sobota, 18 kwietnia 2015

Magia sprzątania według Marie Kondo

Nie planuję zamienić się w perfekcyjną panią domu i nie szukam kolejnych sposobów, żeby się dało u mnie jeść z podłogi. Próżny trud, nie da się. Po książkę sięgnęłam więc głównie dlatego, że jej autorka jest Japonką. Pamiętając o japońskich fascynacjach Dominique Loreau, chciałam mieć informacje z pierwszej ręki. Jakie jest tamtejsze podejście do domowego ładu? Czy rzeczywiście szlachetna prostota i minimalizm są zjawiskiem trwale wpisanym w styl życia współczesnych mieszkańców Japonii? A poza tym, co magicznego można odnaleźć w czynnościach tak pospolitych i codziennych?
No cóż, gdyby uogólnić obserwacje autorki, należałoby dojść do wniosku, że Japończycy są niepohamowanymi, kompulsywnymi zbieraczami wszystkiego, Marie Kondo natomiast pozwala im uwolnić się od tego nadmiaru, pilnując ich przy Wielkim Sprzątaniu. Zwolenniczka ładu doskonałego prowadzi bowiem firmę (jednoosobową), która pomaga w gruntownym porządkowaniu domów i mieszkań według rygorystycznego, ściśle przestrzeganego planu.
Nie da się ukryć, że początek tych działań jest typowy: wyrzucanie rzeczy zbędnych, które wynosi się workami. (Klientka-rekordzistka podczas takiej akcji usunęła podobno 200 worków 45-litrowych, plus rzeczy, które się w nich nie mieszczą). Brzmi znajomo, prawda? Czy warto zatem poświęcać czas i uwagę na książkę, w której znajdziemy te same porady, co w rozmaitych innych publikacjach?
Z pewnością nie trafi ona do wszystkich, gdyż autorka przyjęła dość specyficzny punkt wyjścia. Bardzo kobiecy i mało racjonalny zarazem: należy pozostawić jedynie te rzeczy, które sprawiają nam radość. Nie rozmyślamy więc, czego należałoby się pozbyć. Podstawą decyzji jest ocena na plus, a naszym wewnętrznym przewodnikiem - zadowolenie, że mamy ten właśnie płaszcz; taki, a nie inny wazon do kwiatów czy ulubiony komplet dzieł Tolkiena.
Założenie jakby trochę na wyrost; z pewnością przydatne, kiedy porządkujemy odzież, książki i płyty, może też fotografie i różne gadżety, gdyż z nimi najczęściej czujemy się związani emocjonalnie, ale jaka więź może łączyć mnie z mikserem albo blachą do ciasta?
Jednak z drugiej strony - jeśli mamy możliwość, to nawet proste utensylia kuchenne wybieramy, kierując się nie tylko ich funkcjonalnością, lecz i estetyką. Szukamy takich, które nam się podobają, czyli cieszą oko. Poza tym, sama funkcjonalność też może się podobać: że coś jest proste w obsłudze, niezawodne w działaniu... Zasada radości daje się więc rozszerzyć na większość rzeczy, które nas otaczają, a w logicznie uporządkowany świat minimalistów wprowadza sympatyczne ciepło.
Dalej jest radykalnie, lecz i racjonalnie: trzeba nasz stan posiadania podzielić na kategorie (odzież, buty i torebki, książki, itd.), a potem zająć się od razu CAŁĄ kategorią, zbierając wszystko w jednym miejscu. Dopiero wtedy przystępować do selekcji. Jednorazowej i zdecydowanej, aby jak najmniej pozostało w grupie "nie wiem, co z tym zrobić".
Marie Kondo jest przeciwniczką zliczania rzeczy i rad typu: nie nosiłaś tego dwa sezony? Wyrzuć! Usuwać należy to, co nie cieszy. Myślę, że w sumie nie jest to złe założenie, gdyż napady desperacji przed pełną szafą dobitnie potwierdzają, że przy całej obfitości może brakować jednego: powodów do zadowolenia. A ponieważ jakieś kryteria wyboru i tak należy przyjąć, więc dlaczego nie miałaby to być radość? Przecież intuicyjnie czujemy, że wszystkie ciuchy, które nie pasują ani do nas, ani do reszty garderoby, raczej irytują i męczą, będąc nieprzydatnym wypełniaczem wieszaków i półek. Podobnie z innymi rzeczami. Po co więc fundować sobie takie uczucia?

Kolejny etap, to przyznanie pozostawionym rzeczom stałego miejsca w domu. Odzież - wyłącznie w szafie (każdy domownik może mieć własną, lecz miejscem swetra nie jest fotel w salonie). Zabawki - tylko w pokoju dziecka. Książki - na jednym  regale.
U mnie tutaj zaczynają się schody. Ani nie przeniosę książek w jedno miejsce, ani nie będę zastanawiać się, które mnie naprawdę cieszą. Wiele jest mi po prostu potrzebnych do pracy, i tyle. To jednak specyficzna sytuacja, taki pokój do pracy, z szafą biblioteczną i regałami.

Autorka Magii... uważa, że Wielkie Sprzątanie robi się raz w życiu, natomiast sprzątanie codzienne to już tylko odkładanie rzeczy na stałe miejsce, jakie im wyznaczymy w mieszkaniu. Właśnie stałe miejsce, oczywiście oprócz redukcji stanu posiadania, ma być najważniejszym czynnikiem gwarantującym, że nie powrócimy do dawnego nieporządku. To chyba podejście nazbyt optymistyczne, gdyż istnieją urodzeni, niepoprawni bałaganiarze, ale każdy, kto zmagał się z własną (albo innych domowników, wrrr...) skłonnością do porzucania rzeczy gdziekolwiek - płaszcz na krześle w kuchni, książki koło wanny, rękawiczką właśnie pies się zabawia - ten wie, że odkładanie jest czynnością niesłychanie ważną i często rzeczywiście decydującą o ładzie domowym. Moja babcia i mama miały to opanowane do perfekcji. A ja? Ja nie bardzo. Jednak na ogół się staram i nawet dzieci do tego wdrażałam. Z rezultatem umiarkowanym, lecz to już kwestia charakterologiczna.
Oczywiście, "sprzątanie" w tym kontekście to określenie trochę mylące. Marie Kondo nie zajmuje się bowiem czyszczeniem, odkurzaniem albo myciem, swoją uwagę poświęca wyłacznie porządkowaniu i właściwemu przechowywaniu tego, co pozostawimy w domu po wielkim przeglądzie wszystkiego

Ale magia, magia, gdzież ona jest? Bo na razie, im dalej, tym coraz bardziej racjonalnie.

Jednak nie do końca. Marie Kondo uważa bowiem, że rzeczy mają - no, może niezupełnie duszę, lecz energię, którą nam przekazują. Dobrze traktowane, odpłacają tym samym: lepiej wyglądają, są dłużej sprawne, chętniej nam służą. Wychowani w kulturze Zachodu, takie podejście do przedmiotów tracimy zazwyczaj, wyrastając z dzieciństwa. Przestajemy się przejmować tym, co czują zabawki, i że sukience może być przykro, kiedy ją wyrzucamy. Marie Kondo całkiem serio radzi dziękować rzeczom. Tym, których się pozbywamy i tym, które zatrzymujemy.  Co więcej, twierdzi, że jeśli mamy kłopot z właściwym rozmieszczeniem sprzętów, należy zapytać sam dom albo mieszkanie, one zaś wskażą nam najlepszy wariant. Domy bowiem też mają własną energię, którą warto poznać i wykorzystać, żeby całe otoczenie nabrało harmonii. 
Konwencjonalne podejście do sprzątania skupia się wyłącznie na relacjach między ludźmi a ich rzeczami. Większość z nas nie zwraca uwagi na dom. Ja jednak jestem przekonana o jego niezwykle istotnej roli, gdyż odwiedzając klientów, wyczuwam głębokie przywiązanie domu do swoich mieszkańców.
Brzmi to bardzo animistycznie i mało zdroworozsądkowo. Oparte jest na emocjach i intuicji. Ale kto powiedział, że w kontaktach z przedmiotami rację mogą mieć tylko zwolennicy chłodnego utylitaryzmu?

3 komentarze:

  1. Ta książka jeszcze przede mną, brzmi to wszystko dość interesująco. Japonia to jedno z moich niezrealizowanych podróżniczych marzeń, na razie realizuję te podróże czytając wszystko, co mi wpadnie w ręce o tym kraju. Może być nawet o sprzątaniu. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chętnie czytuję powieści Murakamiego. Zadziwia mnie jego znajomość zachodniej muzyki (wszystko jedno, poważnej czy rocka), filmu, a już zwłaszcza europejskich kreatorów mody :) Widocznie takie międzykulturowe fascynacje działają w obie strony.

      Usuń
  2. Biorąc pod uwagę, ile rzeczy zrobił dla mnie mój robot kuchenny, moja więź z nim jest dużo większa niż z jakimikolwiek zdjęciami. Lubię go, szanuję i mam nadzieję, że jeszcze wiele lat mi posłuży.
    "Magię sprzątania" przeczytałam, ale zastosować porad mi się nie udało. Nie jestem dobra w sprzątaniu.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...