niedziela, 10 sierpnia 2014

A gdyby tak - włamywacze?

Przeczytałam niedawno książkę austriackiego pisarza Arno Geigera Wszystko o Sally. Powieść czytało mi się dobrze, nie znalazłam w niej tego, czego szukałam - chodziło mi o Wiedeń z punktu widzenia rodowitych wiedeńczyków, a tymczasem jej akcja mogłaby rozgrywać się w dowolnym mieście świata i realia miejsca nie mają tam większego znaczenia - ale sytuacja, która jest punktem wyjścia dla całej fabuły, nieoczekiwanie zainteresowała mnie z zupełnie innych względów. Tytułowa Sally oraz jej mąż, Alfred, oboje w średnim wieku, ustabilizowani życiowo (etnolog i nauczycielka w liceum), wyjeżdżają na urlop do Anglii, a tymczasem do ich domu włamują się złodzieje. Po błyskawicznym powrocie para zastaje dom nie tyle nawet okradziony - największą stratę poniósł syn, któremu z pokoju zniknął drogi sprzęt elektroniczny i gry - ile raczej kompletnie zdewastowany. W kuchni - produkty wyrzucone z szafek, podarte pudełka i potłuczone butelki, w salonie - porozbijane ozdoby, w sypialniach - kłębowisko zniszczonych ubrań wywleczonych z szaf. Drobniejsze sprzęty połamane, do tego dywany i ściany oblane, czym się dało - choćby sokiem z kuchennych zapasów. Włamywacze nie darowali nawet łazience, gdzie rozbili flakony z kosmetykami. Jednym słowem - mała, domowa apokalipsa.

Sally i Alfred należą do ludzi, którzy niczego nie wyrzucają, a teraz muszą to zrobić. I od razu okazuje się, jak bardzo różnią się podejściem do tego zadania. Sally stara się przywrócić ład; po usunięciu zniszczonych rzeczy jak najszybciej zabiera się za malowanie ścian. Konieczność rozstania się z tym, co miała, nie burzy jej świata. Alfred przeżywa to włamanie przez długie miesiące, tracąc poczucie bezpieczeństwa i balansując na krawędzi depresji. Pośród wszystkich zniszczeń najbardziej go dotknęło zabazgranie części stron w dziennikach, które prowadził przez kilka dziesięcioleci, zapisując kolejne zeszyty, przechowywane potem w pudłach pod łóżkiem. Bolesna okazała się też strata pocztówki z Argentyny, którą przed wieloma laty wysłał do Sally z jakiegoś służbowego wyjazdu.
Geiger nie napisał powieści o cudownej przemianie chomików w minimalistów, więc też jego bohaterowie są na dobrej drodze do wypełnienia swego domu kolejnymi rzeczami. Ciekawie - i wiarygodnie - rysują się jednak ich reakcje na to nagłe zdarzenie. A ponieważ lato i wyjazdy rzeczywiście sprzyjają włamywaczom, więc któregoś dnia, wędrując z odkurzaczem po domu, zaczęłam się zastanawiać: a gdyby tak to na nas wypadło?
Oczywiście, każde włamanie i kradzież, nie mówiąc już o dewastacji, dolegają jako naruszenie suwerenności naszego kawałka świata i naprawdę mogą odebrać poczucie bezpieczeństwa, do tego na długi czas. Nie mam pojęcia, jak bym wówczas zareagowała; widmo włamania jakoś nigdy nie spędzało nam snu z powiek, lecz trudno tu gdybać na wyrost. Zastanowiłam się natomiast, czego najbardziej bym w takiej sytuacji żałowała. Rzeczy najdroższych? Najbardziej przydatnych? Najładniejszych?
Że komputery znalazły się w czołówce, nie ma się czemu dziwić - w końcu to nasze najważniejsze narzędzie pracy, do tego archiwum i magazyn zdjęć - a nie wszystko mamy przekopiowane. Tak, to byłaby poważna strata i sprzęt do natychmiastowego odkupienia. Reszta elektroniki jakoś mnie nie rusza.
Książek chyba złodzieje nie kradną, ale taka dewastacja, jak u Geigera - o tak, to poważna sprawa, zwłaszcza że są wśród nich te potrzebne do pracy, czasem antykwaryczne, czasem kupowane za granicą, albo drogie, albo trudne do zdobycia. 
Biżuteria, jakieś precjoza? Tu żałowałabym paru drobiazgów. Wiadomo: albo podarunki od kogoś bliskiego, albo pamiątki rodzinne (niewiele ich mam, rodzina w różnych zawieruchach dziejowych straty poniosła duże), albo coś, co ma przede wszystkim wartość emocjonalną. Na przykład - wielkiej urody medalion z labradorytu i haftu koralikowego,taki bardzo... tolkienowski, a ponieważ wykonany w jednym egzemplarzu, więc wlaściwie nie do odkupienia.
Wyposażenie domu? Porcelany bone china wolałabym nie oglądać w kawałkach na podłodze. Jednak za bardzo mi się podoba. 
I na koniec rzecz, która mnie samą zaskoczyła: trudno byłoby mi przeboleć utratę dwóch krzeseł. Naprawdę. Krzesła przywieźliśmy sobie z Włoch, są dziewiętnastowiecznymi kopiami mebli renesansowych. Piekielnie niewygodne,za to pięknie rzeźbione, nie mają chyba szczególnej wartości antykwarycznej, ale dobrze nam się kojarzą i przyjemnie na nie popatrzeć. Koty lubią się na nich wylegiwać.
I w ten sposób, dość niespodziewanie, ułożył mi się obraz mnie samej w otoczeniu, które zaspokaja moje najbardziej podstawowe potrzeby: siedzę sobie w pokoju pełnym książek, na niewygodnym rzeźbionym krześle (w rzeczywistości jednak zostawiam je kotom), w jakiejś tam sukienczynie ( ewentualna strata garderoby niespecjalnie mnie dotknęła), za to z pięknym medalionem na szyi. Na kolanach trzymam laptop. No nie, jednak biurko też powinno ocaleć, żebym mogła postawić na nim kubek bone china i talerzyk. Aha, parę fotografii  również musiałoby pozostać na ścianach.
Ciekawe, że te rzeczy mieszczą się na dwóch biegunach: albo takim zdecydowanie pragmatycznym, gdyż są potrzebne do pracy, albo zdecydowanie emocjonalnym, a nawet sentymentalnym: coś albo kogoś przypominają, kojarzą się z czymś dobrym, czy po prostu bardzo się podobają. 
Najwyraźniej wszystko inne bez większych problemów można byłoby odkupić. A może okazałoby się, że część tego dobytku w ogóle była zbędna. 
Najtrudniej chyba rozstawać się z tym, co ma wartość emocjonalną.  Dlatego dobrze rozumiem depresję etnologa po utracie starej pocztówki, którą sam wysłał.

6 komentarzy:

  1. Hmm... dla mnie byłby to przede wszystkim cios finansowy. Bo jednak sporo rzeczy po akcie takiej dewastacji trzeba by odkupić, a mieszkanie wyremontować. Nie jestem specjalnie sentymentalna jeśli chodzi o przedmioty, utrata większości nie ruszyłaby mnie w sensie emocjonalnym.

    Maga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że dla mnie to też byłaby strata finansowa, i to poważna. Ale myslałam raczej o odwróceniu sytuacji: minimaliści zachęcają do pozbywania się rzeczy. Ja sama sporo oddałam. Ale to dobrowolnie. A tu nagle - taki wstrząs. I co wtedy? Na czym tak naprawdę mi zależy?

      Usuń
  2. A ja zupełnie odwrotnie, sentymentalna jestem, mam swoje rzeczy które mi coś przypominają i często wracam myślami do fajnych chwil. Ponadto nie mogę znieść gdy człowiek krzywdzi człowieka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To właśnie ciekawe, że rzeczy są takim nośnikiem wspomnień. Tak, jakby nie wystarczały same zdjęcia :)

      Usuń
  3. Okradziono mnie dwukrotnie. Pierwszy raz padłam ofiarą własnej głupoty, w końcu nie powinnam zostawiać torby na pastwę losu nawet na minutę. Straciłam aparat fotograficzny ze zdjęciami z rodzinnej uroczystości - wielka szkoda, bo nie do odzyskania. Drugi raz był bolesny, choć nie straciłam wiele materialnie. Minęło kilka lat, a ja nigdy nie pogodziłam się z faktem, że okradła mnie "koleżanka" z pracy. I właściwie nie poniosła wielkich konsekwencji, ot, jakiś mandat. Mijała mnie później wielokrotnie na korytarzach i mówiła "dzień dobry", a mnie odpowiedź nigdy nie przeszła przez gardło. Nigdy jej nie wybaczyłam. Myślę, że ta idiotyczna kradzież zniszczyła we mnie więcej wiary w ludzi, niż inne ludzkie przestępstwa. Może dlatego, że łamała wszystkie podstawowe zasady, jakich się w życiu trzymam.

    Tak czy siak, kradzież, zniszczenie mojej własności, choćby zarysowanie samochodu na parkingu, jest bolesne, bo narusza moje poczucie bezpieczeństwa, nietykalności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy okrada nas ktoś bliski czy choćby tylko dobry znajomy, problem rzeczywiście jest potężny, nawet jeśli strata była nieduża. To bardzo podważa zaufanie do ludzi. Wiadomo, że są i będą włamywacze czy kieszonkowcy (mi kiedyś taki rozciął torebkę w tramwaju, lecz nic nie zyskał - przeciął skórę, a cienka podszewka ocalała) - natomiast wolimy myśleć, że nasze bezpośrednie otoczenie to ludzie uczciwi i, powiedzmy, honorowi. Dlatego bardzo nas dotyka, kiedy się okazuje, że jest inaczej.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...