niedziela, 16 marca 2014

Dotrwać na bateriach

W sobotę, tuż przed południem, ekran laptopa nagle poszarzał. Spojrzałam na dolny pasek: zasilanie na baterię. Na wszelki wypadek pstryknęłam włącznikiem lampy na biurku. Żadnej zmiany. Po chwili z góry przyszedł mąż. - Prądu nie ma, wiesz?
Wiem, wiem. Czasem tak bywa na naszym osiedlu, chociaż ostatnio wszystkie wyłączenia były planowane i ogłaszane. Ale nie ma planowych wyłączeń w sobotnie przedpołudnie.

Tracimy łączność ze światem (router nie działa), nie napiję się herbaty (czajnik elektryczny) i nie ugotuję obiadu (kuchenka też). Do tego temperatura w domu zacznie spadać (piec CO mamy gazowy, ale pompa obiegu wody działa na prąd). Pozostaje gorąca kąpiel (piecyk w łazience jest na gaz), lecz jednak nie o tej porze dnia.
Cóż, i tak planowaliśmy wyjechać do Warszawy. Mamy zrobić zakupy i wysłać paczkę.
Zanim dojechaliśmy do najbliższego centrum handlowego, dzwoni syn. - Mama, u nas też nie ma prądu?
No tak. Wyszedł spotkać się z kolegami, zanim nastąpił krach. Najwyraźniej siedzi u kogoś poza osiedlem, inaczej by nie pytał. Wiadomo od dawna, że awaria zawsze obejmuje wszystkie domki. Dzisiaj jej zasięg jest większy. Może cała nasza wieś została odcięta?
Umawiamy się, że kiedy znów zabłysną żarówki, dziecko zadzwoni. Robimy zakupy, jedziemy na Pocztę Główną, wysyłamy paczkę. Trochę to jednak trwa, a telefon milczy. Dziecko zapomniało?
Dzwonię. - Jest prąd?
- Nie maaa... Nie macie po co wracać...
Jasne. Nawet nie mamy ochoty wracać, bo ciągle przechodzą krótkie ulewy. Nie chwycę więc za widły czy szpadel i nie wyjdę do ogródka. Mogłabym wyciągnąć się na kanapie i czytać książki albo prasę, ale... Ale w moich myślach coraz więcej miejsca zajmuje to, czego NIE mogę robić.
Mąż ożywia się. - Pójdziemy do kina?
W Złotych Tarasach jest Multikino. Nic mi tam nie pasuje. Albo tytuł, albo godzina... Czy ja muszę? Wreszcie się umawiamy. Mąż idzie sam na Początek imperium (pewnie gniot, ale kinomaniak nie takie rzeczy już przełknął), ja zaś spędzę ten czas na własną rękę. Złote Tarasy nie pustynia, dają różne możliwości.
Akurat. W sklepach nic mi się nie podoba, ciuchy ohydne, buty takie, że załamać się można, a z książek w empiku wieje porażającą głupotą nawet przez zamknięte okładki. Do tego we wszystkich kawiarniach ścisk, a te inne przybytki gastronomii, na wyrost zwane restauracjami, odrzucają zapachem już z daleka.
Ale od czego jest Dworzec Centralny, odpicowany po remoncie? Ląduję w coffee heaven naprzeciwko zjazdów na perony, zamawiam caffe latte i kanapkę. Spokój, luz, przy stolikach zaledwie parę osób, w tym dwie z laptopami. Szkoda, że nie wzięłam choćby  tabletu, tu jest WiFi, a mój Nexus może długo działać na bateriach.
Właśnie, baterie. Nagle wszystkie zagrożenia świata koncentrują się w tych drobiazgach.
A jeśli to poważna awaria? Już kiedyś tak było, cztery dni i trzy noce bez prądu, późną jesienią albo wczesną zimą, więc również bez ogrzewania. Wtedy mieliśmy jeszcze gazową kuchenkę, piekłam ciasto w piekarniku i mogłam ogrzać kuchnię. Teraz nie upiekę i nie ogrzeję.
Wtedy mieliśmy także telefon stacjonarny, który działał niezależnie i mogłam przy świeczce prowadzić długie wieczorne rozmowy. Teraz mamy tylko komórkowe na baterie. A baterie szybko się wyczerpują. Modem do internetu mobilnego też będzie działał jedynie parę godzin, podobnie jak laptopy. Najdłużej wytrzyma tablet, ale co mi po nim bez modemu?
I u wszystkich wokoło tak będzie, ciemno, zimno i bez łączności ze światem. Nie słyszałam, żeby ktokolwiek z sąsiadów miał własny agregat, bo i po co? Na osiedlu nikt chyba nie praktykuje miejskiego survivalu.
A jeśli to duża awaria, to i stacja pomp może przestać działać. Zabraknie wody w kranach. Kupić kilka tych pięciolitrowych baniaków z wodą źródlaną, niegazowaną? Gotować nie muszę, ale pić trzeba.
Najważniejszy jest jednak kontakt ze światem, żeby było wiadomo, co się dzieje. Jak długo wytrzymają baterie? W poniedziałek mąż jedzie do pracy, naładuje telefon i laptop, modem też. Ja poniedziałki mam wolne, lecz również mogę pojechać, w pracy nikt się nie zdziwi, i będę mogła podłączyć ładowarki do gniazdek.
A gdyby i tu nagle zgasło światło? Przecież to możliwe. Nie od razu musi być taki gigantyczny blackout, jak w 2003 r. w Kanadzie i USA, albo w tym samym roku we Włoszech. Głupia  awaria linii przesyłowej z Francji kompletnie wówczas zdezorganizowała ludziom życie. Jak na nasze, polskie warunki, wystarczy coś bardziej kameralnego. Cała Warszawa nagle zupełnie ciemna i widać tylko reflektory aut. Tak w ogóle, to da się zatankować benzynę na stacji pogrążonej w ciemnościach? I ile ja mam jeszcze pieniędzy gotówką? Bo mąż, jak go znam, to pewnie kilkanaście złotych. A jeśli przestaną działać bankomaty? O czym ja zresztą myślę, kasy fiskalne też nie będą funkcjonować, w sklepach niczego się nie kupi. Mamy w domu jakieś zapasy?
Najważniejszy jednak jest dostęp do informacji. Wprawdzie nie wiadomo, kto i jakie wiadomości będzie wtedy rozsyłał, ale coś trzeba wiedzieć. No więc, ile czasu wytrzymają te baterie?
Parę minut po ósmej spotykam się z mężem. Na dworze ciemno, lodowaty wiatr i kolejna ulewa. Jeszcze tylko coś przegryziemy i pora wracać. Też będzie ciemno i zimno, ale przynajmniej zacisznie. Modem i laptop uruchomię tylko na parę minut, żeby przeczytać wiadomości lokalne.
Jesteśmy już w samochodzie, kiedy dzwoni syn. - Mama, włączyli! 
No, jednak. Awaria o niewielkim zasięgu, chociaż nie taka całkiem banalna, skoro trwała tyle godzin. Znowu będzie jasno i ciepło. Może nawet lodówka nie zdążyła się całkiem rozmrozić. 
Pora skończyć układanie katastroficznych scenariuszy. Na razie wszystko jest, jak trzeba. To nie dziś zacznie się zapaść cywilizacyjna i totalny chaos. Znowu możemy podłączyć się do rozmaitych gniazdek i czerpać z nich energię. Jeszcze będzie czym doładować baterie. Byleby tylko awarie nie trwały dłużej, niż jeden dzień, żebyśmy nie musieli testować, ile naprawdę są warte nasze wysoko zaawansowane technologie. Blackout, poszedł precz!

2 komentarze:

  1. U nas podobnie - tyle, że wszystko na prąd (łącznie z termami do wody). W ekstremalnej sytuacji pojechalibyśmy na wieś (20 km), gdzie jest studnia, świeczki i piec, w którym się pali. Drewno zawsze jakieś mamy, gotować można, w szafce podstawowe zapasy. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetnie mieć takie miejsce z prawdziwą studnią i piecem opalanym drewnem... Wtedy niestraszna jest zapaść cywilizacyjna :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...