sobota, 30 sierpnia 2014

Co mi daje minimalizm?

Usłyszałam niedawno takie pytanie w rozmowie z osobą, która przygotowuje pracę na temat polskich minimalistów. Zastanowiłam się. Hmm...
Nie mam ochoty uogólniać, minimaliści są, jak przypuszczam, grupą dosyć zróżnicowaną i dużo zależy od punktu wyjścia. Nie mam więc pojęcia, czy moje korzyści płynące z postawy minimalistycznej są  typowe; doświadczenia innych osób mogą być dość odmienne.
Nigdy nie mieszkałam w domu, gdzie trzeba było z trudem przeciskać się pomiędzy meblami, a w szafach i szafkach zalegały rzeczy nie używane od ćwierćwiecza albo i dłużej. Albo w ogóle nie używane, kupione tak na wszelki wypadek, który nigdy nie nadszedł. Tak więc, aspekt "odklejania się" od gromadzonych przedmiotów, dla niektórych bardzo ważny, nie miał dla mnie decydującego znaczenia. Nie wiązał się z żadnym radykalnym przełomem, przewartościowaniem sposobu życia. To był raczej odruch zniecierpliwienia: no, zrób coś wreszcie z tym wszystkim, jak długo masz zamiar to trzymać, przecież i tak tych gratów nie potrzebujesz! Taki impuls do generalnych porządków, potrzebnych, na pewno, lecz wcale nie najistotniejszych. 
Mój dom jednak na tym zyskał. A już na pewno zyskała moja garderoba. Myślę, że minimalistyczne ograniczenia są w ogóle znakomitą pomocą dla kobiet niezdecydowanych albo takich, które lubią różnorodność. Ja na pewno należę do tej drugiej grupy.  Podobają mi się różne style, tendencje, wreszcie różne typy odzieży. I tu właśnie potrzeba kilku prostych, jasno określonych zasad, żeby zawartość szafy nie zmieniła się w chaos rzeczy nawet ładnych, nawet efektownych, ale sprawiających wrażenie, że należą do kilku osób, nie mających ze sobą wiele wspólnego. Na początek wystarczy ograniczenie kolorów i tkanin, i zaczyna powstawać przemyślany zbiór.
Poza tym, mniej rzeczy to oczywiście więcej porządku, czy bardziej ogólnie - ładu. Mniej problemów z tym, żeby różne rzeczy do siebie pasowały. To się bardzo liczy nie tylko przy kompletowaniu strojów, ale również w  mieszkaniu, gdzie musi panować równowaga między funkcjonalnością i wygodą, gdzie wnętrza nie mogą być ani zbyt ascetyczne, ani przepełnione: w pierwszych brakuje ciepła, w drugich zaś przestrzeni. No i znowu parę klarownych zasad ułatwia osiągnięcie harmonii.

Ale najważniejsze zalety minimalizmu mieszczą się dla mnie po stronie walorów niematerialnych. Jest to przede wszystkim poczucie swobody. Nie wolności - to zbyt wielkie słowo i niezupełnie pasujące do sytuacji, lecz właśnie swobody, niezależności od rozmaitych wzorców i potrzeb, które przychodzą z zewnątrz. Musisz to mieć, bo "wszyscy to mają"? A nie, nie muszę, dziękuję. Musisz gdzieś pojechać, zobaczyć, bo to po prostu wstyd, żeby tam nie być? W porządku, jeśli poczuję taki mus nieprzeparty, to pojadę, zobaczę, na razie zajmuję się czym innym. Minimalizm znakomicie pozwala uwolnić się od rozmaitych presji - mediów, rodziny, przyjaciół, kolegów z pracy - związanych z tym, co nazywa się stylem życia. Odpadają wówczas rozmaite wyimaginowane potrzeby, życie się upraszcza. Tracą na znaczeniu wszelkie mody, pojawia się natomiast więcej miejsca na indywidualne, własne pomysły. 

Poza tym, minimalizm daje takie przyjemne poczucie, że - poradzę sobie. Na przykład w czasie wyjazdów. Nie korzystamy z ofert biur podróży, może all inclusive ma mnóstwo zalet, lecz równocześnie ogranicza. No i pewnych opcji w ogóle nie uwzględnia. Choćby takie turnieje rycerskie czy inne zjazdy Wikingów - wszędzie  trzeba dotrzeć samemu. Mnóstwo niewielkich, ciekawych miejscowości albo imprez, wcale nie takich małych, jest dostępnych tylko indywidualnie. Samochodem albo busem z najbliższego większego miasta, ale poza standardową ofertą turystyczną.
No i wtedy - komu w drogę, temu karimata do bagażnika. Przydaje się na postojach, w tych miejscach, gdzie poza obowiązkową stacją benzynową i barem Mc Donald'sa albo KFC są również drewniane altanki z ławkami. Można się w nich rozłożyć niemal piknikowo, a i pies jest zadowolony, bo do baru przecież nie wejdzie.
W innych sytuacjach wybór wariantu minimalistycznego też się przydaje.
Ostatnio w kuchni wymienialiśmy zlewozmywak i blaty na szafkach. Popatrzyłam na ściany, na ramy okienne - jakieś takie... zapyziałe, nie pasują do tych nowości. Była dziesiąta wieczór, więc do sklepu wybraliśmy się następnego dnia rano. Kupiłam farbę, wałki, pędzle, folię, no i już, kuchnia aż lśni świeżością. Z rozpędu pomalowałam także parapety za oknami i wnęki okienne, bo farbę elewacyjną też kupiłam. Gdzie ja bym znalazła fachowca, który zgodziłby się pomalować tylko samą kuchnię, niechby nawet sporą? Tak więc mamy remont po kosztach materiałów plus stówka dla mistrza, który zamontuje kuchenkę gazową. Tu jednak jest potrzebny ktoś z uprawnieniami.

No cóż, ja cenię sobie swobodę i pewien rodzaj niezależności. Nie takiej ekstremalnej, która prowadzi do izolacji i egoizmu, lecz takiej, która pozwala zachować spokojny dystans wobec nacisków, wywieranych na nas z różnych stron. I mam nieoparte wrażenie, że minimalizm mi w tym pomaga.

2 komentarze:

  1. Nie bardzo rozumiem, jaki związek ma mimalizm z umiejętnością, samodyscypliną i zapałem związanym z pomalowaniem kuchni? Bo mnie się to w ogóle jedno na drugie nie przekłada, zarówno w ogólnych teoretycznych rozważaniach, jak i praktycznie w moim życiu - o pozbywaniu się nadmiaru też mogłabym bloga pisać, ale moje umiejętności i doświadczenia "remontowe" ograniczają się niestety do wymiany żarówki (i słabo mi się robi na myśl, że miałabym się w tym kierunku rozwijać). W mój minimalizm wpisuje się również oddawanie ciuchów do przeróbki krawcowej (próby samodzielnych przeróbek kończyły się zaleganiem w szafie rzeczy, których jako źle zszytych i tak nie nosiłam).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zamierzam wszystkiego, co w życiu robię, opatrywać etykietką "minimalizmu", lecz myślę, że własnoręczny remont mieszkania akurat do takich działań należy. Mamy tu znaczącą obniżkę kosztów oraz samodzielność wykonania, czyli wybór opcji: damy sobie radę bez... (w tym przypadku bez skomplikowanego planu i ekipy fachowców). W pojęciu minimalizmu jak najbardziej mieszczą się rozmaite umiejętności, pozwalające uniezależnić się od osób z zewnątrz, które mają coś zrobić dla nas czy za nas. Inna sprawa, że ludzie starszej daty nazwaliby to po prostu zaradnością :)
      Przeróbki krawieckie to przecież bardzo podobna sprawa. Ja kupuję ciuchy, które wymagają co najwyżej skrócenia (spódnice, spodnie) i też sama potrafię to zrobić, chociaż czasem również oddaję je do krawcowej.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...