niedziela, 3 maja 2015

Prace miesięcy. Maj

W Bardzo Bogatych Godzinkach księcia Jana de Berry, najsłynniejszym chyba rękopisie średniowiecza, na początku  majowych stron kalendarza możemy obejrzeć miniaturę, pokazującą konną przejażdżkę arystokratycznego towarzystwa. Niewielka grupa wytwornie ubranych mężczyzn i kobiet wyjechała poza mury zamkowe, gdzieś w plener. Majówki nie są bowiem współczesnym wymysłem. Maj zaczynał się radośnie - nocą Walpurgi, tańcami przy ogniskach, chodzeniem z maikiem - a wszystko dlatego, że chociaż od dnia równonocy wiosennej upłynął już ponad miesiąc, to jednak dopiero teraz przyroda wchodziła w fazę prawdziwego rozkwitu, a ciepłe dni zachęcały, by coraz więcej czasu spędzać w otwartej przestrzeni.
W tle, za drzewami, widać jeden z zamków  księcia de Berry - Nesle. Przejażdżka nie może być nazbyt długa ani męcząca; konie idą stępa, damom zaś towarzyszą kudłate pieski, które biegną po trawie tuż obok koni. Pewnie na jakiejś polanie pośród kwitnących krzewów służba rozkłada już obrusy, przygotowuje naczynia i potrawy, gdyż ucztowanie w zieleni było punktem kulminacyjnym takiej wycieczki.
W czasach nam bliższych majowe wyjazdy w plener bardzo się zdemokratyzowały. Zwłaszcza mieszkańcy dużych miast, nawet ci niespecjalnie zamożni, w niedziele szukali wytchnienia poza murami. Stąd popularność rozmaitych małych miejscowości podmiejskich, dokąd łatwo można było wyjechać na kilka - kilkanaście godzin i spędzić czas - no, nie łudźmy się, raczej w jakiejś gospodzie z ogródkiem, przy muzyce miejscowej kapeli, niż na prawdziwym łonie przyrody, słuchając śpiewu ptasząt. Pamiętam, jak czytając Córkę Tuśki Zapolskiej dziwiłam się, że na początku XX wieku  warszawski Mokotów, gdzie akurat mieszkaliśmy, był miejscem takich właśnie letnich  rekreacji. Bielany, Młociny, zgoda, ale żeby Mokotów? A przecież przy placu Unii Lubelskiej stoją dawne rogatki, a w czasach Zapolskiej mieścił się tam również dworzec kolejki podmiejskiej do Wilanowa. Bez trudu dało się więc spędzić niedzielę w mokotowskich, wiejskich klimatach. Ech, były to czasy...
Nie staram się na każdym kroku nawiązywać do tradycji i obyczajów mniej czy bardziej dawnych, lecz ostatnio tak się składało, że początek maja witaliśmy zwykle w podróży. Wszystko przez ten korzystny układ świąt, który czasem daje możliwość wyjazdu nawet na tydzień. Co prawda, nasze wojaże rzadko miały charakter sielankowo-leśny, jeśli już jakiś las się trafiał, to najczęściej jako otoczenie wzgórza z zamkiem na szczycie.
W tym roku kalendarz nam nie sprzyjał, do trzech wolnych dni nic nie mogliśmy dorzucić, zamiast więc wyjeżdżać za granicę, ograniczyliśmy się do krótkiego, jednodniowego wypadu. Na inaugurację sezonu wyjazdowego poniosło nas pod Poznań, do Kórnika i okolic. Przejazd autostradą A2 jest tyleż nudny, co kosztowny, ale jak tylko z niej zjechaliśmy, od razu wpakowaliśmy się w remonty lokalnych dróg, miejscami całkowicie wyłączonych z ruchu. Było więc parę niespodzianek.Ale do celu jednak dotarliśmy, nawet bez specjalnych opóźnień.
Z całej trasy najlepiej zapamiętałam pola rzepaku, który właśnie zaczyna kwitnąć. Wielkie żółte płaszczyzny, obwiedzione na krańcach smugą zieleni, aż jarzyły się w słońcu.
A zamek w Kórniku - efektowny, jak zawsze. Kiedyś bywałam w nim przynajmniej raz w roku, ze względów zawodowych, ostatnio nie miałam takiej potrzeby, więc z przyjemnością weszłam w skórę turystki, oglądając go jakby zupełnie na nowo. No i arboretum, chociaż to dopiero początek sezonu. Przy okazji przypomniałam sobie, że w pobliżu są inne atrakcyjne zamki i pałace - Gołuchów, Rogalin, Dobrzyca...  Akurat na takie weekendowe szwendanie się po miejscach ciekawych. Najwyraźniej zamek + majowa zieleń + niedługi wyjazd to połączenie, które nie dezaktualizuje się, mimo upływu wieków.
W każdym razie, sezon wyjazdowy uważam za otwarty. A żeby w pełni wykorzystać walory maja, muszę jeszcze przypomnieć sobie, gdzie kwitną rododendrony i azalie. Bo to przecież ich miesiąc. Piękne rododendrony rosną wokół zamku Książ pod Wałbrzychem, a otoczenie kolejnego zamku - tym razem w Mosznej niedaleko Opola - przywabia azaliami. Dolny Śląsk to jednak znacznie dłuższa trasa, minimum dwudniowa. Czyżbyśmy mieli zatem wrócić do arboretum kórnickiego?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...