sobota, 25 maja 2013

Maj, miłość, muzyka

Deszcz leje, korony drzew za oknem rozkładają się szeroko, ciężkie od wody, rododendrony lśnią jak polakierowane, a koty szukają skrawka suchego miejsca pod rozłożystą tują. Niezależnie jednak od tego, co właśnie dzieje się za oknem, maj w kulturze europejskiej zawsze był uważany za miesiąc miłości. Wiosna w pełni, ciepłe dni i noce, zapach kwiatów w rozgrzanym powietrzu - idealne warunki, by zmysły i serca rozbudziły się po zimowej drzemce.
Oczywiście, Amor nie próżnował przez cały rok i jego strzały mogły przeszywać serca równie dobrze w lutym, jak w listopadzie. Cała jednak liryka miłosna, poczynając od starożytności, wskazuje, że jeśli poeci w ogóle wiązali swe miłosne uniesienia z jakąkolwiek porą roku, to była nią wiosna, a spośród trzech wiosennych miesięcy najczęściej w poezji przewija się właśnie maj. Nie marzec i kwiecień - na obszarach cieplejszych niż nasz też przecież już zielone i pachnące. Taka jego majowa uroda. Maj miał siłę po prostu magiczną; stąd wybory Królowej Maja i wszystkie obrzędy, splatające ten czas rozkwitu wegetacji z wyraźnym przypływem uczuć.
Gdzie miłość i poezja, tam musi być i muzyka. Liryka i lira nieprzypadkowo mają ten sam źródłosłów.  Spotkania z wybranką na zielonej łące, w ogrodzie, albo choćby tylko porównanie rozwijającego się uczucia do wiosennych kwiatów to temat wdzięczny i podejmowany ciągle na nowo. Tym bardziej, że muzyka często towarzyszyła i kameralnym spotkaniom zakochanych, i zabawom w większym gronie - mniej czy bardziej swobodnym - urządzanym w plenerze. A okazji nie brakowało. Już zamożni mieszkańcy starożytnego Rzymu opuszczali wiosną hałaśliwe i cuchnące miasto i przenosili się do swoich wiejskich siedzib na wzgórzach Lacjum. W średniowieczu przejażdżki poza miasto oraz imprezy w ogrodach (nierzadko ze starannie ułożonym programem) były ulubioną formą rozrywki tych, którzy nie musieli pracować od świtu do wieczora. Bawiono się przy muzyce; arystokraci często utrzymywali własne kapele dworskie, inni natomiast na takie okazje wynajmowali grajków. Oczywiście, umiejętność śpiewu i gry na jakimś instrumencie zawsze była ceniona jako ważna zaleta towarzyska, tak więc nie tylko zawodowcy przykładali się do nauki, żeby potem zagrać i zaśpiewać parę kunsztownych fraz. W zabiegach o względy płci przeciwnej  dawało to parę cennych punktów przewagi nad rywalami. Nad rywalkami również.
Pieśni wiosenno-miłosnych jest mnóstwo. Kiedyś pisałam już o Under der linden Walthera von der Vogelweide [KLIK], więc dzisiaj, bez dłuższych komentarzy, jedno tylko wykonanie, zespołu Estampie i Ensemble fuer fruehe Musik z Augsburga. Takie, powiedziałbym, klasyczne, zgodne z epoką. Sama delikatność i wdzięk. Z płyty A chantar.
A tutaj klimat nieco odmienny, pełen emocji. Z rękopisu Carmina burana wiersz Totus floreo. Wybrany przez Carla Orffa do jego kantaty [KLIK], lecz znany również z wielu innych wykonań.
Tempus est iocundum                          Nadszedł czas radości
o virgines                                             dziewczęcej
modo congaudete                                radujcie się z nami
vos iuvenes                                          młodzieńcy

Oh, oh                                                 Oh, oh 
totus floreo                                          wszystko rozkwita
Iam amore virginali                             wszystko płonie
totus ardeo                                           w miłości lubej
novus novus amor                                w tej miłości, co wiedzie
est quod pereo.                                     do zguby.

W przekładzie Mariana Piechala zanikł bardzo osobisty ton tego wiersza: w oryginale to nie wszystko rozkwita i płonie, a potem ginie z miłości, lecz sam autor (wiem, wiem, podmiot liryczny, lecz niech mi będzie wolno utożsamić go z autorem). Totus floreo - cały rozkwitam. 
Tutaj znowu wykonanie na instrumentach z epoki. Filmik z fragmentami rysunków na marginesach rękopisu iluminowanego, jak na moje wyczucie - angielskiego, z 2. połowy XIII wieku.
Dla porównania - wersja zmodernizowana. Znowu Marcus van Langen i Juliane La Fey, tym razem jako zespół Des Teufels Lockvoegel. Konwencje i konwenanse nie przeszkadzają im nadmiernie. Czuje się w tym pasję, nie tylko muzyczną i nie tylko wiosenną.

Tutaj jeszcze link do filmiku z ich występem na żywo, na ubiegłorocznym Festival Mediaval w Selb we Frankonii. [KLIK]
A teraz - madrygał Now is the Month of Maying w wykonaniu angielskiego zespołu The King's Singers. Ich znakiem firmowym jest śpiew a cappella. Rzecz obecnie bardzo rzadka, traktowana właściwie jedynie jako ciekawostka. W Anglii jednak King's Singers cieszą się dużą popularnością, zasłużoną zresztą, gdyż ich repertuar jest zaskakująco szeroki, a poziom wykonania bardzo dobry. Zwłaszcza kontratenora mają świetnego, lecz dokładniej o nich napiszę przy innej okazji.
I na zakończenie - piękne rondo francuskie z XV wieku. Szukając tego tekstu (byłam ciekawa, skąd pochodzi) odnalazłam go w śpiewniku z Bayeux z roku bodajże 1472. Tutaj jedna zwrotka śpiewana jest nieco inaczej, najwyraźniej chłopaki z Corvus Corax  korzystały z wersji zapisanej w jakimś innym kodeksie. To zresztą często się zdarza. A muzyka? Ta oryginalna raczej nie była tak bogata, na pewno bez tego potężnego bębna w tle, wprowadzającego w pogodną skądinąd piosenkę motyw nieuchwytnego zagrożenia. No, ale Corvus Corax to specjaliści od różnych niekonwencjonalnych brzmień, więc i tu wykorzystują bębny i dudy, czyli instrumentarium, wydawałoby się, mało odpowiednie do pieśni miłosnych. Efekt jednak jest. Nagranie pochodzi z płyty Venus vina musica z roku 2009.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...