poniedziałek, 15 lipca 2013

Średniowieczni waganci w Bolkowie


Środek miesiąca, więc to nie pora na post muzyczny, lecz piszę, gdyż jest okazja. Na zamku w Bolkowie zakończył się właśnie jubileuszowy, XX Castle party, określany jako dark independent festival. W ciągu dwóch dziesięcioleci z niszowej imprezki rozwinął się w kilkudniowe spotkanie zespołów i miłośników muzyki nurtów rozmaitych, lecz przede wszystkim gothic, cokolwiek ten termin oznacza. W tym roku organizatorzy zaprosili dwa zespoły, które szczególnie lubię, chociaż grają muzykę zupełnie różną: Lacrimosę oraz Corvus Corax.
Szwajcarska Lacrimosa bywa w Polsce często, jest rozpoznawalna i ma grono wiernych fanów. Inaczej, niż Corvus Corax z Berlina. Szkoda, bo to jeden z najlepszych zespołów nurtu neo-średniowiecznego, nie tylko w Niemczech.
Artystom nie należy wierzyć, kiedy mówią o sobie, gdyż potrafią przetwarzać rzeczywistość w sposób bardzo swobodny. Dlatego nie wiem, na ile podkoloryzowana jest historia początków zespołu, o której w wywiadach opowiada wokalista Castus, jeden z założycieli grupy. W każdym razie pomysł, żeby pod koniec lat 80. wędrować pieszo po NRD, wzorem średniowiecznych grajków, z jucznym osłem niosącym w koszach instrumenty, do typowych zachowań na pewno nie należał. Podobnie jak odmowa służby wojskowej i konieczność jej odpracowywania w miejscach rozmaitych, na przykład w prosektorium. Atmosfera i prawo schyłkowej NRD żadnym wolnym duchom nie sprzyjały, więc w roku 1989 chłopakom udało się – przez Węgry i Austrię – uciec do Londynu, skąd wrócili po upadku muru berlińskiego. Ten rok podają jako początek obecnego zespołu.
Twierdzą, że inspiracją jest dla nich średniowiecze, ale zestaw instrumentów mają nietypowy. Czterech albo pięciu dudziarzy w składzie – to się w średniowieczu nie mogło zdarzyć, gdyż nie istniały wówczas jednolite zasady strojenia instrumentów. Gdyby zagrali razem, nie byłaby to muzyka, lecz kakofonia. Do tego, dudy są instrumentem głośnym, który daje się łączyć z niewieloma innymi. Przy nagrywaniu płyt nie ma to większego znaczenia, lecz na koncertach – jak najbardziej. Tak więc, towarzystwem dla dud w Corvus Corax są instrumenty perkusyjne: talerze i bębny, wśród nich wielki davul, a z dętych – różne odmiany szałamai. Taki zestaw bardzo męski, brak w nim łagodnie brzmiących lutni, fletu czy harfy. Wokalista akompaniuje sobie na cister, podobnej do gitary. W zależności od potrzeb, wzbogacają podstawowe instrumentarium o dodatkowe instrumenty, doliczyli się ich w sumie około 40. Nie flirtują z elektroniką ani instrumentami współczesnymi, konsekwentnie trzymają się średniowiecznych, uzupełnianych etnicznymi.
Muzykę grają wyłącznie świecką, bardzo często taneczną, bo też wzorcem są dla nich grupy wędrownych grajków, żonglerów i aktorów, przemierzających drogi średniowiecznej Europy. Tworzą dość swobodne wariacje na temat muzyki zapisanej w kodeksach z epoki, układają też własne kompozycje do średniowiecznej poezji. Pracują zespołowo, nigdy nie podają, kto z nich jest kompozytorem (chociaż mają na koncie dwie płyty z własnymi kompozycjami na orkiestrę symfoniczną i chóry, a to niebagatelna sprawa).
Tak zwana scena średniowieczna ma w Niemczech zaprzysięgłych fanów, chociaż trudno to oczywiście porównywać z popularnością zespołów z nurtu rocka czy popu. Chłopaki z Corvus Corax konsekwentnie robią swoje, czasem tylko przerzucając się na miejski folk (ale to w ramach odrębnego projektu). Jest w tym coś ujmującego, takie upodobanie do muzyki, która nie tylko bardzo odbiega od współczesnych gustów, lecz również i samym wykonawcom narzuca rozmaite ograniczenia. Ich kompozycje - w ramach przyjętej konwencji - okazują się jednak zaskakująco bogate w brzmienia. Co prawda, to Goethe pisał kiedyś, że mistrza poznaje się właśnie wśród ograniczeń, ale czy dzisiaj ktoś bierze to poważnie? 
Tutaj Basileus, średniowieczny taniec dworski, z płyty Seikilos z roku 2002. Corvus Corax to po łacinie kruk, nic więc dziwnego, że ten ptak towarzyszy stale zespołowi i jako emblemat, i ilustracja do ich nagrań.

A teraz nagranie z koncertu, jakość amatorska,  lecz posłuchać warto. Die Klage - Skarga - to wiersz napisany w języku starofrancuskim przez Ryszarda Lwie Serce, króla Anglii, kiedy przebywał w niewoli, uwięziony w czasie powrotu z trzeciej wyprawy krzyżowej. Skargę władcy opuszczonego przez przyjaciół śpiewa Castus Rabensang. Łacińsko-niemiecki pseudonim tłumaczy się jako Czysty Kruczy Śpiew. Ma człowiek pewien dystans do tego, co robi, chociaż na brak głosu na pewno nie może się uskarżać...
A na koniec Sverker z płyty o tym samym tytule, wydanej w roku 2011. Opowieść o szwedzkim królu, który w przeddzien bitwy zaproponował rozejm swojemu królewskiemu przeciwnikowi, gdyż wówczas, gdy władcy prowadzą wojny, muszą cierpieć ich poddani. Muzyka właściwie marszowa, ale pod względem brzmienia - bardzo wyszukana.
No i tak wygląda średniowiecze w wydaniu najzupełniej współczesnym. Na pewno jest w tym coś z eskapizmu: im bardziej odległa epoka, tym łatwiej wybrać z niej tylko te elementy, które się podobają, żeby tworzyć własną baśń o dworskich zabawach, dzielnych rycerzach (przez kilka lat Corvus Corax grał na turniejach rycerskich w Kaltenbergu w Bawarii) i mądrych władcach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...