piątek, 1 sierpnia 2014

Mam wszystko

Dawno tu nie pisałam, gdyż w tym czasie zajmowałam się pisaniem czegoś zupełnie innego. Nie znaczy to, że w moim życiu nie działo się nic, czemu warto byłoby poświęcić post na blogu. Owszem, działo się i będę do tego wracać. Ale najpierw parę zdań o sprawach bardziej ogólnych. Takich, co wynikają raczej z  przemyśleń, niż działań.

Nie ukrywam, że tytuł tego posta chodził mi po głowie od dłuższego już czasu. W ten sposób autorka pewnego bloga o modzie, bardzo zresztą ciekawego, zachęcała niegdyś swoje czytelniczki, by nie spieszyły się z zakupami nowych strojów. Należy powiedzieć sobie: mam wszystko, czego potrzebuję i cierpliwie, bez pośpiechu, wprowadzać takie zmiany, żeby nasza garderoba osiągnęła stan bliski ideału.
Mam wszystko? Zasadniczo trudno temu zaprzeczyć, bo raczej nie chodzimy po ulicach ubrane  mocno niekompletnie, narażając się na zdziwione spojrzenia i złośliwe komentarze. Pomijając sytuacje wyjątkowe - na przykład, tracę w podróży cały bagaż - głęboki jęk nie mam co na siebie włożyć nie stoi w sprzeczności z faktem, że równocześnie mam wszystko, żeby wyjść pomiędzy ludzi i jako tako między nimi egzystować. Nawet na ślub przyjaciółki, co to miał być w pięknym słońcu, a odbywa się w strugach deszczu i przy temperaturze prawie jesiennej, zawsze się coś w szafie znajdzie.

Tak więc, ta maksyma najpierw trochę mnie rozbawiła, jako pewien sposób zaklinania rzeczywistości,  łagodzący niezadowolenie z własnego wyglądu. Potem pomyślałam jednak, że jest głęboko słuszna i dotyczy nie tylko zawartości szafy. Bo rzeczywiście: skoro funkcjonujemy o własnych siłach i wywiązujemy się z rozmaitych obowiązków dnia codziennego, to znaczy, że mamy wszystko, co niezbędne do życia. Na poziomie podstawowym, ta prościutka deklaracja dotyka kwestii zasadniczych, wręcz egzystencjalnych. Oczywiście, zaraz gdzieś z tyłu głowy jakiś głos zaczyna podszeptywać, że to nie całkiem tak. No dobrze, może i rzeczywiście mam wszystko, żeby zaspokoić podstawowe potrzeby. Ale: czy wszystko, co mam, naprawdę mnie zadowala? Podoba mi się? Dobrze mi służy? A może tworzy jakieś obciążenie, którego wcale nie chcę? Bo przecież czasem lepiej nie mieć, niż mieć i nie dotyczy to tylko długów, odziedziczonych w spadku. Poza tym, mam również rozmaite pragnienia, wykraczające poza banalną codzienność. O, choćby chęć podróżowania. I co wtedy? Czy aby na pewno "mam wszystko", żeby wyruszyć w świat?

To nie jest żadna mantra, której powtarzanie nagle odmieniłoby życie. Ale jest to stwierdzenie, które pozwala nabrać dystansu do rozmaitych "musisz mieć", "brakuje ci", "potrzebujesz". A nie, nie potrzebuję. I nie muszę mieć. Wystarcza mi to, co mam.
Wiem, że najczęściej żyjemy w poczuciu braku (jeśli nie pieniędzy, to czasu albo możliwości) lub niedostatku (tu pieniądze i dobra materialne wysuwają się na plan pierwszy) i stwierdzenie "mam wszystko" wydaje się takie trochę... nieodpowiednie: albo na wyrost, albo kapitulanckie - skoro tak myślę, to pewnie mam małe wymagania, zadowalam się byle czym.
Ale jednak, gdyby tak się uważniej zastanowić:  czy przez to, że czegoś nie mam, poniosłam jakieś poważne straty? Nie poszłam na rozmowę w sprawie pracy? Nie spotkałam się z kimś, kogo bardzo chciałam zobaczyć? Straciłam okazję, żeby zarobić naprawdę duże pieniądze? Odwrócili się ode mnie ludzie, na których mi zależy?
Poza sytuacją długotrwałego ubóstwa, które rzeczywiście uniemożliwia normalne funkcjonowanie w społeczeństwie, istotne przeszkody w życiu wiążą się najczęściej ze sferą niematerialną: brakiem wykształcenia, kompetencji zawodowych, znajomości języków, nieumiejętnością określenia własnych celów i pragnień, niezdecydowaniem... Zadziwiająco mało z nich dotyczy stanu posiadania; ilość i jakość gadżetów, jakimi się otaczamy, może mile łaskotać nasze ego (żeby nie powiedzieć - próżność), lecz w znikomym stopniu wpływa na to, co decyduje o jakości życia, pojmowanej jako suma naszych relacji ze światem. 

Dlatego "mam wszystko" jest bardzo dobrą bazą, żeby uwolnić się od rozmaitych presji, nabrać dystansu do własnych potrzeb, przyjrzeć się im uważnie. Bo może się okazać, że to jedynie zachcianki, do tego wcale nie nasze, lecz  przechwycone od innych, gdzieś tak po drodze. Oczywiście, "wszystko" odnosi się jedynie do tego etapu życia, na jakim właśnie jesteśmy. Co innego znaczy dla studentki w akademiku, co innego dla matki dwojga dzieci, urządzającej pierwsze własne mieszkanie. Czasem pojawiają się rzeczywiste, nowe potrzeby, których nie sposób ignorować. Ważnym zmianom w życiu bardzo często towarzyszy jakiś brak, albo nawet cała ich lista. Doświadczyłam tego przy naszych rodzinnych przeprowadzkach za granicę. Ale właśnie wtedy dość szybko pojawiało się poczucie: dosyć tego, mamy, co mamy, więcej nie potrzeba. Zostawiając większość dobytku w Polsce, zabierając jedynie rzeczy zupełnie niezbędne, zawsze jakimś dziwnym trafem mieliśmy wszystko, żeby żyć całkiem wygodnie. Nawet dzieci, z natury skłonne do porównywania się z rówieśnikami, nie marudziły, że są od nich gorsze. Chyba jednak to wyjazdowe, mocno zredukowane "wszystko" dobrze odpowiadało naszym najważniejszym potrzebom. 




5 komentarzy:

  1. Nie należy zapominać o otoczeniu, które ma chyba największy wpływ na nasze postrzeganie własnych potrzeb. I wcale nie mam na myśli reklam, ale naszych znajomych, przyjaciół, sąsiadów. Nie chcemy się wyróżniać. Po jakimś czasie nasze potrzeby stają się podobne do ludzi, z którymi przebywamy. Dlatego tak istotne jest uświadomienie sobie własnych potrzeb, niezależnych od innych i ich stanu posiadania, własnych możliwości i celów, do jakich dążymy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację. Dlatego warto częściej zadawać sobie pytanie: czy to jest mi NAPRAWDĘ potrzebne? Ten radosny wyjazd całą grupą do Chorwacji, na przykład, z zapowiedzią licznych szaleństw. Bo może wołałabym zaszyć się gdzieś niedaleko i spokojnie połazić sobie po lesie...

      Usuń
  2. Bardzo podobają mi się Twoje wpisy odbieram je jako mądre, wyważone i klarowne w przekazie. Świetne. Proszę tak dalej...
    Mirek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za miłe słowa, są dla mnie zachętą do pisania :)

      Usuń
  3. Miło, że powróciłaś. Cieszę się i zabieram się za czytanie.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...