albo kupujemy tylko napoje i wyciągamy własne zapasy. Dlatego zabieram też parę podstawowych naczyń z twardego plastiku: dwa talerze, dwa kubki, głęboką miskę, sztućce - wszystko z naszego turystycznego zestawu, kompletowanego, kiedy wyjeżdżaliśmy z dziećmi, często do lasu czy nad wodę. Przywykłam wtedy do samowystarczalności i to mi zostało. Chociaż nie przepadam za wożeniem jedzenia w samochodzie, miskę sałaty z rozmaitościami mogę przygotować w ciągu paru minut, a ponieważ oboje jesteśmy roślinożerni, więc to całkiem niezłe rozwiązanie, kiedy pogoda pozwala na rozłożenie się na jakimś stole na parkingu.
I to właściwie tyle. Nie zabieramy przewodników, gdyż jedziemy w miejsca już nam znane. A  te wszystkie rzeczy? Na tydzień wystarczą całkowicie, na dwa też by wystarczyły. Nie zmieniamy klimatu ani środowiska (miejskiego), więc większość ciuchów należy do stale używanych. Tylko jedna para butów, torebka i naczynia przeznaczone są wyłącznie na wyjazdy.
W ogóle, lubię być w drodze. Liczy się dla mnie nie tylko cel podróży, lecz samo podróżowanie. Tak jakoś... po włóczęgowsku. Może dlatego lubię mieć wszystko ze sobą, daje mi to miłe poczucie niezależności.  Ale równocześnie "wszystko" redukuje się do rzeczy niewielu. Takie pakowanie się przed wyjazdem jest trochę niczym sprawdzian, czego tak naprawdę nam potrzeba. A po powrocie najpewniej okaże się, że i tak zabraliśmy coś, czego w ogóle nie używaliśmy.

6 komentarzy:

  1. Milej podróży i pięknej pogody... :)
    Czy mogłabyś zdradzić w którym sklepie internetowym można dostać owo kwiatowe mydło syberyjskie... Bardzo mnie ono zainteresowało...
    Wiecznie w podróży - "nomadka" Nika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę, tutaj adres sklepu: http://kalina-sklep.pl/ziolowe-kwiatowe-mydlo-do-mycia-ciala-oraz-wlosow-p-366.html. Zastanawiałam się, czy zaryzykować, bo firma rosyjska (kontrola jakości!), ale produkt wydaje mi się bardzo udany. Również serum, o którym pisałam, mam z tej samej serii kosmetyków babuszki Agafii. Wprawdzie ekstrakty ziołowe mogą uczulać nie mniej, niż czysta chemia, ale na mnie jednak te cuda Syberii dobrze działają :)
      Pozdrawiam wędrowniczo!
      R.

      Usuń
  2. Czy ta podróż już w najbliższy majowy długi weekend? Czy mówisz o wyjeździe wakacyjnym?
    Mam podobnie, zawsze biorę trochę za dużo rzeczy, jadąc samochodem, żeby nie przeżywać rozterek, kiedy pogoda nagle się zmieni, a obie pary budów zmoczą :).
    Życzę udanego pakowania i jeszcze przyjemniejszej podróży!
    pozdrawiam serdecznie
    iw

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to już w majowy weekend, krótki wypad do Wiednia i dwóch miasteczek w okolicy. Staram się zwalczać odruch zabierania rzeczy "na wszelki wypadek", ale kiedy nie trzeba nosić całego bagażu na własnym grzbiecie, to jednak kusi, żeby tak się zabezpieczyć na 150%. Właśnie się zastanawiam: a może by tak ciemną sukienkę dorzucić? Do opery się nie wybieramy, ale jakże tak, w takim mieście bez sukienki? :)
      Pozdrowienia!
      R.

      Usuń
  3. jak autem to i sukienka się zmieści :))
    pozdrawiam Irena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwłaszcza że prosta i ciut za kolano, a nie krynolina na obręczach. Wtedy mogłaby się nie zmieścić :D
      Pozdrowienia!
      R.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...