piątek, 29 listopada 2013

Dyskusja o ekspresie, czyli co warto umieć

Przeczytałam niedawno dyskusję  na pewnym forum. Zaczęła się od pytania, czy należy mieć w domu ekspres do kawy, gdyż pani, która zaprosiła gości na przyjęcie, tak się zawstydziła brakiem tego sprzętu, że w końcu kawy im nie podała. Uznała, że zalewanie jej wrzątkiem w szklance nie jest wystarczająco eleganckie, jak na rangę osób zaproszonych. Wolała wymyślić, że zapomniała kupić kawę.
Dyskusja rozwinęła się wielokierunkowo. W zdecydowanej mniejszości była grupa, która uważała, że ekspres w domu jest konieczny. Może niekoniecznie bardzo drogi, raczej średniej klasy, przepływowy, nie ciśnieniowy. Większość osób twierdziła, że kawę można przecież zaparzyć także w kawiarce albo specjalnym dzbanku, który odcedza fusy, kawa więc nie będzie zgrzytać w zębach. Wcale niemało było również dyskutantów, którzy uważali, że jeśli goście chcieli się napić kawy, to mogli to zrobić u siebie w domu, gdyż z wizytą przychodzi się po to, by miło spędzić czas, a nie oczekiwać poczęstunku...

Pomijam kwestię gościnności i wyobrażeń o tym, jak przyjmować ludzi, których się przecież do siebie zaprosiło. Zastanowiła mnie sama sytuacja wyjściowa: albo kawa z ekspresu (jak rozumiem, ciśnieniowego), albo zalewana wrzątkiem w szklance. Relikt PRL-u, uważany za lurę i synonim obciachu.
I tak sobie pomyślałam: a w czasach, kiedy jeszcze nikt nie słyszał o ekspresach, to co? Naprawdę nie można było napić się smacznej, aromatycznej kawy? Skąd w takim razie popularność kawiarń, które były ważnym miejscem życia towarzyskiego już w XIX wieku? A zachwyty naszego wieszcza nad kawą, przyrządzaną przecież na głębokiej prowincji, bo w szlacheckim dworku w Soplicowie? A powszechne przekonanie, że najlepszą kawę od zawsze pijało się w Turcji albo krajach arabskich?
Czy naprawdę o jakości tego, co podamy gościom, decyduje skomplikowany i drogi sprzęt?
Żeby nie było: mam w kuchni nieduży ekspres do kawy w kapsułkach. W domu rzadko pijamy kawę, raz otwarte opakowanie wietrzało, zanim zdążyliśmy je zużyć. Pakowane próżniowo kapsułki są o wiele trwalsze, nie zdarzyło mi się, żebym choć jedną musiała wyrzucić. Ale mam też młynek do kawy oraz tygielek i jeśli zapraszam gości, to serwuję im świeżutką kawę zaparzaną metodą trzykrotnego podgrzewania w tygielku. Trochę to trwa, ale efekt jest.
W ogóle, kiedy zostałam panią na własnych włościach, najpierw nauczyłam się parzyć kawę i herbatę. Jasne, że podstawowe umiejętności wyniosłam z domu, ale poczytałam sobie, pokombinowałam i metodą prób i błędów wymyśliłam mieszankę herbacianą, która mi najbardziej odpowiada, no i przetestowałam różne rodzaje kaw oraz sposoby ich parzenia. Bo jednak gościom należy się filiżanka gorącego napoju, niezależnie, czy ich zaprosiłam z wyprzedzeniem, czy spontanicznie, gdyż rozmowa z sąsiadką przy płocie, o sprawach ogródkowych, nagle rozwinęła się bardzo obiecująco. Różnych rzeczy mogę w domu nie mieć, ale trzymać gości o suchym pysku... No nie.
Tygielek wystarczy. Podobnie, jak wystarcza różny inny sprzęt podstawowy. Bardzo się ucieszyłam, kiedy na pewnym blogu kulinarnym jego autorka napisała, że podaje przepisy na takie ciasta, które można przygotować mając dwie lewe ręce i łyżkę. I rzeczywiście! Szklanka, łyżka i łyżeczka jako miarki, miska i łyżka jako sprzęt - a ciasta wychodzą świetne.
W dzieciństwie, pomagając w kuchni, ubijałam zwykłą, ręczną trzepaczką pianę z białek, kiedy mama albo babcia piekły biszkopt. Moja mama uważała, że również ciasto drożdżowe należy wyrabiać ręcznie, gdyż przygotowane mikserem nigdy nie będzie wystarczająco pulchne. Nigdzie nie jadłam lepszego ciasta drożdżowego, niż upieczone przez moją mamę.
Jako historyk, może mam trochę skrzywiony ogląd rzeczywistości, ale: ludzie zawsze lubili dobrze zjeść i potrafili znakomicie gotować, piec i smażyć, kiedy do dyspozycji mieli tylko kuchnie opalane węglem i żeliwne garnki (wcześniej też, lecz myślę o czasach nam bliższych). Wymagało to jedynie  trochę więcej czasu, uwagi i cierpliwości, niż dzisiaj, kiedy domagamy się  świetnych efektów jak najszybciej i przy minimalnym udziale własnym. Producenci najróżniejszych urządzeń kuchennych umacniają nas w przekonaniu, że bez skomplikowanych technologii się nie da.
Ależ da się, oczywiście, że się da. Pewnie, że bardzo wygodnie jest mieć taki na przykład piekarnik, w którym ustawia się czas pieczenia, temperaturę i nawiew. To naprawdę oszczędza wiele stresu. Nie mam nic przeciwko mikserom i blenderom, parowarom i jogurtownicom. Użyteczne są. Nie zmienia to faktu, że wszystkie właściwie potrawy, a już zwłaszcza napoje, można przygotować, używając naczyń i sprzętów najprostszych. Trzeba się tylko, jak to niegdyś mówiły doświadczone panie domu i nauczycielki - trochę przyłożyć. Opanować minimum umiejętności. W końcu, najlepszą kawę można wypić na arabskim targowisku, parzoną w metalowym dzbanku, ustawionym na palenisku, na blasze wysypanej grubą warstwą piasku.

10 komentarzy:

  1. Nie robiłam jeszcze nigdy kawy w tygielku. Muszę spróbować, choć nie posiadam tygielka - wystarczy garnuszek? ;) Używamy malutkiej kafeterki, którą dostaliśmy w prezencie ślubnym - prosta konstrukcja i - choć poobtłukiwał się dzbanuszek - ciągle sprawna. Ostatnio jednak sparciała uszczelka - i okazało się, że łatwiej będzie chyba kupić nowe urządzonko niż znaleźć po tych kilkunastu latach pasującą uszczelkę. :( Kafeterka jest fajna, bo na sitku zostają w miarę suche fusy, które są świetne jako peeling do ciała - polecam spróbować, po cóż drogie kremy z kofeiną, kiedy można mieć to samo bez zbędnej chemii. ;)
    U nas kawa faktycznie jest głównie dla gości, bo sami zwykle pijemy tylko w weekendy, wybierając się rowerami do jednej z kilku ulubionych kawiarni rozsianych między Górą Kalwarią, Grójcem a Pruszkowem, gdzie przy okazji wcinamy zasłużone ciastka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja właśnie z powodu sparciałej uszczelki nie mogłam korzystać z ekspresu, który mieli moi rodzice. Bardzo był zabawny, wręcz pancerny, z dziwnym kranem, długim, jak w umywalce :) A kawę można parzyć i w garnuszku, to przewężenie tygielka u góry służy chyba wyłącznie do tego, żeby kawa nie tak łatwo z niego uciekała, bo zachowuje się prawie jak kipiące mleko. Dlatego trzeba uważać. No i ziarno musi być zmielone na puch, Taką gotową mieloną warto jeszcze raz wsypać do młynka.
      Też bardzo lubimy kawę plus ciastko w kawiarni, lecz u nas okolica nie obfituje w takie przybytki. Najbliżej nam do Otwocka :)

      Usuń
  2. Witam Rubio
    Trafilam na Twojego bloga kilka dni temu I czytam z zainteresowaniem. Sama posiadam mala maszyne do espresso Bialetti ze stali nierdzewnej ktory produkuje pyszna kawe. Zastanawiam sie nad kupnem maszyny na kapsulki, w lato bylam w Rzymie I mialam w pokoju hotelowym taka maszyne - kawa byla wysmienita.
    Jednak dobra kawe mozna zdecydowanie przygotowac na wiele prostszych sposobow choc znajoma Wloszka twierdzi ze smak nie jest ten sam I ekspresowi cisnieniowemu nic sie nie rowna :)
    Przepraszam za brak polskich znakow ale mieszkam za granica I posiadam angielska klawiature.
    Pozdrawiam
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, Kasiu!
      Mieszkałam przez parę lat we Włoszech i tam, rzeczywiście, bardzo łatwo o świetną kawę, nawet w niedużym barze przy bocznej ulicy. Ekspresy na kapsułki, o ile się nie mylę, też są ciśnieniowe. Ja swój kupiłam ze względu na prostą obsługę i pewność, że nie będę musiała wyrzucać zwietrzałej kawy. Bo kłopotem jest to, że ona bardzo szybko traci aromat, nawet zamknięta w szczelnej puszce. Takie kapsułkowe mini porcje na jedną filiżankę rozwiązują problem.
      Pozdrowienia!
      R.

      Usuń
  3. Od jakiegoś czasu poczytuję sobie Twój blog i bardzo go lubię. Nie ukrywam, ze z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy. Postanowiłam, że się objawię w komentarzu. Miałam kiedyś dość drogi ekspres firmy na k, taki co mieli sam itd. Ekspres po 3 latach zepsuł się, a naprawa kosztowała by około tysiąca zł, więc dogorywa w pudełku w czeluściach piwnicy. Ponieważ mieszkam w Holandii, gdzie kapsułkowe ekspresy są bardzo popularne, o czym świadczą wieczne kolejki na stoiskach firmowych na N (na marginesie, reklamy z Clooneyem są świetne i mogą być niezłą motywacją do zakupu), oraz dostępność wielu zamienników w zupełnie normalnych cenach, zakupiliśmy rok temu taki ekspres za cenę 5 krotnie niższą niż poprzedni. Odpukać, dzieła świetnie, kawa, jak piszecie świetna, myślę, że każdy znajdzie swój smak. Jest tylko jedno ale... ilość śmieci plastikowych czyli już wspomnianych kapsułek. Firma ma system recyklingu, ale ktoś z tego korzysta? Wysyła zużyte kapsułki do producenta? Jak się to ma do naszego minimalizmu czy ekologii? Czy posiadanie takiego ekspresu wyklucza z "klubu" minimalistów. Na obronę, kawa jest świetna, a jak ktoś pije mało i chce mieć namiastkę kawy tzw świeżo zmielonej, w tej kategorii cenowej, bezkonkurencyjny.

    Pozdrawiam i czekam na kolejne inspirujące wpisy.

    Anka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że polubiłaś mój blog i cieszę się, że napisałaś ten komentarz. Jeżeli chodzi o recykling, nie zauważyłam, żeby w sklepach "mojej" firmy prowadzono zbiórkę zużytych kapsułek, więc części plastikowe wędrują u mnie w domu do pojemnika z plastikiem, a fusy - na kompost (chociaż, zachęcona przez Tofalarię, spróbuję, jak się sprawdzają w roli peelingu :) ) Nie czuję się z powodu tego ekspresu wykluczona z grona minimalistów. W końcu, minimalizm to nie abnegacja ani jakiś szczególny rodzaj umartwiania się :)
      Pozdrawiam i zachęcam do odwiedzin i komentarzy!

      R

      Usuń
  4. Nie, nie , nie! Kawa z kapsułki? W życiu! Wystarczy garnczek/kubek, woda, zmielona świeżo kawa. Na zimną wodę sypiemy kawę, kiedy zaczyna się gotować, zalewany kilkoma łyżkami zimnej wody. Kiedy znowu zawrze, zdejmujemy z ognia i gotowe. Cała operacja trwa pięć minut, a kawa jest świeża, aromatyczna, mocna, gorąca... Można do niej dodać cynamonu, goździków, pieprzu, chili, kardamonu, gałki muszkatołowej, wanilii, ciemnego cukru, kropelkę mleka, śmietanki, whisky, bitej śmietany - co kto lubi.
    Rozgrzewająca na jesienne pluchy i zimowe mrozy: kawa gotowana z cynamonem, kardamonem, goździkami, kakao, świeżym, startym imbirem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale w kapsułkach jest zwykła, drobno mielona kawa, tyle, że konfekcjonowana w mini-pojemniczkach. To nie są żadne cuda instant. Ja z kapsułek najchętniej przyrządzam latte, akurat taki naparstek bardzo mocnej kawy wystarcza na szklankę spienionego mleka :) Natomiast w tygielku zaparzam podobnie jak Ty, na zimnej wodzie.

      Usuń
  5. Wszystko powinno być wedle potrzeb. Nie kupiłabym ekspresu do kawy tylko po to, żeby częstować nią od czasu do czasu gości. Ponieważ jednak sama kawę lubię, piję codziennie, posiadam porządny ciśnieniowy ekspres do kawy. Dodam, że kawę piję głównie dla jej smaku, nie zadowolę się byle czym (dlatego w pracy nie piję).

    A że wszystko praktycznie można przyrządzić posługując się najprostszymi narzędziami. Zgadza się, tylko kto ma dziś na to czas. Albo może inaczej, czas może by się i znalazł, ale pracując na etacie i mając w domu małe dzieci zdecydowanie wolę czas po południu dzieciom poświęcić niż godzinami stać w kuchni. Lubię gotować i piec i nie uznaję supermarketowej gotowej strawy, ale szkoda mi czasu, żeby wszystko robić ręcznie, dlatego wspomagam się urządzeniami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam nic przeciwko używaniu rozmaitych urządzeń, sama też je mam i wykorzystuję, chociaż teraz znacznie rzadziej niż wtedy, kiedy dzieci były małe. Chodzi mi przede wszystkim o takie poczucie bezradności, jak w sytuacji opisywanej na samym początku: albo drogi i , jak rozumiem, rzadko używany sprzęt, albo nic. Są rozmaite wyjścia pośrednie, zwłaszcza, jeśli coś przyrządzamy rzadko. Ja mam na przykład gofrownicę, gdyż dzieciaki bardzo lubiły gofry i często je piekłam. Nie mam natomiast maszyny do pieczenia chleba, gdyż sama piekę go rzadko i wystarcza mi wtedy zwykła foremka keksowa i piekarnik.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...