niedziela, 2 czerwca 2013

101 rzeczy lepszych od...

Jeśli myślą, która najbardziej cię zajmuje, jest to, czy wbijesz się w mały rozmiar nowej dostawy w Zarze, to najwyższa pora przewartościować swoje życie.

Nie, nie zamierzam tutaj przekonywać, że sto rzeczy jest lepsze od dwustu rzeczy, a kolekcje Zary mają na nas zgubny wpływ. Jednak wiosna już w pełni, a wiosną zawsze we mnie narasta potrzeba zajęcia się sobą. Na poziomie najbardziej podstawowym, czyli cielesnym.
Nie wymaga to głębokich uzasadnień, przypuszczam, że wiele kobiet tak ma. Kiedy kurtki i ciepłe płaszcze wędrują do szafy, przyglądamy się sobie okiem uważnym i krytycznym. Trzeba się odsłonić, a tu cera jakaś przyszarzała, włosy oklapnięte, no i jeszcze ten niebagatelny stres: zmieścimy się w ubiegłoroczne lekkie ciuchy, czy już trzeba wyruszać na poszukiwanie następnych, o numer większych? W ten sposób obwód talii i bioder zaczyna bardzo pobudzać wyobraźnię: co by tu zrobić, żeby go zmniejszyć o parę centymetrów? A może - fantazjo, nie szalej! - dałoby się wrócić do rozmiaru 36/38 sprzed paru lat?

Przyznam się od razu, że mam sceptyczne podejście do wszelkiego rodzaju diet odchudzających. Z dość prostego powodu: gdyby były naprawdę skuteczne, nie byłoby ich aż tyle. Przy czym myślę tutaj o dietach, których jedynym albo głównym celem jest spadek wagi, nie zaś o stałym sposobie odżywiania się, odmiennym od zasad powszechnie przyjętych. Pomijam więc wegetarianizm, weganizm czy makrobiotykę, gdyż to jednak inna dziedzina
Ponieważ powątpiewam w skuteczność ograniczenia kalorii do 1000 dziennie, nie przekonuje mnie sprawdzanie indeksu glikemicznego ani dostosowywanie posiłków do mojej grupy krwi, z ciekawością sięgnęłam po książkę Mimi Spencer 101 rzeczy lepszych od diety, czyli jak schudnąć bez odchudzania (Wydawnictwo Rodzinne 2011). Czarodziejka jakaś, że składa takie obietnice? Pasjami lubię czytać rozmaite poradniki, chociaż w praktyce wykorzystuję niemal wyłącznie rady ogrodnicze. Wszystkie inne wydają mi się zbyt czaso- i energochłonne, a przy tym  jakoś dziwnie do mnie nie pasują. Cóż, przemodelowanie własnego życia zgodnie z cudzymi wyobrażeniami nie jest zadaniem prostym i, generalnie, chyba niewartym wysiłku.
Tutaj jednak sam tytuł głosi, że żadnej diety nie będzie. A jeśli nie dieta, to w takim razie co?
Znalazły się w tej książce - napisanej lekko, swobodnie i ujawniającej zarówno poczucie humoru autorki, jak i wyraźną dozę ironii oraz autoironii - wskazówki całkiem zdroworozsądkowe, dotyczące rzeczywiście nie takiej czy innej zawartości talerza, lecz trybu życia, który umożliwia zrzucenie zbędnych kilogramów bez efektu jo-jo. Czasem te wskazówki brzmią jak ostrzeżenia mamy: jedz porządne śniadania. Nie napychaj się w pośpiechu byle czym. Gotuj i jedz normalne posiłki, a nie podjadaj. Jadaj zupy. Znane? A jakże, do znudzenia. Czy skuteczne? To zależy. Od tego przede wszystkim, czy będzie się przestrzegało również innych zasad; a tutaj już wkraczają rozmaite ograniczenia. Czyli, na przykład - unikanie okazji do podjadania (żadnych zapasów słodyczy w domu!); wyjścia jedynie do takich restauracji, gdzie można swobodnie zestawiać dania (zrezygnować z sosu majonezowego i wielkiej porcji frytek); odporność na rozmaite kuszące oferty (jeśli zamawiamy kawę, niech to będzie kawa, a nie kawa plus ciastko, dlatego tylko, że akurat jest promocja zestawu).
Lista takich ograniczeń jest całkiem spora, lecz również utrzymana w granicach zdrowego rozsądku. Nie kupować słodzonych napojów, zwłaszcza tych z bąbelkami, mniej gotować, podawać mniejsze porcje i nie dojadać po dzieciach, żeby się "nie zmarnowało".  Da się z tym wszystkim żyć i zrzucić zbędne kilogramy bez wielkiego stresu, chociaż na pewno nie w tempie błyskawicznym. Autorka, na szczęście,  nie obiecuje efektów ekspresowych.
Tak całkowicie mimochodem dowiedziałam się, na czym polega problem z cafe latte, czego wcześniej nie potrafiłam zrozumieć. Chętnie pijam tę kawę i zawsze wydawało mi się, że zalecenia, by jej unikać (ach, jaka kaloryczna!) są zdecydowanie przesadzone. Jak na bilansie kalorycznym dnia może zaważyć szklanka spienionego mleka, niechby nawet pełnotłustego? Bo przecież naparstek espresso, który się do niego dodaje, to zaledwie parę kalorii. A tymczasem, według Mimi Spencer, latte to również bita śmietana oraz syropy smakowe. Rzeczywiście, przy zamawianiu zawsze w pewnym momencie muszę odpowiedzieć: nie, dziękuję, bez żadnych dodatków. Traktuję to jako część rytuału przy kasie. Bita śmietana w aerozolu nieodparcie kojarzy mi się z kremem do golenia, a syropów smakowych też nie lubię. Nie miałam więc pojęcia, że to, co uważam za standardową latte (do takiej zresztą przywykłam we Włoszech), z punktu widzenia dietetyków jest już jej wersją odchudzoną. Tak więc, obie strony mogą mieć czyste sumienie: ja, popijając latte, i specjaliści od odżywiania, przed nią ostrzegając.
101 rzeczy... to jednak książka, w której kwestie związane z jedzeniem zajmują tylko część objętości. Reszta jest poświęcona sprawom, które wyrzeczeń  zasadniczo nie wymagają, a nawet kojarzą się całkiem przyjemnie. Moda, na przykład. Autorka pracowała jako dziennikarka w czasopismach zajmujących się modą, do tego okazjonalnie jako modelka (w rozmiarze 38) i ma zdrowy dystans do wzorców lansowanych przez projektantów i środowisko biznesu odzieżowego. Stawia na indywidualizację: to my wybieramy i nie mamy żadnego obowiązku dostosowywania się do cudzych wyobrażeń o tym, co jest atrakcyjne. Owszem, są pewne zasady, których nie warto ignorować (tu parę wskazówek, co robić, żeby sylwetce dodać optycznej smukłości - nie ma to, jak sztuka iluzji), lecz ubranie jest dla nas, a nie na odwrót. A w razie konieczności warto jednak dobierać dopasowane ciuchy, nie zaś maskujące namioty.
W podejściu Mimi Spencer do spraw związanych z wagą, dietą i aparycją ujmujący jest pewien zdrowy dystans do problemów: każda z nas ma określone, niezmienne warunki wyjściowe: budowę ciała, typ sylwetki, tempo przemiany materii. Ponadto ograniczają nas okoliczności życia i trudno od pracującej matki dwojga dzieci wymagać, żeby dzień zaczynała godzinną rundką wokół parku, zwłaszcza jeśli takowego nie ma w zasięgu wzroku. Trzeba więc wykorzystywać te możliwości, jakie daje codzienność, bez tworzenia jakichś super ambitnych, wręcz heroicznych planów. Korzystać z roweru zamiast samochodu i schodów zamiast windy, przekopać ogródek, jeśli się go ma, posiłki przyrządzać w domu komponując je z prostych składników, wybierać warzywa i owoce zamiast jedzenia śmieciowego. I zajmować się najróżniejszymi sprawami, zamiast kontrolowaniem wagi i obwodu w talii, żeby te parametry nie stały się osią, wokół której kręci się całe nasze życie.
Powiedziałabym, że jest to książka podpowiadająca, jak dokonywać właściwych wyborów, niekoniecznie związanych z jedzeniem, lecz takich, od których zależy nasze dobre samopoczucie, a  wraz z nim - dobre funkcjonowanie w codzienności.

3 komentarze:

  1. Też lubię czytać poradniki i podobnie jak Ty, ślepo w nie nie wierzę/nie stosuję. Czasami jednak potrafią wskazać rozwiązanie trapiącego nas problemu bądź dokształcić w pewnej dziedzinie. Ta książka na pewno trafi na moją listę książek do przeczytania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mnie to cieszy, bo rzeczywiście, warto ją przeczytać :)

      Usuń
    2. nie czytam poradników, jakoś zawsze kompletnie odbiegają od mojego życia i doświadczenia ale to co piszesz o tej książce przemawia do mnie, pozdrawiam Irena

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...