piątek, 14 sierpnia 2015

Owocowy środek lata

Upał. Nie wiem, czy to dlatego, lecz stragany w naszej wsi opustoszały. Nikt nie sprzedaje owoców, warzyw ani rozmaitych utensyliów pochodzących głównie zza wschodniej granicy. Mniejsza o utensylia, ale brak owoców i warzyw to poważna luka w domowym zaopatrzeniu. Trudno, upał nie upał, trzeba się wybrać do sklepów. 
W miejscowych delikatesach (to nie żart, lecz duży sklep z asortymentem powyżej średniej hipermarketowej) są brzoskwinie i nektaryny, zarówno w wersji standardowej, jak i płaskiej. Morele i śliwki, podzielone na dwa rodzaje: ciemne i jasne. Są cytrusy i banany, ale kto by je kupował o tej porze roku, podobnie jak zeszłoroczne jabłka?
Brzoskwinie i nektaryny - twarde tak, że gdyby się postarać, można by komuś głowę nimi rozbić. Morele stopniem twardości przypominają orzechy włoskie. Śliwki teoretycznie ciemne w rzeczywistości są zielone z lekkim nalotem fioletu, jasne zaś - a, jasne to uleny. Renklody. Pyszne, jeśli dojrzałe; intensywnie żółte, słodkie i bardzo soczyste. Te w skrzynce mają barwę żółtozieloną, a twardość - jak morele.
- Niech pani kupi, one w domu dojrzeją - mówi mi ekspedientka, widząc, że zastanawiam się nad nektarynami. Dojrzeją albo i nie, mogą po prostu zwiędnąć i nadal będą zielone, pomimo żółtej skórki z atrakcyjnym rumieńcem. 
Z sezonowych owoców właściwie jedynie maliny i borówki nadają się do kupienia, bo wiśni została jakaś marna resztka. Dobra psu i mucha, bierzemy dwa pudełeczka. Żeby się solidniej zaopatrzyć, ruszamy dalej.
Co z tego, skoro dalej jest tak samo. 
We wszystkich super- i hipermarketach w pełni sezonu owocowo-warzywnego można kupić wyłącznie niedojrzałe owoce i blade pomidory. Wiem, z czego to wynika i rozumiem uzasadnienia, lecz interes producenta i sprzedawcy nie jest moim interesem. Wiem, że całkiem dojrzałe morele i nektaryny nie wytrzymałyby transportu i przechowywania w magazynach, więc się zrywa i dostarcza do sprzedawców takie, które ledwo dały się oderwać od gałęzi. Pamiętam z Włoch stragany przy bocznych drogach (albo ciężarówki ustawione przy skrzyżowaniach), gdzie sadownicy sprzedawali skrzynki owoców - dojrzałych, pysznych, od razu do zjedzenia. Tych skrzynek z pewnością nie przyjęłaby żadna hurtownia; nie ma szans, żeby trafiły do naszych sklepów, chociaż napis: kraj pochodzenia - Włochy pojawia się u nas na etykietach bardzo często. Wiem, rozumiem, ale co z tego? Na widok stoisk z owocami w hipermarketach zaczyna mnie ogarniać coś, co się kiedyś nazywało szewską pasją. Globalizacja handlu daje efekt wątpliwy, doskonałość owoców dojrzewających w słońcu Śródziemnomorza jest zwykłą iluzją.
Pozostają jeszcze bazarki i targowiska. Nie mam złudzeń, w naszej okolicy zaledwie nikła część warzyw i owoców pochodzi od miejscowych ogrodników i sadowników, większość natomiast z giełdy w Broniszach. Mimo wszystko jednak, pewnie dlatego, że straganiarze nie dysponują chłodniami i klimatyzacją, towar zaś trzymają wprost na dworze albo na zapleczu bez żadnych udogodnień - u nich nareszcie można trafić na owoce, które dadzą się zjeść. Też nie wszystkie, ale szansa, że kupimy coś jadalnego, jest  wysoka. Może rzeczywiście zdążyły dojrzeć w tym upale.
Tak w ogóle, nie jestem przeciwniczką super- i hipermarketów i nie zamierzam wychwalać "osiedlowych sklepików", gdzie zwykle jest ten sam towar co w wielkich sklepach, tyle, że droższy. Ale jednak mamy środek lata i obfitość wszystkiego, co właśnie dojrzewa na krzakach, drzewach i zagonach. Jeżeli teraz nie trafię na mięciutkie, aromatyczne uleny, to kiedy?
Nie ma to, jak solidne, duże targowisko z całymi uliczkami straganów. Tam zawsze znajdzie się coś atrakcyjnego. Renklody jerozolimki. Jabłka papierówki. (Niedawno dowiedziałam się od znajomego ogrodnika, że "śmietankowa" papierówka, którą pamiętam z ogrodu dziadków, to odmiana Biały Nalew. Poszperałam w sieci. Jest! Jesienią wybieram się do szkółki). Wiśnie na sok i do zjedzenia. Gruszki klapsy, które do dłuższego przechowywania absolutnie się nie nadają. Gruszki pomarańczówki, zwane też bergamotami. Nawet owoce morwy. No i jagody, te leśne, nie borówki amerykańskie (które zresztą lubię i hoduję w ogródku). 
Tak to wygląda. Szkoda tylko, że najbliższe targowisko mam w naszym mieście powiatowym, do którego mi zdecydowanie nie po drodze. A warszawskie - jeszcze dalej. W taki upał całkowicie zadowoliłyby mnie stragany w środku wsi. 
Dziś, na szczęście, jeden był otwarty. Sprzedawca rytualnie pomarudził - a komu by się chciało pracować przy takiej pogodzie! - ale zakupy zrobiłam. No i muszę oskubywać wiśnie, bo ktoś je zerwał razem z ogonkami.
Nieważne. Ważne, że są takie, jak trzeba. Prawie czarne i bardzo soczyste. Słodkie, lecz z wiśniowym, kwaskowym posmakiem. Chyba nie zrobię z nich kompotu. Wyjadamy je wprost z durszlaka.
Bo jeśli nie teraz, to kiedy?

1 komentarz:

  1. To jakis paradoks. To gdzie sa te wszystkie owoce i warzywa z targowisk? Wlasnie bylam w miniony weekend na poludniu Francji. Upaly okropne, a mimo to na dwoch targowiskach jakie odwiedzilam byl ogromny wybor owocow i warzyw lokalnych. Kocham taki targi. I raz nawet musialam wstapic po cos do supermarketu w wiekszym miasteczku, i nawet tam owoce sezonowe byly obok tych egzotycznych.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...