piątek, 6 grudnia 2013

Pochwała żakietu

Zmieniając zawartość szafy z letniej na zimową, policzyłam przy okazji żakiety. No, trochę się ich znalazło. Więcej mam żakietów, niż spodni i spódnic razem wziętych. A jeśli doliczyć do tego bluzki, najczęściej koszulowe, które można nosić samodzielnie, to okazuje się, że "góry" mają w mojej szafie zdecydowaną przewagę.
Podobno każda kobieta ma jakiś element garderoby, do którego, świadomie albo i nie, przywiązuje szczególną wagę. Są przecież kolekcjonerki butów, torebek albo eleganckiej bielizny.
Nie mam zapędów kolekcjonerskich, w ubraniach staram się zachowywać minimalistyczny rygor, zwracam uwagę na buty i torebki (tu akurat głęboko nie zgadzam się z panią Loreau, że jedna super-torebka zaspokoi nasze potrzeby na długie lata), lecz gdybym miała powiedzieć, jaka część stroju liczy się dla mnie najbardziej, nie wahałabym się długo. Żakiet. Oczywiście, że żakiet.

Spodnie nie dają wielkiego pola  do wyobraźni. Wąskie czy szersze, dłuższe czy krótsze, zawsze będą to dwie nogawki i trochę nad nimi. Pomijając jakieś subkulturowe albo sezonowe manifestacje - ćwieki na skórze, dziury i przetarcia, lampasy, czasem hafty - spodnie są raczej nudne, zwłaszcza te klasyczne. Mają być z dobrego materiału, dobrze się układać na figurze, i tyle.
Spódnice to znacznie większa różnorodność, ale przede wszystkim latem. Krótkie, długie, wąskie, szerokie, nawet drapowane, gładkie, wzorzyste - dużo możliwości, pod warunkiem, że materiał jest cienki i miękki, a na wierzch nie zakłada się płaszcza. Jesienią i zimą znacznie trudniej sobie poszaleć, grubsze i sztywniejsze tkaniny narzucają prostotę formy, dlatego noszę tylko grzeczne, ołówkowe spódnice tuż za kolano.
Tak więc, na pierwsze miejsce w mojej  garderobie wysuwa się żakiet. Może też trochę dlatego, że u mnie w pracy nie obowiązuje ścisły dress code, ale jednak ustaliły się pewne zwyczaje. Kobiety chodzą w żakietach.
Formy żakietów są bardzo  uzależnione od aktualnych trendów w modzie, co jest zarówno zaletą, jak i wadą: trzeba się dobrze zastanowić, jaki wybrać, jeśli chcemy nosić go dłużej, niż kilka miesięcy. Na szczęście, zawsze  można zdecydować się na żakiet z wycięciem okrągłym albo w kształcie litery V - odpada wtedy problem z klapami, których kształt zmienia się najszybciej. Czasem przychodzi sezon na jakieś monstra z przesadnie szerokimi ramionami na wielkich poduchach, albo na za duże marynarki męskie w typie. Wtedy warto przeczekać, gdyż w marynarce zdartej ze starszego brata czy męża dobrze wyglądają tylko szczupłe, długonogie kobiety o wąskich biodrach i chłopięcej sylwetce. Dla nich z kolei problemem mogą być fasony mocno wcięte, do tego z baskiną: jeśli są dobre w talii, to w biuście za szerokie. Ale, mając podstawową wiedzę o własnych proporcjach, stosunkowo łatwo możemy ustalić, jaki krój jest dla nas najbardziej odpowiedni. Warto też  pamiętać o podszewce, takie żakiety zdecydowanie lepiej się układają. A potem już można zaszaleć. Klasyczny z cienkiej wełny do pracy; swobodny z grubej, haftowanej bawełny na wypady w plener; jedwabny na wieczór - do wyboru, do koloru, według własnej gamy kolorystycznej. Żakiety nie muszą być nudne ani sztywne. Lubię takie z wzorzystych materiałów, i to bynajmniej nie kratki czy kurze stopki. Żakardy jedno- albo wielobarwne; płaskie wzory graficzne, na przykład czarne na białym albo na szafirowym;  rozmalowane, jakby zamglone tła i nie do końca określone motywy roślinne - możliwości jest wiele, na każdą porę roku i każdą sytuację, codzienną i odświętną. Poza sprzątaniem i pracą w ogródku.
Nie noszę do nich bluzek z kołnierzykami, wystarczają mi dzianinowe z dekoltem i wąskimi rękawami. Do żakietów gładkich chętnie wybieram wzorzyste. Albo stawiam wyłącznie na kontrasty kolorów. 
Przy prostych, gładkich spodniach albo neutralnej spódnicy żakiet staje się najważniejszym elementem ubioru, gdyż  najbardziej przyciąga wzrok. Liczą się wtedy wszystkie detale typu patki, lamówki, guziki, rozmaite szczegóły wykończenia. Tutaj rozpiętość możliwości też jest duża, od ascetycznej prostoty aż po barokową ozdobność.
Do tego - żakiet ubiera. Naprawdę.
Zauważyłam to najpierw w Londynie, a potem w Hamburgu, gdzie mieszkaliśmy parę lat, więc okazji do obserwacji miałam dużo i mogłam ocenić, co jest powszechnie przyjętym standardem. Tam właśnie panie w wieku mocno już dojrzałym nosiły klasyczne połączenia: spodnie + żakiet (raczej nie komplety, lecz jednak dobrane kolorystycznie), zazwyczaj w jasnych barwach, a do nich sznurowane półbuty albo czółenka na płaskim obcasie. I zdecydowanie dobrze w tym wyglądały.  (To właśnie wygląd przechodniów 70+ w największym stopniu decyduje o różnicy między warszawską, czy szerzej - polską ulicą, a tymi na Zachodzie).
Wtedy właśnie stwierdziłam, że żakiet to taki kochaś na całe życie. Bardzo zresztą użyteczny, bo latem zastąpi kurteczkę, a zimą ogrzeje skuteczniej, niż sweter - razem z podszewką to przecież dwie warstwy materiału.
Uniwersalny i jak dla mnie - niezastąpiony.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...