wtorek, 20 sierpnia 2013

Zioła w doniczkach

Mogą być też w skrzynkach. To chyba najłatwiejsza forma mini-ogrodnictwa, nie bardziej kłopotliwa, niż hodowanie paprotek czy fikusów, do tego przynosząca realne korzyści. A przy tym - po prostu ładna.
Zioła przyprawowe uprawiam w ogródku, niektóre rosną już od wielu lat, jak chcą, i rozrosły się niczym chwasty. Estragon, na przykład, a hyzop i cząber górski też mu w niczym nie ustępują. Ale żeby nie biegać do ogródka za każdym razem, kiedy potrzebuję paru listków, mam też doniczki z ziołami, ustawione na parapetach w jadalni i w kuchni.

Gotowe sadzonki kupuję wiosną w sklepach ogrodniczych. Kto chce, może zaczynać od wysiewu nasion, lecz ja wolę już podrośnięte roślinki. Czasem kupuję też doniczki z ziołami w hipermarketach. Stamtąd pochodzą na przykład  moja bazylia i lubczyk.
Z lubczykiem to dziwna sprawa. Dostałam od koleżanki piękną sadzonkę - w ogródku jej babci wyrastał na półtora metra. A u mnie nie chciał i z roku na rok stawał się mniejszy, i w ogóle marny. Lubczyk to roślina wieloletnia, więc można różnych cudów próbować. Przesadziłam go w inne miejsce, starannie wymieniłam tam ziemię, podlewałam nawozem (u mnie, na mazowieckim piaseczku, mało co chce rosnąć samo z siebie, poza szczawiem, więc jestem przyzwyczajona do tego, że  trzeba się starać), a lubczyk nic. Nadal marniał. W końcu, kiedy wyjechaliśmy na parę lat do Włoch, przepadł zupełnie.
Teraz rośnie sobie na parapecie. Nie ma imponujących rozmiarów, ale po przesadzeniu do większej doniczki z normalną ziemią do kwiatków (sadzonki i zioła z hipermarketów hodowane są w podłożu torfowym, które nie wystarcza im na długo) rozrósł się bardzo ładnie.  Bazylia nie lubi deszczu, wysiana w ogródku po każdej ulewie dostaje plam i wygląda jak półtora nieszczęścia. W doniczce czuje się bardzo dobrze i z uporem usiłuje kwitnąć, więc uszczykuję jej szczyty pędów. 
Pięknie na parapecie prezentują się owocujące papryczki. Sadzonki kupiłam w OBI, miały włoskie naklejki z nazwą odmiany oraz informacją, że jedna jest dolce (słodka), druga zaś piccante. Na razie różnic w smaku nie czuć. Obie są piccante, i to jak! To właśnie takie papryczki wchodzą w skład włoskich mieszanek przypraw Spaghettata i Arrabiata. Dawkować należy ostrożnie, chyba że ktoś trenuje połykanie ognia. 
W doniczce rośnie także rozmaryn. Zastanawiam się, gdzie mieszkał ten młodzieniec z piosenki O, mój rozmarynie... gdyż u nas rozmaryn raczej nie ma szans, żeby się rozwijać. To roślina śródziemnomorska, zimą w gruncie przemarza, a w donicy kaprysi i też marnieje. Trzeba by mieć coś w rodzaju ogrodu zimowego - na przykład oszkloną, dobrze oświetloną loggię - gdzie w temperaturze do +10 rozmaryn by sobie zimował. Dlatego traktuję go jak roślinę jednoroczną i kupuję małe sadzonki. W sklepach ogrodniczych można trafić na duże doniczki z okazałym, pięknie wyhodowanym rozmarynem, lecz jest to roślina droga i  dużego ryzyka.
Znacznie mniej kłopotliwa jest lawenda, która u mnie rośnie w gruncie. W doniczce hoduję tylko jedną, uformowaną na drzewko. Rozwiązanie właściwie trochę bezsensowne, gdyż lawenda, podobnie jak rozmaryn, ma pędy podsychające u dołu, czyli jej  korona po 2-3 sezonach jest w dolnej części wyłysiała, i nawet przycinanie i formowanie niewiele pomaga. Jednak na schodkach przed wejściem do domu takie drzewko prezentuje się całkiem efektownie, a detali i tak nikt z wchodzących  nie sprawdza.
Przed wejściem stoi też donica z laurem. Kupiłam go jako malutką sadzonkę ze 20 lat temu w Paryżu, wiozłam do domu przemycając przez granice (konwencje sanitarne zabraniały przewozu roślin) i od tego czasu już kilkakrotnie przycinałam, gdyż inaczej nie zmieściłby mi się w domu. Zimuje, tak samo jak drzewko lawendowe, na schodach prowadzących na strych, w pobliżu okna. Laur jest absolutnie niekłopotliwy (pomijając wzrost) i bezproblemowy. Nawet pies nie dał mu rady, chociaż zimą próbował podgryzać gałązki. Uwaga: jego liście wykorzystuje się dopiero po wysuszeniu!
I w ten sposób od ziół w doniczce przeszliśmy do drzew w pojemnikach, bo laur na swobodzie to przecież okazałe drzewo. Taki domowy, ziołowy ogródek jest jednak znacznie bogatszy: w donicach i skrzynkach można uprawiać też kolendrę, oregano, majeranek, tymianek, cząber, hyzop, macierzankę, melisę, miętę, szałwię lekarską... No i oczywiście szczypiorek, szalotkę czy pietruszkę naciową. W odróżnieniu od innych upraw balkonowo - mieszkaniowych, które w warunkach miejskich są raczej ciekawostką, własne przyprawy możemy mieć przez cały rok. Starczy ich dla nas i może nawet będziemy mogli z kimś się podzielić (co prawda, niewielu znam amatorów piekielnej papryczki). Jednoroczne czy wieloletnie, zioła to bardzo wdzięczne rośliny, a do tego przydatne nie tylko w kuchni. Przystrzyc lawendę, zrobić saszetki do szaf albo lawendowy ocet jabłkowy do płukania włosów... Sama przyjemność.

3 komentarze:

  1. Zioła w doniczkach to mój pierwszy cel zaraz po tym jak się wyprowadzę z domu rodzinnego na własne cztery ściany. Jak na razie ogranicza mnie mieszkanie z siostrą w jednym pokoju, która nie przepada za roślinami.

    Pozdrawiam:)
    http://made-in-joy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pech, jeśli siostra nie daje się przekonać... A uprawa ziół wcale nie jest kłopotliwa i sprawia dużo przyjemności.

      Pozdrowienia!

      R.

      Usuń
  2. Uwielbiam mieć zioła w domu, to takie pomocne przy gotowaniu i są o wiele lepsze niż suszone kupcze :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...