niedziela, 5 maja 2013

Minimalizm po niemiecku

 Podobno podróże kształcą, a lektury jeszcze bardziej. Może nie całkiem i nie do końca, lecz poczułam, że mi wiedzy przybyło, kiedy w czasie majowego weekendu, gdzieś w drodze do Wiednia, na stacji benzynowej kupiłam sobie Brigitte woman, miesięcznik, który chętnie czytuję, chociaż jego cena w Polsce to czyste zdzierstwo. A w nim znalazłam artykuł o rezygnacji z posiadania rzeczy. Die neue Lust auf weniger - nowa ochota na mniej. Pisany oczywiście z perspektywy trochę odmiennej niż nasza, polska.
Bo też i Niemcy mają trochę inne doświadczenia. Przede wszystkim - znacznie więcej rzeczy nagromadzonych w domach. Rzeczy zbędnych, nie używanych, kupowanych na zapas. Podobno w statystycznym niemieckim gospodarstwie domowym przeciętna wartość tych zapasów dóbr trwałych wynosi ponad 1000 euro. Rozkład, naturalnie, nie jest równomierny, gdyż w chomikowaniu przodują ludzie starsi. Nieefektywność tej postawy wychodzi na jaw najpóźniej wówczas, gdy trzeba zlikwidować własne gospodarstwo domowe i przenieść się do domu opieki. Należałoby pozbyć się zbędnych rzeczy, ale w jaki sposób? Nawet kościelne organizacje charytatywne zrobiły się wybredne i nie przyjmują wszystkiego, jak leci. Tym bardziej, że wysyłanie np. używanych ubrań z Europy do krajów trzeciego świata skutecznie hamuje rozwój lokalnego przemysłu, więc coraz mniej jest chętnych na ten rodzaj pomocy. Odzież w doskonałym stanie (gdzie znaleźć amatora na nienoszony płaszcz sprzed ćwierć wieku?) trafia zatem na szmaty, a sprzęty gospodarstwa domowego - do sklepów z używanymi rzeczami. Może kupią imigranci, albo znajdą coś dla siebie młodzi miłośnicy stylów lat 70-80-90. Generalnie jednak, ten stan nasycenia obrazuje metafora użyta jako śródtytuł: Konsumpcja dławi własne dzieci.
Receptą na ów przesyt staje się wymiana zarówno dóbr, jak i usług, często z pominięciem obrotu pieniężnego. Korzystać, nie posiadać, albo korzystać wspólnie - te formuły obejmują coraz bardziej różnorodne obszary życia.
Zabierać współpasażerów do auta, kiedy wyrusza się samemu na dłuższą trasę: dzięki temu wykorzystuje się miejsca i dzieli koszty benzyny. Biura pośrednictwa, kojarzące kierowców i potencjalnych pasażerów, są popularne już od dawna. Można w ten sposób również wypożyczyć samochód do jazdy po mieście - nie w firmie rent-a-car, lecz od prywatnego właściciela, który samochodu na razie nie potrzebuje (istnieją dodatkowe ubezpieczenia, które regulują kwestię odpowiedzialności za ewentualne szkody w trakcie takiego użytkowania). Można też znaleźć stałych współpasażerów, którzy o tej samej porze dojeżdżają tą samą trasą do pracy. Albo samemu zostać takim współpasażerem.
Można skorzystać z cudzego mieszkania, wybierając się na urlop, i  zostawić własne do dyspozycji. Albo oferować urlopowiczom choćby tylko jeden pokój. Można wynająć (wydzierżawić?) ogród do uprawy, a plonami podzielić się z właścicielem.
A co z rzeczami? Sprzedawać używane, wymieniać, wypożyczać... Internetowe platformy pośrednictwa mają się znakomicie. Zwłaszcza wypożyczanie cieszy się wzięciem, przede wszystkim wśród młodych. Bo i po co obarczać się sprzętem różnorakim, z którego korzysta się tylko w czasie dwóch tygodni urlopu?

Właściwie nie ma w tych rozwiązaniach nic zaskakująco nowego. Wymiana i wspólne użytkowanie - te formy znane są również i w Polsce; podstawowa różnica dotyczy natomiast stopnia ich powszechności. Wymianę praktykujemy raczej w niewielkim kręgu rodziny i przyjaciół. W mojej rodzinie zawsze krążyły rzeczy dziecięce: moje sukienki - pamiętam, że były bardzo ładne - powędrowały do młodszych kuzynek. Potem oddawaliśmy i przyjmowaliśmy ubrania i niektóre zabawki moich chłopaków. Sama wymieniam się z koleżankami prasą kobiecą i ogrodniczą - nie ma sensu, żebyśmy kupowały te same tytuły. Pożyczam książki i filmy, podobnie robią moi synowie. Dzielę się sadzonkami roślin. Nawet parę mebli wymieniliśmy na inne sprzęty. Kiedy wykańczaliśmy dom, a w tej samej sytuacji znajdowało się ponad pięćdziesiąt rodzin na naszym osiedlu, wzajemna pomoc czy pożyczanie drobnego sprzętu było zjawiskiem naturalnym. Nasza mała betoniarka obsłużyła wtedy chyba pół osiedla, a w końcu odkupił ją ktoś, kto właśnie zaczynał budowę swojego domu. Chociaż, oczywiście, byli i są nadal sąsiedzi, którzy nigdy, nikomu, niczego...
Moja mama, nauczycielka-polonistka, będąc już na emeryturze, przygotowywała dzieci i wnuki sąsiadów do egzaminów. Nieodpłatnie. Sąsiedzi przynosili jej owoce i warzywa z własnej działki, a czasem również przetwory. Nie obowiązywał żaden przelicznik, wszystko odbywało się w ramach stosunków dobrosąsiedzkich.
W obrębie małych wspólnot, wśród ludzi, którzy się znają od lat, taka wędrówka dóbr i usług nie jest niczym niezwykłym i zaprzyjaźnionych sąsiadów o niejedno można poprosić. Zbyt rzadko znajduje to jednak przełożenie na przedsięwzięcia o szerszym zasięgu, które dopiero raczkują. Za mały jeszcze jest u nas kapitał zaufania społecznego, za dużo natomiast irracjonalnych najczęściej lęków, że ktoś obcy chce nas wykorzystać, naciągnąć, albo nawet ograbić. Udostępnić obcym własny dom? Wyobraźnia podsuwa ponure obrazy. Pieniądz uwalnia od podejrzeń, kupowanie jest przejrzyste i wygodne, a do tego nie wymaga wzajemności i wchodzenia w kłopotliwe czasem relacje międzyludzkie. Tyle, że kupując, ciągle obrastamy w dobra wcale nie takie znów niezbędne. 
O kłopotach z wyznaczaniem sobie granic posiadania bardzo interesująco piszą Katrin i Hans Meister w książce Wie viel ist genug? Die Gier und wir (Leopold Stocker Verlag 2013). To jest zresztą książka warta przetłumaczenia na polski, również dlatego, że austriaccy autorzy wyrośli w społeczeństwie wprawdzie znacznie bardziej zasobnym, niż nasze, ale mającym w zasadzie podobne doświadczenia historyczne i podobny stosunek do rzeczywistości. W wielu sprawach ich punkt widzenia jest zdecydowanie bliższy polskiemu, niż amerykański. Dużo miejsca zajmuje w tej pracy kwestia indywidualnej odpowiedzialności oraz umiejętności przeciwstawienia się medialno-reklamowym manipulacjom, które podsycają chciwość i chęć rywalizacji. Wycofanie się z wyścigu, nakładanie sobie świadomych ograniczeń i uważna analiza potrzeb - skąd my to znamy?
Rozważania autorów niemieckojęzycznych sytuują problem nadmiaru w perspektywie ekologicznej i globalnej, zwracając uwagę na pewien dylemat nie do rozwiązania: jeśli ma być dużo i tanio, to na pewno będzie metodą rabunkową, z wykorzystaniem najtańszej siły roboczej i ze stratami dla środowiska. Jak zwykle, gdy wypływają te kwestie, możemy poczuć się bezsilni albo złapani w pułapkę, jako naiwni fantaści, którzy nie liczą się z twardymi realiami ekonomii. A przebudowa światowego systemu ekonomicznego? Czysta utopia. W Polsce nawet myślenie w kategoriach eko ciągle jeszcze wydaje się cokolwiek fanaberyjne.  Chociaż... W drodze powrotnej, nocując w małym hotelu pod Bochnią, miałam okazję przeczytać w łazience wywieszkę wydrukowaną w trzech językach: polskim, angielskim i niemieckim. Obsługa zwracała się do gości z pytaniem, czy przy pobycie dłuższym niż jeden dzień, rzeczywiście potrzebują codziennie świeżych ręczników. Czy też może - zważywszy, ile wody, energii elektrycznej i detergentów pochłania takie pranie we wszystkich hotelach świata - zdecydują się, żeby tego samego ręcznika używać przez kilka dni. Wybór był prosty: ręcznik do wymiany rzuca się na posadzkę, ten do dalszego używania - wiesza na wieszaczku.
Zabawne? Może i tak.Ale jeśli w ten sposób mniej detergentów spłynie do Wisły, Łaby i Dunaju? Myśl globalnie, działaj lokalnie w nowej odsłonie?

4 komentarze:

  1. Nic dodać nic ująć. Kolejny bardzo dobry artykuł. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa :) Również pozdrawiam.
      R.

      Usuń
  2. Bardzo mi się podoba wywieszka w Bochni i ten tok postępowania/myslenia.
    Niemcy gromadzą rzeczy - tu się zdziwiłam, przecież nie mieli PRL-u i braków na rynku.
    Od 30 lat organzuję dress-party, czyli wymianę rzeczy. Ale są osoby uważające, że robię na tym biznes - każdy sądzi według siebie.
    Jest u nas sklep dobroczynny gdzie można podarować różne dobre a niepotrzebne rzeczy.
    Dobre rzeczy znalezione obok śmietnika albo zanoszę do sklepu dobrocz. albo sobie zabieram (jeśli ich potrzebuję) wcale się tego nie wstydząc. Pozdrawiam Irena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że to niemieckie chomikowanie może mieć wiele wspólnego z atrakcyjnością sezonowych wyprzedaży. Bo jeśli pełnowartościową rzecz można kupić za 20 albo 15% pierwotnej ceny, to niełatwo się oprzeć pokusom. Sama kiedyś za 30 marek kupiłam spódnicę, która najpierw kosztowała 300. Tyle, że ją później nosiłam, a nie czciłam jak relikwię :)
      A takie dress-party to świetna impreza, jeśli tylko znajdzie się odpowiednio dużo osób, które chcą się wymieniać.
      Pozdrowienia!
      R.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...