środa, 20 listopada 2013

Lepiej nie mieć, niż udawać

Nie przypuszczałam, że zegarek ministra Nowaka będzie dla mnie kiedykolwiek powodem do refleksji. Kiedy jednak prokuratura obwieściła, że jest to warta kilkaset złotych podróbka modelu, który w oryginale kosztuje trzydzieści razy więcej, pomyślałam: no dobrze, nie chciał człowiek wydawać kupy forsy na piekielnie kosztowny gadżet; chwali mu się, że tak oszczędny. Ale nie mógł kupić sobie zwyczajnie jakiegoś szwajcara za trzy do pięciu tysięcy? Pełno ich w sklepach z zegarkami. Porządne, solidne, nie epatują ceną, lecz mają swoją jakość. W sam raz dla urzędnika państwowego w kraju na dorobku.
Mój syn koniecznie chciał roleksa za bodajże 560 zł, z oferty na Allegro. Bo jego kolega taki dostał. Miała to być kopia (czytaj: podróbka) modelu z kategorii cenowej 20 000+. Ciężko mu było wybić ten pomysł z głowy. Jak widać, z takich dziecięcych albo nastoletnich pragnień można nie wyrosnąć, nawet piastując poważne stanowisko.

Kult rozmaitych marek  stał się tak powszechny, że właściwie nie dostrzegamy jego absurdów. Podobno za marką kryje się super wysoka jakość produktów. Może tak, może nie, wiele tu zależy od użytych materiałów i od technologii. No i od samej marki. Dżinsy Levi-Straussa albo szyte żółtą nitką trzewiki doktora Martensa to przykłady marek popularnych, które zrobiły oszałamiającą karierę, chociaż same produkty były pomyślane jako wygodne, solidne i trwałe, bez żadnych pretensji do luksusu. Natomiast marki luksusowe oszałamiającej kariery nie zrobią nigdy, gdyż nie taka jest ich rola. Ich zadaniem jest utrzymywanie dystansu, wyodrębnienie grupy konsumentów, którzy mogą sobie pozwolić na wyroby nieosiągalne dla osób przeciętnie albo nawet nieźle sytuowanych. Służą głównie podnoszeniu prestiżu właściciela, funkcjonalność czy trwałość w tym przypadku to zalety drugorzędne.
Presja na posiadanie rzeczy "markowych" zaczyna się w przedszkolu  i jest tak wielka, że produkcja podróbek to znakomicie funkcjonująca, bardzo prężna dziedzina przemysłu lekkiego. Zwłaszcza w Azji. Zwolenniczki butów Blahnika i torebek Vuittona mogą być pewne, że gdzieś (przede wszystkim w internecie) trafią na miejsca, gdzie znajdą to, o co im chodzi. Prawie identyczne z oryginałem. I to wcale nie za kilkadziesiąt złotych, lecz za kilkaset. Bo w dziedzinie kopiowania również istnieje hierarchia: naśladownictwa sławnych projektantów mogą być droższe, niż wyroby popularnych firm ze średniej półki, chociaż te ostatnie mają lepszą jakość, a wzornictwo też niebanalne.
Można by wzruszyć ramionami: buty, jak buty, torebka, jak torebka, ważne, żeby się podobały i dobrze nosiły.
Skoro tak, to najlepiej jednak wybierać rzeczy bez pseudofirmowego logo albo charakterystycznych wzorków, które wyraźnie wskazują, że rzecz ma udawać inną, niż jest naprawdę. W sklepach bez wielkiego trudu można znaleźć niemało ubrań, butów, torebek i różnych akcesoriów z dobrych materiałów, starannie zaprojektowanych, ładnych i nie udających niczego.
Bo te nieszczęsne fałszywki  kupuje się jednak najczęściej nie dla ich urody (wielkie marki nie mają monopolu na dobry design), lecz dla prestiżu. Dla marki, potwierdzonej logotypem. Tyle, że to nie funkcjonuje skutecznie.
Jest taka zasada, dobrze znana fachowcom od wizerunku, niestety, zbyt rzadko przypominana: wszystkie elementy stroju powinny być dopasowane pod względem jakości materiałów oraz poziomu cen. Co oznacza, że do futra z norek nie nosi się bazarowej torebki z plastiku.
Ale to działa również w drugą stronę: do ciuszków z poliestru i wiskozy albo taniej bawełny, kupowanych w popularnych sieciówkach, nie nosi się torebki Hermesa. Zbyt duża różnica jakości od razu ściąga na właścicielkę torebki podejrzenia, że popisuje się fałszywką.
Dlatego, między innymi, nie warto ciułać pieniędzy na jakiś jeden gadżet (najczęściej dotyczy to super-butów albo ekstra-torebek), stanowczo przekraczający nasze możliwości finansowe. Chyba że mamy skompletowaną dobrej jakości bazę garderoby, wtedy tak.
A jeśli już bardzo zależy nam na marce czy nazwisku, to można rozejrzeć się wśród popularnych, nie tak drenujących kieszeń linii znanych projektantów. Choćby Calvin Klein, Armani, Dolce&Gabbana  projektują również dla klientów mniej zasobnych. Pamiętam z Frascati, gdzie mieszkaliśmy we Włoszech, sklep tej ostatniej marki, oddalony o jakieś 100 metrów od szkoły moich synów. Konfekcja była raczej  młodzieżowa, ceny, owszem, nie najniższe, ale też nie przyprawiały rodziców o palpitacje serca. No i pełno tam było różnych gadżetów: portfeli, etui, przeciwsłonecznych okularów, pasków, apaszek i szalików, czyli całej tej drobnicy, która tworzy urozmaicenie stroju. Były też zegarki.
Właśnie, zegarki. Tak mi się przypomniało: w każdym większym sklepie z zegarkami można kupić w Polsce, bez problemu, zegarki Emporio Armani. To właśnie ta bardziej dostępna cenowo oferta Armaniego, w granicach 700-2500 PLN. Czyli: designerski gadżet w cenie podróbki. Nie trzeba fundować sobie fałszywych roleksów. Bo taki udawany glamour, mimo wszystko,  chociaż nieszkodliwy, jednak obciachowy jest. Niby nic, właściwie drobiazg, lecz jeśli się wyda, to głupio. Na przykład w pracy, gdzie mniej więcej wiadomo, ile się zarabia na jakim stanowisku, trudno wmówić kolegom i koleżankom, że na torebkę wydajemy równowartość półrocznej pensji (pomijam sytuacje szczególne, typu narzeczony - prezes wielkiej spółki giełdowej). Strój i dodatki tworzą pewną jedność z właścicielem i ważne jest, żeby wszystko w tym układzie harmonizowało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...