czwartek, 7 listopada 2013

Minimalizm - optymalizm

Wyłączyli nam prąd. Było to wyłączenie zaplanowane, w godzinach 9-17, poprzedzone ogłoszeniem. Wywieszono je tak dawno, że zdążyłam o tym zapomnieć i akurat tego dnia, kiedy postanowiłam spędzić długie godziny w domu, przy komputerze (sprawy zawodowe, żadne tam buszowanie w sieci), musiałam zająć się czymś zupełnie innym.
No i zajmowałam się, nawet dość intensywnie. Znowu w szafkach zrobiło się bardziej przestronnie.
Ale nie zamierzam wypisywać tu peanów na cześć pozbywania się rzeczy.

Nie zamierzam, gdyż tego dnia okazało się, że we własnym domu nie mogę sobie zrobić herbaty. Kawy też nie. Bo czajnik, ekspres i kuchenka są elektryczne.
Pracowałam więc o suchym pysku, gdyż nie chciało mi się iść do restauracji (w naszej wsi nie ma kawiarni), żeby wypić szklankę czegoś gorącego.
No i właśnie wtedy popadłam w rozmyślania, że wprawdzie minimalizm jest znakomity, lecz optymalizm - jeszcze lepszy. Optymalizm? Żaden dziwoląg, lecz taka organizacja życia - urządzenie mieszkania, miejsca do pracy, dobór garderoby, wyposażenia kuchni - która w możliwie najpełniejszy sposób zaspokaja nasze potrzeby. Na tym etapie, na jakim właśnie jesteśmy.
Tak więc, kiedy mąż wrócił z pracy, powiedziałam mu, że kuchenka gazowa też powinna wrócić. Do kuchni, oczywiście. Mamy gazowy piec CO i piecyk w łazience, ale żaden z nich wody nie zagotuje.
Kuchenka gazowa znikła z domu, kiedy dzieci były małe. Wtedy miało to swój sens. Teraz więcej sensu miałby powrót do dwóch źródeł energii.
Podobnie w różnych  innych przypadkach. Jakoś nigdy nie skusiłam się na jeden z tych super-wieloczynnościowych robotów kuchennych, które potrafią wszystko. Bo może one są znakomite i niezawodne, ale jeśli w takim cudzie wysiądzie silnik, to od razu przepadają wszystkie funkcje. Tak więc osobno mam mikser, osobno blender i ubijaczkę do piany, osobno małego robota do koktajli i past. I jeszcze młynek do kawy, elektryczny, kupiony wieki temu przez moją mamę, radziecka produkcja, miele wszystko jak szatan. Gdyby któremuś z tych sprzęcików coś się stało (tfu, tfu, na psa urok!), inne nadal działają.
Jeśli gdzieś wyjeżdżam, a nie jest to konferencja, na której mam referat, zabieram nie laptopa, lecz tablet. Lekki, poręczny, mieści się w torebce, nie obciąża ani ramienia, ani bagażu, przy okazji spełnia też funkcję czytnika.  Ważniejsze rzeczy przechowuję w Dropboxie, więc z tabletu również mam do nich stały dostęp. Jedyny mankament to klawiatura, która zajmuje niemal pół ekranu. W podróżach jednak niewiele piszę, więc nie jest to poważny problem.
A, i  do robienia zdjęć mam aparat fotograficzny. Telefonu w tym celu nie używam. Muzyki też słucham z mp4, gdyż dźwięk Creative zen jest nieporównanie lepszy od tego, co wydają z siebie telefon albo tablet.
No właśnie. Są takie sytuacje, kiedy wolę mieć więcej przedmiotów, niż mniej. To "więcej" ma jednak swoje uzasadnienie  funkcjonalne. Czy mnożę te drobne sprzęty ponad potrzebę? Raczej nie, zakresy ich działania pokrywają się w niewielkim stopniu. A jeśli już coś mam, to używam tego właściwie do oporu, dopóki działa, nie wymieniając na nowy model tylko dlatego, że taki akurat się pojawił.
Takie zróżnicowanie obejmuje również garderobę, a zwłaszcza buty i rozmaite dodatki. Buty na płaskiej podeszwie - wyłącznie do spodni, te na obcasach natomiast - do spódnic i sukienek. Jakoś nie widzę tu możliwości połączenia funkcji (obcasy do spodni, to jeszcze, lecz płaskie do spódnicy? Nigdy w życiu. Choćby 5-8 centymetrów obcasa, ale musi być). Podobnie nie potrafię się przekonać do koncepcji, że czarne buty i czarna torebka pasują do wszystkiego, albo że kolor torebki nie musi być dopasowany do koloru obuwia. No, owszem, nie musi, lecz ja zdecydowanie lepiej się czuję, kiedy jest, a prosty zestaw typu ciemne dżinsy + biała koszulowa bluzka inaczej wygląda w połączeniu z czarnymi półbutami, a inaczej - z czerwonymi czółenkami na obcasie. Dzięki temu unikam monotonii, w którą łatwo popaść, narzucając sobie zbyt ostre rygory ubraniowe.
A podejście minimalistyczne pomaga mi nie mnożyć zestawów i kolorów butów oraz torebek. Ograniczyłam je do paru podstawowych: czerń, granat, ciemna czerwień, latem chłodny beż. Bardzo lubię torebki dwukolorowe, taka na przykład beżowa z czarnymi elementami sprawdza się w wielu zestawieniach.
Optymalizacja zawartości szafy zajęła mi cały rok, gdyż usunięcie nadmiaru to tylko pierwszy etap. Potem te sztuki, które pozostały, trzeba było sensownie uzupełnić, uwzględniając ich przeznaczenie (do pracy, wyjściowe, urlopowe) i pory roku. 
Tak więc dobieram, łączę, zestawiam, kombinuję, dbając o dostosowanie tego, co mam, do moich rzeczywistych potrzeb, nie zaś siebie do idealnego minimalistycznego wzorca. Ideały są bowiem niełatwe do osiągnięcia i właściwie nigdy nie wiadomo, kiedy należałoby skończyć. Optymalizację natomiast łatwo odczuć na własnej skórze. To jest taki stan, kiedy we własnym domu, w podróży, w ciuchach czujemy się po prostu wygodnie.
Wygoda też jest wartością. Nie mówiąc już o tym, że bardzo poprawia samopoczucie.

3 komentarze:

  1. Optymalizm o wiele bardziej do mnie przemawia niż minimalizm- przerzucanie się liczbami, kto ma mniej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Też jestem bardziej za optymalizacją niż ograniczaniem do minimum. Nie wyobrażam sobie nie mieć sukienek, "bo to przecież zbędne". Wręcz przeciwnie, są mi potrzebne do czucia się kobieco. Innej dziewczynie może nie zależeć i trudno znaleźć wspólny minimalistyczny mianownik, ale zdroworozsądkowa optymalizacja wchodzi w rachubę.
    Mam też zboczenie jeśli chodzi o funkcjonalność, mój telefon ma siedem lat i jest w pełni sprawny, więc nie widzę potrzeby, żeby go zmieniać. A aparat mam osobno, robi dużo lepsze zdjęcia ni jakikolwiek telefon.
    Bardzo się cieszę, że znalazłam Twojego bloga. Czyli jednak istnieją na świecie osoby płci żeńskiej o podobnym podejściu. Już się martwiłam, że nie jestem normalna;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Również się cieszę, że trafiłaś na mój blog :) A jeśli chodzi o rzeczy, to wydaje mi się, że najważniejsze jest dopasowanie stanu posiadania do trybu życia, jaki prowadzimy, no i do własnego usposobienia. Minimalizm nie może być bezrefleksyjnym dostosowywaniem się do reguł wymyślonych przez kogoś innego. Ja lubię różne swoje rzeczy, używam ich długo, póki jeszcze nadają się do użytku, i staram sie nie popadać w skrajności :)
      Pozdrowienia!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...