niedziela, 27 kwietnia 2014

Z czego by tu zrezygnować

Powiedziałam mężowi, że od maja rezygnujemy z zakupów. To znaczy, kupujemy jedynie to, co jest nam naprawdę niezbędne. Precz z zachciankami. Dotyczy to zarówno żywności - zapominamy o delikatesach - jak i wszystkich innych rzeczy. I tak aż do końca roku.
Mąż zgodził się ochoczo. Już dawno tak trzeba było zrobić!
Trochę mu zrzedła mina, kiedy z rozmowy wynikło, że do pracy powinien dojeżdżać zakładowym autobusem, a nie samochodem. Teoretycznie, ma wytłumaczenie: zwykle zaczyna pracę później, niż koledzy, często też później ją kończy. A do instytutu, gdzie pracuje, komunikacją publiczną dojechać się nie da.
Ale jednak te dojazdy należy rozważyć.

Mąż do maksymalizmu  podchodzi od drugiej strony, gdyż ma skłonność do abnegacji. To, co dla mnie jest minimalizmem, dla niego oznacza rozpasany, szalejący konsumpcjonizm. Nie, żeby był skąpy, ależ skąd. Nie widzi jednak powodu, żeby troszczyć się o jakąś marynarkę czy spodnie, skoro to, co wkłada na grzbiet, jeszcze się nie rozpadło. Jeśli ja nie zauważę, że w łazience skończyło się mydło, on wyciągnie z szafki kostkę szarego - a co to, gorsze? Babcia chyba prała takim, lecz do mycia też się nadaje.
No tak, lecz to ja prowadzę dom. I zauważyłam ostatnio, że zapasów mamy całkiem sporo. 
Mniej takich prostych, spożywczych, gdyż staram się zużywać wszystko w miarę szybko. Nie lubię wyrzucać rzeczy przeterminowanych.Robiąc jednak sezonową wymianę garderoby - ciepłe ciuchy wędrują na górę, letnie na dół - stwierdziłam, że uzbierało się tego niemało. Rzeczy zbyt porządnych, żeby je wyrzucić, nie zniszczonych, a odłożonych tylko dlatego, że w międzyczasie kupiło się nowe, o tych sprzed sezonu czy dwóch po prostu zapominając. No i wisiały czy leżały gdzieś, nie noszone. Na szczęście, męskie koszule, koszulki polo, spodnie (zwłaszcza dżinsy) czy kurtki podlegają tak niewielkim wahaniom mody, że można je spokojnie założyć, nie zaglądając im w metrykę. To samo dotyczy obuwia. Tak więc, od teraz nietknięta pozostaje tylko rezerwa na okazje oficjalne - dwa garnitury, pasujące do nich koszule i buty - reszta natomiast ma trafić do codziennego obiegu, żeby się wreszcie zużyła. Ja takich zalegających ciuchów mam znacznie mniej, ale też wyciągnęłam dwie skórzane kurteczki - czarną i beżową - które w czeluściach szafy czekały nie wiadomo na co. Fasony mają z tych klasycznych, więc upływu czasu im nie zaszkodził. A poza tym, bez trudu się na mnie dopięły. Uff, co z ulga.
Podobnie zresztą z rzeczami domowymi.  Przez te wszystkie lata prowadzenia kilku domów - na wsi, w mieście, za granicą - nagromadziło się wszystkiego, aż nadto. Bielizny pościelowej, obrusów, serwetek, nawet ręczników. Rozmaitych drobnych sprzętów kuchennych. Trzeba stopniowo zużywać to, co mamy. Albo oddać. Przejrzeć książki - ile w nich dubletów? Do czego nie mamy ochoty wracać? Są biblioteki, antykwariaty, wreszcie kawiarnie, gdzie książki można zanieść i po prostu zostawić. 
Nie mam żadnej wielkiej idei, która by przyświecała tym zamiarom. Po prostu, chcę racjonalnie zagospodarować wszystko, czym w tej chwili dysponujemy, a przy okazji przekonać się, co to właściwie znaczy: minimum? Do jakiego poziomu wydatków można zejść, nie czując, że dochodzimy do pewnej granicy, że pozbywamy się, albo odmawiamy sobie czegoś, bez czego jakość naszego życia staje się naprawdę niższa? Z czego można zrezygnować, nie odczuwając istotnego braku, może nawet bardziej psychicznego, niż materialnego?
Nie zamierzam zresztą ćwiczyć się w ascezie, ani tym bardziej popadać w abnegację. Planujemy latem urlop za granicą i remont w domu.  W tych akurat sprawach mamy doświadczenie, więc niebezpieczeństwo, że w szale oszczędzania popełnimy poważne błędy, które zakończą się jakimś krachem albo zwiększonymi wydatkami, jest raczej niewielkie.
No i od razu zaczyna się targowanie z samą sobą. Ciuchy, to banał, obuwia i torebek też mam dosyć. Nie muszę kupować. Chyba, że te czarne sandałki, o których myślę już od dawna, jedne jedyne, przecież sandałów akurat mi brakuje. Espadryle to nie to samo. A książki? Te potrzebne do pracy, to już chyba wolno kupić? A prasa? Kwartalnik Presto, póki jeszcze wychodzi, raptem cztery numery w roku. A co z miesięcznikami? Może chociaż, kiedy mąż będzie w Niemczech, niech mi zwyczajowo kupuje Brigitte Woman, jak do tej pory? W ogródku nie planowałam żadnych poważniejszych zmian, lecz wymarzły dwa duże wrzośce, zostały po nich puste placki. Mają zarosnąć chwastami? I ten rozpadający się odtwarzacz... chyba mogę zastąpić go nowym? Ale czy ja w ogóle muszę mieć odtwarzacz?
Kino? Caffe latte  w kawiarni? W pracy kanapki zabrane z domu, zamiast sałatki w klubie pracowników?
Czasem to staje się nawet zabawne. Zupełnie, jakbym chciała do czegoś przekonać dziecko. W przekonywaniu dzieci mam wprawę, przynajmniej tak mi się wydawało. Z tym wewnętrznym dzieckiem jednak jest trochę gorzej. Niby się godzi, niby uznało, że tak, owszem, jak najbardziej, lecz równocześnie stale kombinuje, co by tu zrobić, żeby umknąć tym ograniczeniom.
No cóż, muszę być konsekwentna.W każdym razie, sezon bez zakupów uważam za otwarty.
Czasem będę wracać do tematu. Sama jestem ciekawa, jak daleko w tym zajdziemy.

2 komentarze:

  1. Ja jestem ciekawa tego, co tak na prawdę okaże się niezbędne. Można próbować przewidzieć to teraz, ale w praktyce wyjdzie co innego. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobry wieczór,

    właśnie te drobne przyjemności, jak kawa "na mieście" , kino byłyby u mnie problemem. Sprawy kuchenne i odzieżowe uważam za zoptymalizowane w 90%.
    Trzymam kciuki i bardzo czekam na refleksje. Magdalena

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...