sobota, 10 sierpnia 2013

Miejskie ogrodnictwo

Właściwie istniało od zawsze. Nawet w gęsto zabudowanych miastach zakładano - nie tylko ozdobne, lecz również użytkowe - ogrody przypałacowe albo klasztorne. Także na tyłach wąskich, długich parceli mieszczących od frontu kamieniczkę często znajdowały się ogródki, i to raczej warzywne, niż kwiatowe. Dopiero w XIX wieku, kiedy centra miast zaczęto wypełniać coraz szczelniej kamienicami, wznosząc oficyny wokół tak zwanych podwórek-studni, przepadła większość tych ogrodów i obecnie można je odnaleźć głównie w zabytkowych zespołach urbanistycznych, otoczonych opieką konserwatorską.
Tak więc zieleń miejska ma teraz charakter ozdobny, natomiast ogródki użytkowe - poza dzielnicami domków jednorodzinnych, gdzie każdy wokół domu może uprawiać wszystko, na co ma ochotę - to przede wszystkim popularne "działki", niegdyś obiekt westchnień wielu mieszczuchów. Były alternatywą dla znacznie droższych i bardziej kłopotliwych w utrzymaniu domków letniskowych na wsi, miłośnikom ogrodnictwa dostarczały mnóstwa satysfakcji, a całym rodzinom - plonów, które wykorzystywano w kuchni.
Nie powinnam pisać o nich w czasie przeszłym, gdyż ogródki działkowe nadal istnieją i mają się całkiem dobrze. I to nie tylko w Polsce, gdzie uchodzą, niesłusznie zresztą, za relikt PRL-u. Moda na eko i zdrowy styl życia  przyniosła ich renesans w Europie. Choćby młodzi Niemcy w dużych miastach, takich jak Kolonia czy Hamburg, na nowo odkryli ogródki pielęgnowane niegdyś przez swych dziadków i zaczęli tam spędzać weekendy. Rozwiązanie bardzo praktyczne, zwłaszcza dla rodzin z małymi dziećmi albo  kiedy ma się dosyć długich tras w samochodzie - na podmiejską działkę można spokojnie dojechać rowerem. Zrzeszenia działkowców postanowiły wówczas złagodzić regulaminy, żeby przyciągnąć jak najwięcej nowych użytkowników. W Hamburgu, na przykład, zezwolono na dowolną wysokość żywopłotów, zamiast obowiązkowego poprzednio 1,5 metra (nie dziwię się, że przy tak szczegółowych przepisach nieszczęsne ogródki zaczęły w pewnym momencie podupadać. Każdy chciałby mieć jednak  trochę swobody na, teoretycznie własnym, kawałku ziemi).
Ta tradycyjna forma miejskiego ogrodnictwa ostatnio przestała wystarczać i w wielu krajach miłośnicy upraw zaczęli zajmować rozmaite nieużytki miejskie, zakładając na nich mniej lub bardziej tymczasowe ogródki, bardzo często warzywne. No cóż, gatunek ludzki zajął się uprawą roślin u samych początków cywilizacji i fakt, że większość z nas mieszka obecnie w miastach, niewiele tu zmienił. Mamy to w genach, po prostu.
W wielu krajach istnieją już grupy, a nawet nieźle zorganizowane stowarzyszenia, zajmujące się ogrodnictwem na najrozmaitszych, nie wykorzystanych skrawkach ziemi: opuszczonych parcelach, zaniedbanych trawnikach, w narożnikach pomiędzy domami. Ten trend nie ominął Polski: w Warszawie działa Miejska Partyzantka Ogrodnicza  [KLIK], w Poznaniu - zielona partyzantka [KLIK], w sieci można trafić na blogi, które propagują te idee. Przy współudziale znajomych i sąsiadów powstają ciągle nowe inicjatywy, bo miejsc do zagospodarowania nie brakuje.
Partyzantka ogrodnicza jest zjawiskiem sympatycznym i mającym wiele sensu: ludzie łączą się w grupy, zmieniają otoczenie, dbają o kawałek wspólnej przestrzeni, upiększają miejsca zaniedbane, przy okazji  edukują dzieci  i dorosłych - uprawa wspólnych zagonków jako sposób spędzania wolnego czasu w mieście to cały szereg zalet. Czy ma ona również wymiar praktyczny?
Tego nie jestem pewna. I gleba, i powietrze w dużych miastach nie sprzyjają sadzeniu warzyw, truskawek, ziół czy innych roślin jadalnych. Osiedla, a nawet podwórka w polskich miastach są praktycznie zapchane samochodami. Nawet w tak zwanych cichych dzielnicach samochody są wszechobecne, a każde ich uruchomienie to duża porcja spalin.Na osiedlu, gdzie mieszkałam z rodzicami, już dawno temu sąsiedzi z parterów ogrodzili całkiem pokaźne pasy terenu i zaczęli coś sobie sadzić. Zamieszania wokół tej samowolki było sporo, protestowali lokatorzy z wyższych pięter, ale w końcu miniogródeczki uchowały się. Rosną w nich kwiaty, czasem krzewy ozdobne. Grządek warzywnych nie widać. Chyba to i lepiej. Kilka albo kilkanaście metrów dalej biegnie chodnik, a wzdłuż niego stoją ciasno upakowane samochody. Wszyscy parkują przy ulicy, a ponieważ bloki mają po 12 pięter, więc i mieszkańców, i samochodów nie brakuje. Nie potrafię wyobrazić sobie zdrowotnych walorów rzodkiewki czy sałaty z takiego ogródka. Nawet wymiana gleby niewiele by dała, gdyż dopływ świeżych spalin jest zapewniony codziennie, przez okrągły rok. Fachowiec radzi, żeby nie jadać niczego, co rośnie bliżej niż 20 m od jezdni, ze względu na obecność ołowiu i metali ciężkich. W dużych kompleksach ogródków działkowych taka odległość to nie problem, ale pośrodku osiedli mieszkaniowych?
Nie liczyłabym więc na jakieś praktyczne efekty tych działań ogrodniczych. Raczej nie warto robić słoiczka konfitur z truskawek wyhodowanych na trawniku. Co innego rośliny ozdobne, wszystko jedno: jednoroczne, byliny czy krzewy; sadząc je, można sobie zaszaleć. Skorzystają z tego nie tylko ludzie. Kiedyś mój syn przyniósł do domu jeża, który wieczorem przechodził (na pasach!) przez dość ruchliwą warszawską ulicę. Czworonożni i skrzydlaci współmieszkańcy też mają swoje prawa. Miejskie ogródki na pewno im się spodobają.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...