środa, 16 października 2013

O swobodzie i innych sprawach

Wyjechaliśmy na parę dni. Niedaleko, tylko do Berlina i w sprawach dosyć błahych. Akurat tak się składa, że chociaż i ja, i mąż nieraz już tam byliśmy, to jednak nigdy razem. Zebrało się więc nam na różne opowiastki; oboje całkiem dobrze pamiętamy czasy, kiedy każdy wyjazd za granicę był przeżyciem nie byle jakim. NRD jawiła się wprawdzie jako kraj dość szary i prowincjonalny, Berlin wschodni miał jednak pewien rozmach. Tuż obok, bo za murem - praktycznie nieprzekraczalnym - mieściła się natomiast enklawa innego świata. Nie wiadomo, czy naprawdę lepszego, lecz na pewno bardziej kolorowego, zamożniejszego, pociągającego swą odmiennością. Podzielone miasto działało na wyobraźnię, stanowiąc również namacalny wręcz dowód, że historia nie jest czymś, co przemija bez śladu.
Po raz pierwszy Berlin zachodni zobaczyłam kilka lat po zjednoczeniu Niemiec.
Wcześniej zdążyłam poznać już rozmaite inne stolice Europy, więc nie zrobił na mnie wrażenia. Zapamiętałam głównie wielki, piaszczysty, rozryty buldożerami plac budowy i drewniane kładki, przez które trzeba było przebrnąć nad wykopami na Potsdamer Platz, żeby dotrzeć do muzeów i bibliotek na Kulturforum. Potem nieraz bywałam w Berlinie w sprawach zawodowych.
No i teraz szłam ponownie przez Potsdamer Platz, po równiutko ułożonych chodnikach, pomiędzy paskudnymi wieżowcami (za gigantyczne pieniądze, wpakowane w zacieranie śladów po przestrzennym rozdarciu miasta władze Berlina naprawdę mogły zafundować mieszkańcom jakąś lepszą architekturę). Pewnie dlatego, że po raz pierwszy byli ze mną mąż i syn, patrzyłam na wszystko świeżym okiem. Kulturforum wydało mi się dziwnie zapyziałe i prowincjonalne, gmachy zaś Staatsbibliothek i Filharmonii Berlińskiej straszyły pokracznością.
I wszystko razem niewarte byłoby opisywania - w końcu nie pojechałam tam, żeby podziwiać współczesną architekturę, o której mam niedobre zdanie - gdyby nie syn, któremu ciągle coś trzeba było wyjaśniać. Dla niego podzielony Berlin to głęboka historia z czasów przed jego urodzeniem, oczywistością jest natomiast paszport w szufladzie, możliwość podróżowania, a także nauka czy praca w innych krajach. Po paru godzinach samodzielnej włóczęgi po mieście pokazał zdjęcia, które zrobił na ulicach: woliera z papugami i bażantami w jakimś zaułku, uliczni grajkowie, chłopaki ćwiczące break dance, dziewczyny siedzące na brzegu fontanny, trochę rzeźb - detalu architektonicznego z zabytkowych budynków...  Odrębność miasta zawierała się w ludziach i szczegółach, wielkomiejskość nie zrobiła na Juniorze żadnego wrażenia. Wszystko normalne, jak w Warszawie, tyle, że linii metra dużo, a takie buty Nike, jakie sobie upatrzył, tańsze, niż u nas.
Kiedy potem siedzieliśmy przed Bramą Brandenburską, czekając na pokaz świateł (w Berlinie trwa właśnie ponaddwutygodniowe święto światła; w dość fantazyjny sposób podświetlane są wieczorami gmachy publiczne i różne monumenty), myślałam o tym, że bardzo łatwo przywykliśmy do pewnych zjawisk, które jeszcze całkiem niedawno wcale nie były oczywiste. Na przykład, do  możliwości swobodnego podróżowania i paszportu, który w większości krajów świata nie wzbudza podejrzliwości służb granicznych. Do karty, którą można zapłacić tam za zakupy. Wiem, do wielu państw potrzeba jeszcze wiz, a i kwestie finansowe odgrywają niebagatelną rolę, lecz - jak mawiała moja mama - pieniądze to tylko pieniądze, zawsze je można zarobić. Do tego dochodzi możliwość dość nieskrępowanego planowania własnej przyszłości. Może w Polsce, może w innym kraju. Owszem, jest kryzys, bezrobocie i często po studiach ląduje się poniżej oczekiwań, na niepewnej posadzie za minimalną płacę, natomiast na emigracji - wiadomo, najłatwiej trafić na zajęcia, które nie odpowiadają miejscowym. No i język trzeba znać. Wszystko to prawda, jak również i to, że nie funkcjonuje obecnie żaden system, który gwarantowałby długoletnie bezpieczeństwo socjalne, natomiast fiskus skutecznie drenuje kieszenie.
Mimo wszystko jednak, żyjemy w lepszej części świata. Zamożniejszej. Bezpieczniejszej. Bardziej przewidywalnej. Takiej, gdzie po stronie "mam" można wpisać nie tylko dobra materialne albo dostępne dla nielicznych przywileje, lecz również swobodę decydowania o sobie. A to jest wartość niezaprzeczalna. Przywykliśmy do niej, spowszedniała nam, a może nawet czasem wydaje się obciążeniem. Ale przecież można z niej korzystać ciągle na nowo. Dla mnie jest to źródło energii odnawialnej. Problemy moje i mojej rodziny są w gruncie rzeczy takie same, jak innych kobiet i innych rodzin w tej części globu, to zaś daje, wbrew pozorom, poczucie bezpieczeństwa. Nareszcie nie musimy się różnić. Pewnie, że chciałabym zarabiać tyle samo, co moi koledzy na porównywalnych stanowiskach w Niemczech czy Francji. Trudno, pewnych ograniczeń nie przeskoczę. Dobrze jednak, że te ograniczenia mają charakter tylko finansowy. Nie mogę w sposób nieskrępowany fruwać sobie po świecie, lecz mogę wyjeżdżać i wracać bez poczucia, że wracam do klatki, w której rządzą inne prawa, niż na zewnątrz. 
Normalnie jest. Czasem myślę, że Junior tego nie docenia. Dla niego tak było zawsze. Nowością jest tylko autostrada, którą można dojechać od Berlina aż do Warszawy, zmieniając kraje w sposób niemal niezauważalny. Bo kiedyś różnica  w jakości dróg jednak mu doskwierała. 
No właśnie. Przywilejem wczesnej młodości jest krótka pamięć i poczucie równości. A Berlin ma też trochę ładnych miejsc. Nie tylko te postmodernistyczne szkarady, stawiane w pośpiechu, byleby czym prędzej zatrzeć ślady podziału.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...